zakupy w sklepie z elektroniką
Majówka z nowym podatkiem. Smartfony i laptopy objęte opłatą na rzecz twórców Fot. Sam / Unsplash

Koniec z dzikim zachodem w opłatach od elektroniki. Ministra Kultury podpisała rozporządzenie, które dolicza 1 proc. do ceny każdego smartfona, tabletu i laptopa. Sprawdzamy, ile konkretnie dopłacisz do zakupów i jak twoje pieniądze trafią do kieszeni polskich artystów.

REKLAMA

Stało się. Po latach lobbingowych przepychanek, setkach artykułów o "podatku od smartfonów" i dyplomatycznych unikach, Ministerstwo Kultury pod wodzą Marty Cienkowskiej domknęło system. Od maja 2026 roku oficjalnie "żegnamy faksy i kasety", a witamy opłatę reprograficzną na miarę XXI wieku.

Jeśli zastanawiasz się, dlaczego kupując nowy telefon, dorzucasz się do emerytury gwiazd estrady, których ostatni hit słyszałeś na weselu w 2005 roku – oto wyjaśnienie tego mechanizmu.

Ile konkretnie dopłacimy?

Choć przepisy pozwalają na stawkę do 3 proc., resort kultury zdecydował się na bezpieczniejszy wariant. Wszystkie urządzenia objęte nowym rozporządzeniem zostaną opodatkowane jednolitą stawką 1 proc.

Co to oznacza w praktyce? Jeśli cena urządzenia nie zmieni się o marżę producenta, zapłacisz dodatkowe 15 zł za smartfona o wartości 1500 zł, ok. 60 zł za flagowego iPhone'a czy Samsunga i 40 zł od nowego telewizora z metką na 4 000 zł.

Pieniądze te nie trafią do budżetu państwa (więc technicznie to nie jest podatek), ale do Organizacji Zbiorowego Zarządzania (OZZ), takich jak ZAiKS, STOART czy SAWP. To one podzielą te miliony między twórców.

O co w tym w ogóle chodzi? Logika systemu jest pokrętna

Związek między Twoim nowym iPhone’em a kontem braci Golców opiera się na prawniczej konstrukcji zwanej "dozwolonym użytkiem osobistym".

Logicznym fundamentem opłaty jest założenie, że skoro kupujesz urządzenie z pamięcią (smartfon, laptop, tablet), to będziesz na nim przechowywać utwory chronione prawem autorskim – piosenki, filmy czy e-booki.

Możesz to robić legalnie (np. zgrywać muzykę z własnych płyt na telefon), ale twórcy tracą na tym, że nie kupujesz kolejnej kopii utworu na każdy nośnik z osobna.

Opłata reprograficzna ma być rekompensatą za to, że prawo pozwala Ci kopiować kulturę na własne potrzeby.

Nie słuchasz Rynkowskiego, ale mu zapłacisz

Pieniądze z tej opłaty trafiają do wspólnego worka OZZ. Ich podział odbywa się według skomplikowanych kluczy – zazwyczaj im częściej dany artysta jest grany w radiu, telewizji lub ma większy dorobek, tym większy kawałek tortu dostaje. Dlatego giganci polskiej estrady, obecni w mediach od dekad, są największymi beneficjentami systemu.

Dlaczego dopiero teraz?

Polska była jednym z ostatnich krajów w Europie, gdzie lista urządzeń zatrzymała się na etapie odtwarzaczy MP3 i magnetowidów. Podczas gdy na Węgrzech, Słowacji czy w Niemczech smartfony są opodatkowane od lat, u nas trwała wojna.

Twórcy złościli się, twierdząc iż giganci technologiczni zarabiają na ich treściach miliardy, a oni nie dostajemy nic z urządzeń, które służą do ich konsumpcji. Z kolei producenci sprzętu mówili, że to uderzy w najbiedniejszych i sprawi, że elektronika w Polsce będzie najdroższa w regionie.

Patrząc z pewnej perspektywy, ani jedno, ani drugie się nie sprawdza. Ale ministra Cienkowska uważa, że podpisując to rozporządzenie, po prostu zmusiła "sprzętowych gigantów" do podzielenia się zyskami. Czy producenci wezmą ten 1 proc. na klatę, czy po prostu podniosą ceny dla klientów? Historia uczy, że zazwyczaj wybierają to drugie.

W całej tej historii jest jeszcze jeden aspekt. OZZ-y, które od lat borykają się z zarzutami o brak transparentności w podziale środków i przejadanie sporej części na własną konsumpcję. Cienkowska zapowiedziała, że przepisy dotyczące tych organizacji również się zmienią i wymuszą na nich większą przejrzystość i jasne zasady podziału pieniędzy.