Rafał Trzaskowski na tle panoramy Warszawy.
Rachunek za próbę odwołania Trzaskowskiego. Z kasy miasta mogą wyparować miliony. Fot: Longfin Media / Shutterstock / Iwona Castiello d'Antonio / Unsplash / Montaż: InnPoland.pl

Ogłoszona właśnie próba odwołania prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego brzmi jak początek efektownego widowiska, ale jej cenę odczują w kieszeniach sami mieszkańcy stolicy. Przeprowadzenie referendum odwoławczego i ewentualnych przedterminowych wyborów wyjmie z publicznej kasy od 10 do nawet 12 mln zł. Oto finansowe kulisy "Stołecznej Operacji Referendalnej" pod wodzą Macieja Wilka.

REKLAMA

Prawica, zainspirowana odwołaniem Aleksandra Miszalskiego w Krakowie, aż drży z podniecenia na myśl, że mogłaby wyrzucić z ratusza również znienawidzonego przez nią Rafała Trzaskowskiego. Formalnie pod wnioskiem nie podpisuje się Prawo i Sprawiedliwość, ale polityczna inspiracja jest aż nadto widoczna.

Prześwietlamy "Stołeczną Operację Referendalną", warszawską matematykę i człowieka, który z twarzy walki o CPK nagle stał się ekspertem od odwoływania prezydentów. I pytamy, ile ta operacja mogłaby kosztować.

Polowanie na "tęczowego Rafała". Z kasy miasta może wyparować od kilku do kilkunastu milionów

Od czwartku na ulicach stolicy pojawią się wolontariusze zbierający podpisy pod referendum w sprawie odwołania prezydenta i Rady Warszawy. Zarzuty? Porażki infrastrukturalne, rozrost biurokracji i traktowanie miasta jako trampoliny do wyższych urzędów (nieudane zresztą). Wyjaśniamy, o co toczy się gra i dlaczego zebranie 132 tysięcy autografów bez oficjalnej machiny PiS wydaje się niemal niemożliwe.

Prawica jest mocno zainspirowana niedawnym, głośnym odwołaniem Aleksandra Miszalskiego w Krakowie. Skalę tamtego zwycięstwa (lub porażki, zależnie od punktu widzenia) już opisywaliśmy: referendum w Krakowie stało się nokautem Miszalskiego, szalę przechyliło 9 rzeczy.

W czwartek oficjalnie rusza akcja zbierania podpisów pod referendum w sprawie odwołania prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego oraz Rady Miasta. Na czele obywatelskiej inicjatywy nazwanej "Stołeczną Operacją Referendalną" (SOR) stanął Maciej Wilk.

Co ciekawe, pod wnioskiem oficjalnie nie znajdziemy szyldu Prawa i Sprawiedliwości. Partia Jarosława Kaczyńskiego zachowuje ostrożny dystans, deklarując, że "obserwuje sytuację".

Trudno jednak nie dostrzec w tym wyraźnej politycznej inspiracji i gry – prawica wysyła na front obywatelskie stowarzyszenie, by w razie klęski nie ubrudzić sobie rąk, a w razie sukcesu natychmiast podpiąć się pod referendalny triumf. A, jak zauważa naTemat, Rafał Trzaskowski jest w tarapatach, zwłaszcza w cieniu afery Warszawskiego Szpitala Południowego.

Rachunek za "Operację". Kto płaci za odwołanie prezydenta?

W tle są też poważne pieniądze. Organizacja i przeprowadzenie referendum kosztowałoby orientacyjnie od 5 do 7 milionów złotych. Koszty wynikają z dużej skali przedsięwzięcia w ponad 1,8-milionowym mieście, w którym trzeba obsłużyć potencjalnie setki tysięcy głosujących.

Zgodnie z art. 40 Ustawy o referendum lokalnym, koszty przeprowadzenia głosowania pokrywa w całości budżet jednostki samorządu terytorialnego, której dotyczy referendum. Innymi słowy – za organizację referendum odwoławczego płacą sami mieszkańcy z kasy miasta.

A za co płacą? M.in. za diety członków komisji obwodowych (to łącznie kilka tysięcy osób), druk i transport ponad 1,3 miliona kart do głosowania, formularzy oraz obwieszczeń. Kosztuje także wynajem, ochrona, wyposażenie i przystosowanie lokali wyborczych (szkoły, przedszkola, placówki miejskie). Trzeba także zapewnić odpowiednie zabezpieczenia informatyczne, zapłacić urzędnikom i kierowcom w dniach głosowania.

Dla porównania: w mniejszym o połowę od Warszawy Krakowie organizację głosowania odwoławczego oszacowano na około 4 mln zł. Trzynaście lat temu organizacja głosowania w sprawie (nieudanego) odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz kosztowała budżet stolicy ok. 2,5–3 mln zł. Biorąc pod uwagę inflację, skok stawek diet dla członków komisji oraz koszty druku, dzisiejsza kwota byłaby co najmniej dwukrotnie wyższa.

Referendum w Warszawie. Co w przypadku odwołania Rafała Trzaskowskiego i nowych wyborów?

Gdyby referendum okazało się ważne, a mieszkańcy odwołali Rafała Trzaskowskiego, miasto musiałoby przeprowadzić przedterminowe wybory. Przedterminowe, dwuturowe wybory nowego prezydenta Warszawy generują kolejne 4 do 6 mln zł. Tę kwotę – w przeciwieństwie do samego referendum – pokrywa się już z budżetu państwa za pośrednictwem Krajowego Biura Wyborczego. Oznacza to, że cały proces odwoławczo-wyborczy w stolicy kosztowałby podatników łącznie ponad 10–12 milionów złotych.

Warszawa to nie Kraków

Sukcesem operacyjnym dla inicjatorów będzie już samo zebranie wymaganych 132 tysięcy podpisów i doprowadzenie do referendum. Z kolei gigantycznym sukcesem prawicy byłoby faktyczne odwołanie Rafała Trzaskowskiego. To jednak scenariusz mało prawdopodobny i niosący za sobą potężne ryzyko polityczne.

Porażka w Warszawie byłaby dla środowisk prawicowych potężnym, upokarzającym ciosem, szczególnie bolesnym na chwilę przed przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi.

Wystarczy spojrzeć na liczby, z którymi mierzy się dziś Maciej Wilk i jego wolontariusze. W wyborach w 2023 roku w Krakowie KO miała 34 proc., a PiS 25 proc. głosów. W Warszawie te proporcje były miażdżące: KO zdobyła 43 proc., a PiS ledwie 20 proc. W wyborach parlamentarnych w stolicy sam Donald Tusk zrobił wynik rozkładający na łopatki (539 tys. głosów) wszystkich kandydatów PiS razem wziętych (345 tys.).

Aby krakowskie referendum w sprawie Miszalskiego było ważne, wystarczyło niespełna 159 tys. uczestników (z których ponad 50 proc. musiało zagłosować "za"). W warszawskim referendum musiałoby wziąć udział około 450 tys. ludzi. Tymczasem Rafał Trzaskowski w wyborach na prezydenta miasta w 2024 roku, dostał 444 tysiące głosów i wygrał je w cuglach, deklasując m.in. Tobiasza Bocheńskiego.

Dla PiS oficjalne włączenie się w to głosowanie byłoby "porwaniem się z motyką na słońce". Z drugiej strony – bez twardego poparcia aparatczyków i sympatyków PiS, ewentualne referendum w ogóle się nie odbędzie, bo małym, "oddolnym" strukturom niezwykle trudno będzie zebrać ustawowe 130 tysięcy ważnych podpisów.

Kim jest Maciej Wilk i o co oskarża ratusz?

Inicjator całej akcji, Maciej Wilk, nie jest człowiekiem znikąd, choć dotychczas nie kojarzył się z warszawskimi dziurami w drogach. To były wiceprezes PLL LOT (w czasach rządów Zjednoczonej Prawicy) i główna twarz ruchu "Tak dla CPK". Wilk od miesięcy blisko współpracuje na niwie publicystycznej z politykami PiS, a jego narracja często pokrywa się z tezami głoszonymi przez Mateusza Morawieckiego i Marcina Horałę.

Przejście z frontu lotniskowego na walkę z Trzaskowskim wygląda jak zaplanowane uderzenie w niedawnego najgroźniejszego kontrkandydata prawicy w wyścigu o fotel Prezydenta RP i jedną z głównych twarzy Koalicji Obywatelskiej.

"Dokumenty już przygotowane. Od czwartku będziecie mogli spotkać naszych wolontariuszy we wszystkich dzielnicach stolicy. Poznacie ich po charakterystycznych, pomarańczowych kamizelkach" – ogłosił Wilk w mediach społecznościowych.

Lista zarzutów "SOR" wobec Trzaskowskiego jest długa i skrojona pod prawicowy elektorat. Chodzi o rozrost biurokracji (utrzymywanie ponad 9 tysięcy etatów urzędniczych, wzrost o 50 proc. od 2005 r., co kosztuje miasto 2 mld zł rocznie), wpadki infrastrukturalne (dwie awarie w oczyszczalni "Czajka" oraz kosztowny, ciągnący się latami remont Sali Kongresowej) oraz niezadowolenie kierowców z powodu zwiększenia praw pieszych i poprawę jakości powietrza (zwężanie ulic, likwidacja miejsc parkingowych i budząca ogromne emocje Strefa Czystego Transportu).

Ten ostatni punkt jest wyjątkowo nośny, bo dokładnie ten sam mechanizm napędzał bunt w Krakowie – opisywaliśmy, jak Miszalski luzował zasady SCT, ale "to fajny fikołek, na który nikt się nie nabierze".

Pułapka na Trzaskowskiego. Błędu z Krakowa powtórzyć nie można

W stolicy odbyło się już podobne referendum – w październiku 2013 roku próbowano odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz z powodu chaosu śmieciowego, podwyżek cen biletów i opóźnień w budowie metra. Wówczas głosowanie okazało się nieważne, bo do urn poszło jedynie 25,66 proc. uprawnionych (próg wynosił 30 proc.). Gronkiewicz-Waltz uratowała wtedy posadę, aktywnie nawołując swoich wyborców do zignorowania referendum.

Jednak polityczny klimat roku 2026 jest zupełnie inny. Jeśli inicjatorom pod wodzą Macieja Wilka w ogóle uda się zebrać podpisy, powtórzenie obronnej taktyki "zostańcie w domach" może okazać się tragiczne w skutkach dla Trzaskowskiego.

Błędem Aleksandra Miszalskiego w Krakowie było właśnie zignorowanie referendalnego pospolitego ruszenia i milczenie. Zresztą po jego przegranej nawet Marian Banaś od razu ogłosił, że chce walczyć o fotel prezydenta Krakowa – co pokazuje, jak szybko wygrane referendum uruchamia polityczną lawinę.

W Warszawie, przy nakręconej kampanii prawicy wspieranej przez niezadowolonych kierowców, Rafał Trzaskowski musiałby z pełną mocą wkroczyć do akcji, mobilizując swój ogromny, niemal półmilionowy elektorat do stanięcia w jego obronie. Zignorowanie pomarańczowych kamizelek Wilka byłoby najgorszym błędem na ostatniej prostej przed krajową kampanią wyborczą.

Cała akcja ma też dość niejasny cel. O ile ewentualne odwołanie Trzaskowskiego jest jakimś scenariuszem, to odbicie Warszawy z rąk KO wydaje się aberracją. Czyli nawet gdyby PiS rękami "SOR" wyrzucił Trzaskowskiego z fotela, to zastąpienie go nominatem Jarosława Kaczyńskiego jest praktycznie niemożliwe. To zresztą powtórka z Krakowa: po odwołaniu Miszalskiego liderem sondaży (dość przedwczesnych, rzecz jasna) wcale nie jest kandydat prawicy.