Boisko piłkarskie. Piłka nożna pomiędzy nogami zawodników z  różnych drużyn.
Wieczysta Kraków w Ekstraklasie. Jedni się cieszą, inni chcą zagłodzić kluby miejskie fot. Anton Vierietin / Shutterstock

Dzieje się. Wieczysta Kraków awansowała do Ekstraklasy i dla wielu jest to szczęśliwy finał sporu rozgrzanego do czerwoności na tle konfliktu Wisła Kraków – Śląsk Wrocław. Jeden to klub prywatny, miasto Kraków raczej wspierający, a drugi to klub miejski, gdzie do pensji piłkarzy dorzucają się nawet kapibary z wrocławskiego zoo. Doszło do sytuacji, gdzie dziennikarze sportowi przekonują, że dla klubów miejskich miejsca w sporcie zwyczajnie nie ma.

REKLAMA

Jak przekonują, nie ma nic gorszego niż zawodowy sport opłacany z podatków mieszkańców miasta. Jest to dla mnie absurdalne, bo wydawać by się mogło, że to rozwój piłki powinien być dla nich kluczowy, a nie szalone zakupy klubu, który bez swojego właściciela nie istnieje.

Czy to felieton o tym, że kluby miejskie to optymalne rozwiązanie dla rozwoju sportu i cywilizacja nic lepszego od czasów airfryera nie wymyśliła? Nie, to artykuł o tym, że klub miejski to klub zdecydowanie lepszy niż klub nieistniejący. A pieniądze od miasta (czyli mieszkańców), to często jedyna opcja, aby klub działał.

Kluby miejskie. Po co płacić "piłkarzykom"?

Wielu z Was słusznie zapyta – ale w sumie to po co? Po co mamy płacić jakimś przereklamowanym "piłkarzykom", czy nie lepiej finansować po prostu sport amatorski?

Odpowiemy sobie tutaj na to pytanie. A czemu uważam, że mam tutaj coś do powiedzenia?

Przy klubach sportowych jestem całe życie. Nie tylko jako niedzielny kibic, ale również jako członek i prezes stowarzyszenia kibiców, potem wieloletni pracownik w roli dyrektora marketingu, a obecnie doradca. Pozwoliło mi to uzyskać szersze spojrzenie na rolę klubów sportowych w lokalnej społeczności niż prezentowana jest na ogół.

Czym jest więc duży klub sportowy? To przede wszystkim lokalna społeczność. Wokół dużego klubu sportowego zrzeszają się tysiące osób – pracownicy, wolontariusze, zawodnicy i zawodniczki, ich rodzice, rodziny, przyjaciele. Do tego dochodzą trenerzy, opiekunowie, psycholodzy i zawody pokrewne.

Sport amatorski nie zastąpi zawodowego

Nie jest to coś, co da się zastąpić sportem amatorskim w takim rozumieniu, że ktoś sobie pójdzie pokopać piłeczkę, pobiegać, albo porzucać do kosza, a miasto mu zapewni kawałek boiska i oświetlenie. Od zawsze sport amatorski był tylko trampoliną do sportu zawodowego. Były to przestrzenie od zawsze od siebie wzajemnie zależne.

Nie bez powodu amatorskie czy półamatorskie kluby lokalne trafiają pod opiekę zawodowych klubów sportowych. To tam jest atrakcyjność (darmowe bilety na mecze, wyprowadzanie piłkarzy na boisko, podawanie piłek), tam jest rozwój (analitycy, trenerzy, trenerzy motoryczni, fizjoterapeuci, psycholodzy) który jest systemem, a nie tylko właśnie zwykłym kopaniem piłeczki.

Dlatego nie da się odciąć jednego od drugiego. Amatorstwo nie jest atrakcją. To po prostu prostsza droga do rozwoju. Zgadza się, rozwoju dla nielicznych, ale to właśnie z tego amatorskiego grona biorą się zawodowcy. 

Rodzice mają prawo oczekiwać finansowania klubów sportowych przez miasto

Co więcej, duże kluby sportowe to również Akademie, pozwalające na regularne treningi dla setek chłopców i dziewczynek, od wieku przedszkolnego, aż po pełnoletniość. Już słyszę komentarz – "ale ja nic nie mam przeciwko finansowaniu młodzieży, super sprawa". Tylko to nie jest coś co może działać w próżni. Te dzieci muszą mieć cel: ligę w której mogą grać, turnieje gdzie mogą zdobyć medal.

To nie może być gra dla samej gry. I to właśnie Akademie, gdzie często idzie największa pula finansowego wsparcia miasta, dają na to szansę. Dają również szansę na to, że dziecko będzie regularne badane, jego sprawność będzie testowana, postępy notowane, a informacja przekazywana rodzicom.

Współczesny sport, nawet uprawiany przez dzieci, wymaga zaangażowania szeregu ekspertów, którzy nie będą dostępni w małych klubach. A przecież miasta muszą oferować mieszkańcom tego typu usługi, bo żadnym rozwiązaniem nie jest to, aby te dzieci wyjeżdżały w tym celu do kilku największych miast w Polsce. Tak, kluby sportowe były i są ważne dla atrakcyjności miasta, a rodzice mają prawo oczekiwać, że miasto, obok innych potrzeb, zaspokoi również te.

No właśnie. Rodzice. To kolejny kluczowy aspekt działania klubów, bo bez wsparcia rodziców działałyby one zdecydowanie gorzej. To rodzice angażują się w zespoły swoich dzieci, nawiązują relacje towarzyskie z innymi rodzinami, tworząc lokalne więzi i przyjaźnie. W wielu krajach świata lokalne kluby młodzieżowe są spoiwem relacji towarzyskich w obrębie klubu, osiedla czy miasta.

Czy ci, którzy chcieliby najlepiej zakazać wspierania klubów zawodowych przez miasta, mają jakąś alternatywę dla środowiska, które przez większość roku spotyka się weekend w weekend, jak nie częściej?

Wspólnota jest bezcenna

Czy te miliony w wielomiliardowych budżetach miast to naprawdę tak duża kwota, że warto ryzykować jedno z ostatnich miejsc masowej lokalnej współpracy? Czy to właśnie nie tutaj powinien iść wysiłek polityków, biorąc pod uwagę kryzys sprawności fizycznej dzieci?

A przecież dochodzą do tego jeszcze stowarzyszenia kibiców wspierające domy dziecka, organizujące zbiórki dla chorych czy potrzebujących. Stowarzyszenie kibiców Odry Opole (Jedna Odra) co roku organizuje mikołajki dla kilkuset dzieci z kilkunastu domów dziecka z całej Opolszczyzny. Coroczna zbiórka realizowana przez fan cluby i grupy kibicowskie pozwala zebrać kilkadziesiąt tysięcy złotych, w całości przekazywanych na organizację tej imprezy.

Jest tego więcej. Kolonie i półkolonie, wycieczki, wyjazdy na turnieje. Każdy duży klub sportowy to społeczność licząca tysiące osób – kobiet i mężczyzn w każdym wieku. Trudno mi sobie wyobrazić lepsze zagospodarowanie tych środków, które przyniosłoby przynajmniej tak dużo korzyści tak dużej grupie ludzi. W dobie postępującej samotności, upadania więzi społecznych, pustych klubów i pubów, kluby piłkarskie pozostają żywym ośrodkiem kultury.

Bo przecież miasta i samorządy wydają i na inne cele kulturalne. Finansują teatry, opery, i filharmonie. Płacą na baseny, lodowiska i lokale dla organizacji pozarządowych. I to pieniądze często nieporównywalnie większe. To jednak tylko sport powoduje tak burzliwą reakcję, mimo tego, że drużyna seniorów jest tylko ostatnim ogniwem w tym, co tworzy klub sportowy.

Jeśli znacie lepszy cel na który miasto może wydać środki – chętnie posłucham. Tutaj w jednym miejscu realizujemy wiele potrzeb: budowy społeczności, uprawiania sportu, nadzoru ekspertów, wyzwania i ambicji. I o ile oczywiście zdarzają się patologiczne sytuacje w klubach miejskich, to nadal dotyczą one głównie wąskiego, ale najbardziej widocznego, zakresu działania klubu. Bo przeciętny dzień w klubie sportowym mało ma wspólnego z jednym meczem raz na dwa tygodnie rozgrywanym przez drużynę seniorów.

A problem układów, rozdawania stołków czy wspierania swoich, dotyczy tylko sportu i jest częścią szerszego zjawiska. Wymaga on zupełnie innych rozwiązań niż samego rozliczenia się z miejskimi klubami. Problemy z transparentnością to też nasza codzienność i dotyczy nie tylko klubów miejskich. Nie wylewajmy dziecka z kąpielą.

A tych, których nie przekonałem, pragnę uspokoić. Trend jest oczywisty i nieubłagany. Wraz z bogaceniem się społeczeństwa, jak i z rosnącym poziomem polskiej piłki i jej oprawy, w najbliższych latach miejskie kluby odejdą w zapomnienie. Czy tego chcemy czy nie.

Prywatni inwestorzy raczej prędzej niż później zdominują dwie najwyższe ligi piłkarskie. I oby tylko nie odbyło się to kosztem lokalnych społeczności, które przez lata zbudowano za pieniądze mieszkańców. Dlatego też, zanim odejdziemy od koncepcji klubów miejskich, dobrze zadbać o to, aby ochronić w nich to, co najlepsze i najważniejsze: funkcję społeczną i wychowawczą.