pasąca sie krowa na tle flagi Tajlandii
My zajadamy kurczaka po tajsku, Tajowie będą wcinać naszą wołowinę. Azja otwiera portfele Fot. Josef Holz / Unsplash / chris robert / Unsplash / Montaż: InnPoland.pl

Kiedy nad Wisłą pad thai i zielone curry biją rekordy popularności, po drugiej stronie globu polska dyplomacja kulinarna ubija niezły biznes. Delegacja z Warszawy wynegocjowała w Bangkoku rozszerzenie uprawnień eksportowych dla kilkunastu polskich zakładów mięsnych. Nasza wołowina podbija azjatyckie rynki, a polska żywność to dziś potężna machina warta dziesiątki miliardów euro.

REKLAMA

Jak wynika z najnowszych doniesień Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi (MRiRW), podczas lipcowej wizyty w Bangkoku zapadły kluczowe decyzje dla naszego sektora mięsnego. Ujmując to najprościej: my zajadamy kurczaka po tajsku, a Tajowie będą wcinać polską wołowinę.

Sukces w Azji Południowo-Wschodniej to efekt skrupulatnej dyplomacji, która po raz kolejny potwierdza, że polska żywność staje się naszym najcenniejszym hitem eksportowym na świecie.

Eksport polskiego mięsa. Wołowina w Bangkoku

W dniach 21–22 lipca 2026 r. w stolicy Królestwa Tajlandii odbyły się konsultacje polityczne i handlowe. Polskę reprezentowała silna delegacja – wiceminister spraw zagranicznych Artur Harazim oraz wysłannicy Ministerstwa Rolnictwa i Głównego Inspektoratu Weterynarii (GIW). Rozmowy toczyły się m.in. w Departamencie Hodowli Zwierząt Tajlandii (DLD), a w centrum uwagi znalazły się polskie krowy.

Efekt tych spotkań to wymierne korzyści dla krajowych producentów. Strona tajlandzka oficjalnie przedłużyła uprawnienia eksportowe dla 11 polskich zakładów sektora wołowego (status ten będzie obowiązywał do czasu przeprowadzenia rutynowego audytu przez tajlandzkie służby). Co więcej, proces przeszły pomyślnie 4 nowe polskie zakłady, które właśnie dostały zielone światło na dołączenie do eksportowej elity. To kolejny krok w azjatyckiej ekspansji: już wcześniej pisaliśmy, że rząd chce wysłać polską wołowinę do Korei, a branża mięsna liczy pieniądze.

Delegacja poruszyła także kwestie związane z Unią Europejską, by docelowo ułatwić polskim producentom dostęp do wymagającego rynku tajlandzkiego.

Polska to żywnościowe imperium

Kierunek tajlandzki to nie przypadek, lecz konsekwentna realizacja strategii, o której na łamach InnPoland.pl piszemy od miesięcy. Wciąż zbyt rzadko zdajemy sobie sprawę, jak potężnym graczem na światowym rynku żywności stała się Polska.

Według oficjalnych danych, wartość wywozu produktów rolno-spożywczych z Polski w 2025 roku wyniosła rekordowe 51,8 miliarda euro (czyli grubo ponad 220 miliardów złotych!). Sektor ten stanowi dziś blisko 15 proc. całego polskiego eksportu i wypracowuje dla budżetu państwa gigantyczną nadwyżkę w handlu zagranicznym na poziomie około 18,6 mld euro.

Tempo ekspansji nie zwalnia, bo jak niedawno informowaliśmy, polska żywność podbija światowe rynki i wiadomo, które kraje kupują najwięcej – tylko od stycznia do maja 2026 roku eksport rolno-spożywczy sięgnął 24,1 mld euro.

Wielką zasługę ma w tym właśnie mięso czerwone. Podczas gdy na rynkach zachodnich i europejskich brylujemy jako dostawca drobiu, w Azji naszą "kartą przetargową" staje się wołowina. Jesteśmy jednym z największych jej eksporterów w Unii Europejskiej, wysyłając poza granice kraju nawet 80–90 proc. całej rodzimej produkcji. Japończycy czy Koreańczycy z Południa już dawno zasmakowali w polskich stekach i podrobach wołowych (import z Polski do Japonii sięgnął ostatnio blisko 30 mln euro) – teraz do tego elitarnego grona dołącza Tajlandia.

Ironia polega na tym, że sami jemy tej wołowiny jak na lekarstwo. Pisaliśmy o tym kulinarnym absurdzie: eksportujemy ekologiczny luksus, jedząc dwa mięsa na krzyż – statystyczny Polak zjada zaledwie nieco ponad 2 kg wołowiny rocznie, podczas gdy resztę pakujemy w ciężarówki i wysyłamy w świat.

Wirusowa bariera dla drobiu i wieprzowiny

Dlaczego tak mocno naciskamy akurat na wołowinę? Tajemnica tkwi w problemach epizootycznych, które gnębią nasz kraj. Podczas wizyty w Bangkoku polska delegacja poruszyła kwestię uznania przez stronę tajlandzką tzw. regionalizacji wdrożonej w Polsce w związku z wirusem Wysoce Zjadliwej Grypy Ptaków (HPAI) oraz Afrykańskim Pomorem Świń (ASF).

Regionalizacja polega na tym, że państwo importujące nakłada embargo na mięso zakażone tylko z konkretnego ogniska (np. gminy lub powiatu), a nie blokuje mięsa z całego kraju. To ratunek dla hodowców, ale Tajowie bywają w tych kwestiach niezwykle rygorystyczni – jak głosi komunikat rządu, "te kwestie pozostają przedmiotem dalszych analiz po stronie tajlandzkiej".

Dlatego dopóki grypa ptaków i ASF stanowią twardą przeszkodę w bezproblemowym eksporcie drobiu i wieprzowiny do Azji, to głównie wołowina ciągnie ten lukratywny, eksportowy wózek na Daleki Wschód. Podobną batalię o azjatyckie rynki widać na innych frontach – jak informował naTemat, Polska chce zasypać Azję jabłkami, a jeśli się uda, sadownicy zarobią krocie otwierając choćby 280-milionowy rynek Indonezji. Wymiana okazuje się więc uczciwa: podczas gdy nad Wisłą nadal królować będzie tajski drób, w Bangkoku zacznie rządzić polska krowa.