
Zapisywanie się do szkół policealnych i na uczelnie tylko dla legitymacji, zniżek i ucieczki przed ZUS-em to w Polsce plaga. Obecny system pozwala na legalne utrzymywanie statusu ucznia bez chodzenia na zajęcia. Ministerstwo Edukacji Narodowej zapowiada jednak walkę z "uczniami widmo”.
Zapisywanie się na studia czy do szkół policealnych jedynie po to, by utrzymać status ucznia lub studenta i korzystać z ulg, to powszechna praktyka w polskim systemie edukacji.
Po ukończeniu szkoły ponadpodstawowej studenci zapisują się na publiczne uczelnie lub do szkół policealnych tylko po to, by później nie pojawiać się na zajęciach, korzystając w tym samym czasie z przywilejów wynikających ze statusu ucznia lub studenta (różnego rodzaju zniżki, ubezpieczenia i zwolnienia z podatków).
Dwa dni na zajęciach i brak ZUS-u. Sposób na darmowe ulgi
Świetnym przykładem tego procederu jest przedstawiona przez "Gazetę Wyborczą" historia 25-latki, która w szkole policealnej Żak pojawiła się zaledwie dwa razy. Choć po pół roku skreślono ją za brak obecności, ten czas wystarczył jej, by dzięki statusowi ucznia zawrzeć kilka umów zlecenie i nie płacić składek na ZUS. Dziewczyna powtórzyła ten manewr kolejny raz. W efekcie "papiery" straciła ostatecznie dopiero w marcu 2026 roku, mimo że swoją realną edukację zakończyła obroną pracy magisterskiej jeszcze w grudniu 2024 roku.
Jak zauważa "Wyborcza", obecny system zupełnie nie przejmuje się jakością ani poziomem edukacji. W świetle przepisów roczny, darmowy kurs florystyki w prywatnej szkole policealnej bez matury daje dokładnie takie same przywileje, co wymagające, pięcioletnie studia magisterskie na państwowym uniwersytecie.
Samorządowe dotacje za frekwencje. Premia od każdego studenta
Według ustaleń na polskim rynku dominują dwie sieci szkół policealnych dla dorosłych: Żak oraz Cosinus. W obu tych placówkach obowiązuje ta sama zasada – wystarczy utrzymać 50% frekwencji, aby nie płacić za naukę ani grosza. Taki układ opłaca się również samym szkołom.
Zobacz także
Przekroczenie tego progu frekwencji przez słuchacza pozwala im bowiem zgarniać comiesięczną dotację z samorządu, naliczaną na każdego zapisanego. Składa się na to szerszy portret polskiego studenta, w którym placówkom opłaca się mieć jak najwięcej zapisanych, niezależnie od tego, czy realnie się uczą.
MEN zapowiada zmiany. Czy "uczniowie widmo" znikną ze szkół i uczelni?
W odpowiedzi na pytania "Gazety Wyborczej" Ministerstwo Edukacji Narodowej zapewniło, że widzi patologię w obecnym systemie i już pracuje nad nowelizacją ustawy o finansowaniu zadań oświatowych. Resort chce raz na zawsze skończyć z automatycznym pompowaniem dotacji dla szkół, które zarabiają na masowo zapisanych, ale permanentnie nieobecnych uczniach i studentach. Na ten moment są to jednak wyłącznie ministerialne zapowiedzi. Nie jest to zresztą jedyna rynkowa patologia, którą rządzący chcą ukrócić. Do przeszłości mają odejść również bezpłatne staże, na których od lat żerują niektórzy pracodawcy.
Problem dotyczy jednak nie tylko szkół policealnych – legitymacje studenckie ze zniżkami równie chętnie przedłuża się na publicznych uczelniach. Swoją frustracją z "Wyborczą" podzieliła się Weronika, która przed ukończeniem 23. roku życia obroni dwa kierunki. Dziewczyna czuje się wręcz ukarana przez system za to, że uwinęła się ze studiowaniem tak szybko – automatycznie straci bowiem zniżki na przejazdy i wpadnie w obowiązkowe składki ZUS. Co prawda wciąż będzie jej przysługiwał PIT dla młodych aż do 26. roku życia, ale zwolnienie ze składek znika w momencie utraty statusu studenta. Dla kontrastu, osoby celowo przeciągające naukę do 26. roku życia z takimi problemami w ogóle nie muszą się mierzyć.
Czy rząd powinien ukrócić proceder zapisywania się do szkół tylko dla statusu ucznia/studenta?
2 odpowiedzi






