
Urzędnicy widzą w nich "uprzywilejowaną kastę". Oni sami widzą się jako jedyną grupę, która bierze na siebie pełną odpowiedzialność za swój los. Ich zdaniem zmiany co dwa lata to nie reforma, tylko chaos. Przedsiębiorcy B2B protestują nie tylko przeciw wyższym stawkom, ale też przeciwko brakowi stabilności, która uniemożliwia im planowanie inwestycji i spłatę kredytów. Jednak pod ich słuszne pretensje podczepiają się "przedsiębiorcy", którzy de facto pracują na etacie.
Czytając narzekania na proponowane czy planowane przez rząd zmiany podatkowe dla osób na B2B i rozliczających się ryczałtem, zauważyłem, że nie ma w nich w zasadzie nic rzeczowego. Żadnych argumentów. Źle i już. Przedsiębiorców skubią, a przesiębiorcy to sól tej ziemi i podwyższanie im podatków to szatański plan, wszyscy wyjadą.
Ba, wiele, jeśli nie większość wpisów w mediach społecznościowych popełniają osoby, które z B2B i ryczałtem nie mają nic wspólnego. Po prostu nie lubią rządu i dają temu upust, w znacznej części nie wiedząc nawet, o co chodzi. Łatwo to wywnioskować, bo poza buzującymi emocjami w ich wpisach nie ma nic konkretnego. Naprawdę zdziwił mnie fakt, że przy tak dużej zmianie większość ludzi nie ma do powiedzenia niczego sensownego.
Wyłącz emocje, włącz tryb liczenia
Postanowiłem więc zapytać znajomych na ryczałcie, co tak naprawdę oznaczają dla nich planowane zmiany. Marcin i Andrzej rozliczają się właśnie ryczałtem 8,5 proc. Są po prostu specjalistami, ale ich faktyczne zajęcie trudno nazwać czymś innym niż wyprowadzeniem etatu poza firmę. Pracują głównie dla firmy matki, łapiąc czasem zlecenia od innych podmiotów.
Ludzi takich jak oni jest mnóstwo. Ryczałtem 8,5 proc. mogą rozliczać się szkoleniowcy, korepetytorzy, fizjoterapeuci i masażyści, dzierżawcy aut, sprzętu i nieruchomości, niektórzy informatycy i cała rzesza tzw. złotych rączek. A także spora część gastronomii.
– Problem jest nie tylko w pieniądzach. Tak, jeśli te zmiany wejdą w życie, będę płacił więcej. Rzecz jasna, nie może mi się to podobać, ale problem jest szerszy. Bo w przeciwieństwie do wielu innych przedsiębiorców, ja nie mogę uciec w koszty. Ryczałt z pewnością jest jakąś preferencją, ale miał też być kotwicą stabilności – mówi mi Marcin.
O co toczy się walka? Kluczowym elementem reformy jest wprowadzenie progu przychodowego dla bardzo popularnej stawki ryczałtu (8,5 proc.). Zgodnie z propozycją, preferencyjna stawka będzie obowiązywać tylko do momentu, gdy roczny przychód nie przekroczy 100 000 zł. Po przekroczeniu tego limitu, każda złotówka nadwyżki zostanie opodatkowana stawką 15 proc., co oznacza niemal dwukrotny wzrost obciążenia podatkowego dla części dochodów.
Przedsiębiorca będzie mógł zachować stawkę 8,5 proc. powyżej limitu 100 tys. zł wyłącznie pod warunkiem zatrudnienia przynajmniej jednej osoby na pełny etat (umowa o pracę).
Cena za brak urlopu, owocowych czwartków i wczasów pod gruszą
Problem w tym, że ryczałt płaci się od przychodu, nie od dochodu. Oznacza to, że podatek wylicza się od całości uzyskanych kwot bez pomniejszania ich o koszty uzyskania przychodu (np. zakup materiałów, paliwa, czynsz za biuro). Dlatego to dobre rozwiązanie dla tych przedsiębiorców, którzy koszty mają znikome. Czyli nic nie kupują, by to sprzedać, nie przerabiają czegoś, nie muszą za dużo jeździć.
Od przychodu można odliczyć składki ZUS oraz 50 proc. zapłaconej składki zdrowotnej. Wymagane jest też prowadzenie wykazu środków trwałych oraz ewidencji przychodów.
– Mówimy o ludziach, którzy utrzymują się – powiedzmy – z usług. Informatycznych, kreatywnych. Czyli nie żonglują kosztami, bo one i tak byłyby znikome. I jest to – moim – podejście uczciwe. Rozliczam się od przychodu, w zamian podatek jest niski. Wiadomo przecież, że "zwykli" przedsiębiorcy czasem ostro przeginają z kosztami. Tacy ludzie jak ja pokonfigurowali swoje firmy, budżety domowe i kredyty pod te konkretne stawki – dodaje Andrzej.
Dodaje też, że składki ZUS płacone przez przedsiębiorców nie pozwalają na wiele swobody.
– Możesz się dziwić, że przedsiębiorca płaci w sumie niskie składki czy niższe podatki. I już pomińmy tę gadkę o napędzaniu gospodarki, my nie robimy tego, by pompować PKB, tylko zarabiać. Ale ja nie mam 26 dni urlopu, nie mam wczasów pod gruszą, nie mam chorobowego. Znaczy chorobowe to mam, ale wynosi chyba jakieś 130 złotych dziennie, czyli mniej niż zarobiłbym na pensji minimalnej. Ale jak nie pracuję, tylko choruję, to przede wszystkim nie zarabiam – tłumaczy Andrzej.
Do tego dochodzi jeszcze brak jakichkolwiek osłon socjalnych.
– Nie obchodzą mnie owocowe czwartki, ale moja umowa na B2B może się skończyć w każdej chwili. Zanim znajdę koleją, minie chwila. Etatowiec jest chroniony okresem wypowiedzenia, teoretycznie nie można kogoś wywalić z pracy z dnia na dzień. Jest wiele innych świadczeń, których ja na B2B nie mam. Godzę się na to, dostając większe pieniądze... Teoretycznie większe – wyznaje Marcin.
Tłumaczy, że taka forma działalności jest całkiem korzystna. W swojej krótkiej historii miała ona stanowić pewną formę rekompensaty za chaos związany z Polskim Ładem, zmianą podatkową wprowadzoną przez rząd PiS na początku 2022 roku. Ale nikt prawdopodobnie nie spodziewał się aż takiego zainteresowania. Ogółem na ryczałcie jest ponad 2 mln jednoosobowych firm, z czego mniej więcej jedna trzecia jest na stawce 5,5 proc. Nieco mniej na 8,5 proc. Sporo jest też informatyków na stawce 12 proc.
Zmiany w ryczałcie. W kogo uderzą nowe przepisy?
Warto też pamiętać, że ryczałt 8,5 proc. to dla wielu osób sposób rozliczania się z wynajmu na przykład mieszkań. W ten sposób rozliczają się przedsiębiorcy z każdej grupy oraz osoby nie prowadzące przy okazji działalności gospodarczej.
Z planów rządu Koalicji 15 października wynika, że zmiany miałyby dotknąć wszystkich, którzy do tej pory rozliczają się ryczałtem 8,5 proc. Ale czy tak naprawdę uderzą one w przedsiębiorców lub ludzi wynajmujących choćby mieszkania?
Zobacz także
Sprawą, na którą dziś mało kto zwraca uwagę, jest fakt, że przy wielu rodzajach działalności już dziś mamy limit 100 000 zł przychodu. Nadwyżki są rozliczane już wedle stawki 12,5 proc. Tak dzieje się choćby przy wynajmie mieszkań.
Problemem tej stawki są jednak różne wyjątki. Cały system ryczałtu jest niesamowicie skomplikowany: jedni płacą wyższy podatek od nadwyżki, inni nie. Teraz, jak można wnioskować z planów rządu, obowiązywać będzie stawka 15 proc. od nadwyżki. To jednak plany, a co z nich zostanie – jeszcze nie wiadomo.
Jaka będzie różnica? Policzmy to na szybko. Jeśli teraz ktoś zarobi, czyli będzie miał przychód, do 100 tys. zł rocznie, płaci 8,5 tys. zł podatku. Jeśli przekroczy tę kwotę (i nie obowiązuje podwyższona stawka od nadwyżki) płaci dalej 8,5 proc. Ale jeśli zwolnienia nie ma i przedsiębiorca zarobi, powiedzmy, 150 tys. zł, to zapłaci 8,5 tys. zł stawki podstawowej i 6 250 zł od nadwyżki.
Jeśli wejdzie stawka 15 proc., ta druga kwota wzrośnie do 7,5 tys. zł, czyli o 1 250 złotych. Ale jeśli ktoś dziś nie musi płacić podatku od nadwyżki, to po wprowadzeniu zmian zamiast 0 zł zapłaci 7, 5 tys. zł rocznie. W skali miesiąca robi się z tego odpowiednio nieco ponad 100 lub 625 złotych więcej. Owszem, różnica jest, ale czy przy przychodach 150 tys. zł rocznie (12,5 tys. zł miesięcznie) jest znacząca? Trudno ocenić. Mój rozmówca zdaje się bardziej rozdrażniony tym, że podatki cały czas się zmieniają.
– Kolejna zmiana w ciągu 2-3 lat sprawia, że prowadzenie działalności w Polsce przypomina grę w ruletkę, a nie planowanie biznesu. Nawet malutkiego – narzeka Andrzej.
Dyskusja wokół zmian w ryczałcie dla B2B (szczególnie w sektorze IT) przypomina przeciąganie liny. Z jednej strony mamy Ministerstwo Finansów szukające wpływów i "sprawiedliwości społecznej". Z drugiej są specjaliści, którzy wybrali ryczałt jako jedyną kotwicę stabilności w polskim systemie podatkowym, a teraz ją tracą.
Przeciwnicy zmian w ryczałcie na B2B. Czy ich argumenty są sensowne?
Tak, te argumenty są sensowne, jeśli patrzymy na B2B jako na realną działalność gospodarczą, gdzie człowiek sam dba o sprzęt, biuro i marketing. Wtedy podniesienie ryczałtu to uderzenie w rentowność małej firmy.
Nie, to nie jest sensowne jeśli mówimy o tzw. "ukrytym etacie", czyli sytuacji, gdzie programista pracuje 8 godzin dziennie dla jednego szefa, ma u niego biurko, służbowy laptop i owocowe czwartki, a B2B jest tylko nakładką optymalizacyjną, żeby płacić niższe podatki. W takim przypadku argumenty o "kosztach i ryzyku" stają się czysto teoretyczne.
Pytanie brzmi, jaką część przedsiębiorców na B2B stanowi ta pierwsza, a jaką ta druga grupa.
