
Stało się niespodziewane. Niespodziewane z pewnością dla wielu osób, które straciły już nadzieję, że powstanie polska marka samochodów. Sam przez lata próbowałem przekonywać, że o ile Izera to nie jest pomysł gwarantujący sukces, to jest to coś, z czym warto zaryzykować. Potem nadszedł czas wielkiej smuty, gdzie oczami wyobraźni widziano już odrastający las w miejscu gdzie miała powstać fabryka. Aż tu nagle...
Polski samochód elektryczny. Wielkie pieniądze na produkcję
Tymczasem, ni z tego ni owego, przyznano spółce 4,5 mld zł finansowania, a następnie rzutem na taśmę podpisano porozumienie z tajwańskim Foxconnem.
Do czego ma doprowadzić nowe porozumienie i z czego wynika? Porzućmy od razu całe ten polityczny bełkot, że poprzednicy to, tamto i owamto, a w ogóle to wszystko ukradli złodzieje, tylko akurat prokuratura z jakiegoś powodu postanowiła umorzyć śledztwo.
Co nam zostanie jeśli wyciągniemy cały ten temat spod politycznego jazgotu?
To proste: cytując prezesa spółki EMP (tak się nazywa spółka odpowiedzialna za Izerę) firma ma być "katalizatorem kompetencji, technologii i ma rozwijać dostawców w Polsce". Wszystko jasne, prawda? No właśnie, też nic nie rozumiem.
Izera ma być dostosowana do europejskiego rynku
A na poważnie, spółka we współpracy z Foxxconem ma zaprezentować trzy modele aut, dostosowane do europejskiego rynku. Co więcej polska spółka ma mieć pełne prawa do rozwoju dostarczonych technologii. Jak informował również rzecznik EMP, polskie auta nie będą kopiować zaprezentowanych już modeli Foxconna.
Z pewnością ważną różnicą względem poprzedniej próby budowy Izery jest fakt, że Foxconn, nie mogący się pochwalić sukcesami w branży motoryzacyjnej, ma zaangażować się w ten projekt finansowo.
Nadal jednak pozostaje wiele pytań, na które jeszcze nie ma odpowiedzi.
Zobacz także
Po pierwsze, no właśnie, Foxconn. Foxconn jest znany z dostarczania rozwiązań, gotowców, ale nie z samodzielnego prowadzenia projektów motoryzacyjnych. Nie jest to Geely, które miało dostarczać rozwiązania za pierwszym razem.
Daje to oczywiście szanse na budowę własnych kompetencji w szerszym zakresie, ale stanowi też ryzyko, że będziemy musieli budować kompetencje w szerszym zakresie.
Drugi sygnał alarmowy, pomijając oczywiście cały wątek pt. "czy budowanie małej marki samochodów elektrycznych ma sens" to niechęć do marki Izera.
Wiadomo, Izera jest pisowska, a przez to skażona pisowskim dotykiem. Nikt kto kocha demokrację, wolność i rządy prawa, nie może dotknąć… Dobra, skończmy tę szyderę. Tak, zapowiedziano już odejście od nazwy Izera, mimo że w jednym z wywiadów komuś "wymsknęło" się już, że Izera posiada realną wartość marketingową. Wygląda jednak na to, że nie uratowało to całkiem dobrej nazwy.
Konkurs na nazwę polskiego samochodu elektrycznego
Niestety, jest nawet gorzej. Otóż, na nową nazwę zapowiedziano… konkurs. Tak, po co jakieś badania, grupy fokusowe i analizy. Zrobimy konkurs!
Przypomnę tylko, że w ten sam "wspaniały" pomysł wybrano dla polskich F-35 nazwę… Husarz. Nazwa ta, nie mająca oczywiście żadnego sensu i powodująca głównie ciarki żenady, wybrana została właśnie w ogólnopolskim konkursie.
Traktując poważnie swój produkt, nie można oddawać tak kluczowej rzeczy w ręce "ludu". Mam nadzieję, że ktoś rozsądny w firmie da radę ten pomysł skutecznie zakopać w ogródku pod grubą warstwą ziemi.
Wiele więc w Ize… ElectroMobility Poland się zmieniło, ale wiele zostało po staremu – będziemy mieli polską markę samochodów elektrycznych.
Czy to dobrze? Oczywiście, że tak. Mam nadzieję, że nie będzie tu żadnych skrupułów i tak jak porządne kraje Zachodu, również będziemy ustaw…. pisać przetargi pod wygrane naszego samochodu. Wszystkie te samorządy, urzędy, ministerstwa i spółki jak Orlen czy KGHM, mogą spokojnie zapewnić znaczący rynek dla polskiego produktu.
Czy to ryzykowne? Tak, oczywiście, że tak. I to jak! Kto ma jednak podejmować ryzyko warte prawie 5 miliardów złotych jak nie państwo? Liczba prywatnych inwestorów dysponujących taką kwotą na ryzykowny projekt wynosi w Polsce zero i jeszcze długo będzie tyle wynosić, bo niewielu jest takich w całej zachodniej Europie, a co dopiero mówić o naszej części kontynentu.
Brutalne realia rynku kapitałowego wskazują, że mamy USA, potem długo, długo nic, a potem dopiero pojawiają się jacyś inwestorzy europejscy. Polskich w tym peletonie próżno szukać.
Alternatywą jest po prostu brak odważnych projektów, które mogą pchnąć Polskę wyżej w łańcuchu dostaw. A Polsce takie pchnięcie jest niezwykle potrzebne, bo w świetle problemów europejskich konglomeratów motoryzacyjnych, polscy dostawcy podzespołów stają przed wyzwaniami, które mogą skutkować upadkiem istotnej gałęzi polskiego rynku i polskiego eksportu.
Niech więc odwieczne życzenie wszystkiego najgorszego politycznym wrogom nie przysłoni nam szans, które Polska nie tylko może, ale wręcz musi przynajmniej spróbować wykorzystać.
Jakakolwiek nazwa nie pojawi się na masce pojazdu elektrycznego wyprodukowanego w Jaworznie, warto trzymać kciuki, aby osiągnęła chociaż umiarkowany sukces.






