
Kiedy PZU kupuje ukraińskiego ubezpieczyciela, anonimowe konta na X grzmią o "rabunku w białych rękawiczkach". Serio? Polskie firmy robią to, co do nich należy: budują strefę wpływów. Absurdalna narracja, według której polski kapitał powinien siedzieć w piwnicy, to idealny prezent dla Putina.
Gdyby głupota miała skrzydła, niektóre profile na X (dawniej Twitter) latałyby wyżej niż ukraińskie drony. Wyczytałem właśnie, że ekspansja PZU na wschód to "rabunek w białych rękawiczkach". Logika tych "patriotycznych" kont jest doprawdy fascynująca: kiedy polski gigant kupuje zagraniczną konkurencję, to źle. Gdyby sprzedawał – pewnie też byłoby źle. W ich świecie sukces polskiego kapitału to zawsze "podejrzana fuzja", a CBA powinno wchodzić do biur szybciej, niż prezes zdąży wypić poranną kawę.
Polskich firm nie stać na to, by w Ukrainie nie być
Z niedowierzaniem odkrywam, że to źle, iż PZU kupiło ukraińskiego ubezpieczyciela. Niby normalny news biznesowy, ale na profilach, które nazywam sobie roboczo "prawackimi trollami" odkryłem cały zlepek opinii, że to bardzo straszna sprawa. Hm. Polska firma kupuje ukraińską, nie odwrotnie. I to dla prawaków źle? Coś mi tu nie pasuje, więc wczytałem się w tę dość pokrętną logikę.
"Jak w ogóle można w czasie wojny kupować firmę ubezpieczeniową na Ukrainie? Jak można robić takie cyrki z PZU, gdy kraj walczy o przetrwanie, a miliony ludzi tracą wszystko? To nie jest biznes, to jest jawna bezczelność i rabunek w białych rękawiczkach" – pisze jedno z takich kont.
Z litości nie podam nazwy profilu, ale możecie sobie sami znaleźć. Konto jest anonimowe, gloryfikuje PiS, nienawidzi Tuska i jest bardzo popularne wśród prawaków. Kieruję się też zasadą niepodawania dalej ruskiej propagandy, a takie opinie idealnie się w nią wpisują i powiedzonkiem "don't make stupid people famous".
W tym przypadku nie mam pewności, o który kraj chodzi temu profilowi. Czy o to, że Ukraina walczy o przetrwanie? Czy że Polska? Aczkolwiek mniemam, że chodzi mu o Polskę, wszak wedle narracji pewnych środowisk jesteśmy pod unijnym zaborem.
Wszyscy są lub idą na ukraiński rynek
"Czy CBA w końcu wkroczy do PZU, czy też już całkowicie sparaliżowano służby? Bo jak tak dalej pójdzie, to niedługo cały majątek państwa zostanie rozkradziony pod hasłem podejrzanych fuzji i przejęć!" – czytam dalej.
I ciągle chodzi o to, że jedna firma ubezpieczeniowa kupiła drugą firmę ubezpieczeniową. Ta argumentacja jest tak głupia, że nawet nieśmieszna, lecz żałosna.
Tak się składa, że w ostatnich tygodniach rozmawiałem z kilkoma prezesami i poważnymi przedsiębiorcami. Każdy powtarza, że teraz jednym z priorytetów jest już nie wejście na ukraiński rynek (bo na to może być za późno), ale umocnienie się na nim. A dlaczego? Bo wojna się skończy i kto będzie pierwszy, ten zrobi lepszy biznes.
Kilka dni temu rozmawiałem (wywiad niedługo na INNPoland.pl) ze współzałożycielem Glovo. Sasha Michaud regularnie jeździ pociągiem do Kijowa, bo jego firma działa i tam. Tak! Ludzie tam zamawiają jedzenie i zakupy z dostawą do domu. I nikt ich nie okrada, nie wymusza haraczy. Owszem, Ukraina ma problem z korupcją, ale smętne biadolenie, że na każdym poziomie i że żaden uczciwy biznes się tam nie utrzyma, jest idiotyczne.
Zobacz także
To nie okopy, to normalny interes
Wśród wielu Polaków istnieje jakieś bardzo dziwne wyobrażenie Ukrainy. Że jak jest wojna, to wszyscy siedzą w okopach, każdemu nad głowami świszczą kule i generalnie nie dzieje się nic innego. A jak ktoś pracuje, to spawa pancerze czołgów, naprawia haubice albo produkuje amunicję.
Nie, to tak nie wygląda. Znam przedsiębiorców, którzy regularnie jeżdżą do Lwowa czy Kijowa, bo tam prowadzą interesy. Ludzie w miejscowościach oddalonych od linii frontu żyją niemal normalnie. Pracują, uczą się, chodzą na piwo, robią zakupy. Chadzają do kina i na imprezy. A także ubezpieczają samochody, siebie i swój dobytek.
PZU kupiło firmę z 900 tysiącami klientów. "Przy tym poziomie korupcji robienie tam interesów to szaleństwo! I olbrzymie ryzyko dla PZU" – czytam na wspomnianym prawackim profilu.
Polskich firm, szczególnie dużych i państwowych nie stać na to, by nie wchodzić na ukraiński rynek. Weźmy taki PKO BP – te dwie ostatnie literki oznaczają Bank Państwowy. Nasz bank zaczął działalność u sąsiadów w… 2004 roku. I zarabiał, i zarabia dalej. Bo Ukraińcy potrzebują kont, kredytów, kart. PKO BP jest właścicielem ukraińskiego Kredo Banku, który mimo wojny zarabia regularnie i na czysto ponad 100 mln zł rocznie. Hm, jakoś się da, prawda?
Jakoś polskie LPP nie tylko nie uciekło z Ukrainy, ale otwiera tam nowe salony. Jakoś najbogatszy Polak, Michał Sołowow ma właśnie w Ukrainie potężne zakłady produkcyjne Cersanitu – bo przecież odbudowa kraju będzie wymagała milionów metrów kwadratowych płytek i ceramiki.
Kupno ubezpieczyciela z 900 tysiącami klientów to nie "ryzyko", to przejęcie potężnego kawałka tortu w przeddzień największego placu budowy w Europie. Zauważmy, że każdy transport humanitarny, każdy odbudowywany blok i każda nowa ciężarówka na trasie Kijów-Warszawa potrzebuje ubezpieczenia. A PZU to synonim stabilności, silna marka.
W kraju po przejściach wojennych ludzie szukają gigantów, którzy nie znikną z rynku po jednym alarmie bombowym. Przy 900 tys. klientów na start, PZU staje się współtwórcą tamtejszego rynku finansowego. To nie jest cyrk, to budowanie polskiej strefy wpływów gospodarczych.
Dane nie kłamią
Jeśli nasze firmy mają się rozwijać, muszą wychodzić poza ciasne podwórko UE, gdzie marże są już dawno "wyciśnięte" do zera przez konkurencję. Kiedy wojna się skończy, kontrakty na odbudowę nie trafią do tych, którzy siedzieli na Twitterze i płakali nad korupcją. Trafią do tych, którzy dziś budują infrastrukturę, ubezpieczają mienie i dowożą jedzenie do Kijowa.
Prawdziwym rabunkiem na polskim interesie byłoby oddanie tego rynku walkowerem Niemcom czy Francuzom. PZU i PKO BP robią to, co do nich należy – budują fundament pod polską dominację w regionie. A prawicowe trolle? Cóż, one zawsze mogą zostać w swoich bezpiecznych piwnicach, ubezpieczone co najwyżej od własnej niewiedzy.
