
Gorące protesty, blokady dróg i czarne wizje rychłego upadku polskiego rolnictwa po umowie z Mercosurem pokazały, jak łatwo ulegamy panice. Rolnicy z Ameryki Południowej wcale nie rzucili się na nasz rynek i dlaczego strach przed zalewem taniego mięsa okazał się wielkim hałasem o nic. Przynajmniej na razie.
Straszono nas, że po wejściu w życie umowy z krajami Mercosur zaleje nas fala "toksycznej, taniej żywności". Analizy IERiGŻ pokazują, że polityczne strachy minęły się ze statystyką handlową. Ale nie wiadomo, czy coś się jeszcze nie zmieni.
Wiele hałasu o nic. Południowoamerykańska "inwazja" okazała się mitem
Pamiętacie te nagłówki sprzed miesięcy? Pamiętacie syreny ciągników pod Urzędem Rady Ministrów, banery o "śmierci polskiego rolnika" i przerażające wizje ton argentyńskiej wołowiny oraz brazylijskiego drobiu, które miały zalać polskie sklepy i wypchnąć z nich rodzimych producentów? Emocje sięgały zenitu – protest rolników przeciwko Mercosur rozgrzał pół Polski, a traktory blokowały drogi w ponad 200 miejscach w kraju.
Debata wokół umowy handlowej między Unią Europejską a krajami bloku Mercosur (Brazylia, Argentyna, Paragwaj, Urugwaj) przypominała podręcznikowy pokaz zbiorowej histerii. Wieszczono upadek bezpieczeństwa żywnościowego, upadek hodowców i zalew produktów niespełniających żadnych norm.
Kurz po protestach opadł, a do sieci trafiają pierwsze twarde dane dotyczące realnych przepływów handlowych. I co się okazuje? Dokładnie to, o czym opanowani ekonomiści mówili od samego początku: żadnej inwazji nie ma, Amerykanie z Południa wcale nie rzucili się na polski rynek, a czarny scenariusz okazał się wielkim hałasem o nic. Pisaliśmy o tym zresztą już wcześniej, wyliczając 5 mitów o Mercosurze, które paraliżują polską wieś, a są z palca wyssane.
Co naprawdę sprowadzamy z Mercosuru? Prawda o "brazylijskim zagrożeniu"
Gdy spojrzymy na liczby prezentowane przez eksperta ds. handlu zagranicznego, dr. hab. Łukasza Ambroziaka z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej (IERiGŻ-PIB), mit o "zalewie polskiego rynku wołowiną i drobiem" natychmiast pryska.
Czym w rzeczywistości jest ten tajemniczy import z Brazylii czy Argentyny do Polski?
Zobacz także
Dlaczego Amerykanie z Południa nas nie "zjedli"?
Powód, dla którego południowoamerykańscy farmerzy nie opanowali polskich dyskontów, jest bardzo prosty: unijne negocjacje nie polegają na otwarciu drzwi na oścież z dnia na dzień. W umowie zapisano szereg bezpieczników, o których przeciwnicy porozumienia woleli głośno nie wspominać.
Po pierwsze, kontyngenty taryfowe – bezcłowy lub nisko oclony wjazd na teren UE dotyczy tylko ściśle limitowanych i stosunkowo niewielkich ilości towarów wrażliwych. Po drugie, długie okresy przejściowe: znoszenie ceł na produkty rolne zostało rozłożone w czasie na 5, 8, 11, a w niektórych przypadkach nawet 15 lat.
Po trzecie, rygorystyczne normy sanitarne – produkty wjeżdżające do UE muszą spełniać europejskie wymogi bezpieczeństwa żywności, co skutecznie odsiewa ziarno od plew. Szerzej opisywaliśmy ten mechanizm, pytając, czy Polska vs Mercosur to walka o każdy plasterek wołowiny, czy geopolityczne samobójstwo.
Polska dorzuciła do tego własne zabezpieczenia. Gdy resort rolnictwa zapowiedział blokadę towarów zawierających ślady substancji wycofanych z użycia w Europie, pisaliśmy, że to chemiczna żelazna kurtyna, którą Polska przymyka drzwi na żywność z Mercosuru.
Jak podkreśla prof. Łukasz Ambroziak, obawy o niekontrolowany napływ żywności z Ameryki Łacińskiej były od początku mocno wyolbrzymiane, a ewentualne ryzyka dotyczą nie tyle rynku wewnętrznego w Polsce, co potencjalnej konkurencji na niektórych rynkach państw trzecich.
Polska żywność stoi eksportem – i to na całkiem nowych rynkach
Podczas gdy w kraju straszono nas "brazylijskim zagrożeniem", polski handel rolno-spożywczy robił swoje. A robi to doskonale, bo aż 40 proc. wartości naszej produkcji rolnej trafia na eksport.
Zamiast załamania rynku, dane GUS cytowane przez prof. Ambroziaka wskazują dynamiczny rozwój polskich dostaw na zupełnie nowe kierunki. Eksport polskiej żywności do Turcji (głównie świeżej i schłodzonej wołowiny) skoczył o ponad 60 proc., a wysyłka polskich produktów (w tym jabłek) do Egiptu wzrosła o blisko połowę. Umowa działa zresztą w obie strony: po dekadzie starań polskie owoce weszły wreszcie na rynek brazylijski.
Mniej histerii, więcej chłodnej strategii
Sprawa Mercosuru po raz kolejny pokazała, jak łatwo wciągnąć skomplikowane zagadnienia ekonomiczne w tryby politycznej wyżymaczki. Przepowiadany kataklizm nie nadszedł, południowoamerykańscy rolnicy nie wyparli polskich schabowych, a rodzimy sektor rolno-spożywczy radzi sobie świetnie.
Zamiast ulegać mitom i straszyć konsumentów opowieściami z niewiarygodnych źródeł, warto czasem zerknąć na dane statystyczne. Okazuje się, że Mercosur nie jest ani straszną katastrofą, ani cudownym zbawieniem – to po prostu kolejny obszar rynkowy, na którym wygrywa ten, kto stawia na jakość, nowoczesne przetwórstwo i mądrą strategię eksportową.






