
Chiński drób zalewa Europę – eksport do UE wystrzelił napędzany bezwzględną walką cenową. Tymczasem polscy hodowcy, mimo podpisanego porozumienia, wciąż odbijają się od ściany chińskiej biurokracji. Unia otwiera drzwi dla azjatyckiego towaru, a rodzimy lider produkcji drży o swoją przyszłość.
Gwałtowny wzrost produkcji mięsa drobiowego w Chinach – aż o blisko 3 miliony ton – wywołał poważny niepokój wśród polskich hodowców. Istnieją realne powody do obaw, ponieważ unijny rynek może wkrótce zostać zalany falą wyjątkowo taniego towaru z Państwa Środka. Taka sytuacja grozi załamaniem cen i potężnym kryzysem nadpodaży, którego europejska gospodarka może po prostu nie udźwignąć.
Chińska machina produkcyjna na pełnych obrotach
Chińska machina produkcyjna działa na pełnych obrotach. Jak podaje serwis Business Insider, według najnowszych raportów amerykańskiego departamentu rolnictwa (USDA), roczna produkcja mięsa drobiowego w Chinach sięga już zawrotnych 17,3 miliona ton. Ten potężny potok towaru coraz szerzej wylewa się na nasz kontynent.
Prezes Grupy Drosed Adam Sojka w rozmowie dla "Pulsu Biznesu" zwraca uwagę na zatrważającą dynamikę: jeszcze w 2020 roku do Europy i Wielkiej Brytanii trafiało skromne 20 tysięcy ton chińskiego drobiu. W ubiegłym roku liczba ta wystrzeliła do około 150 tysięcy ton. Największym problemem dla lokalnych dostawców jest jednak bezwzględna waleczność cenowa azjatyckich produktów, które drastycznie zaniżają koszty i wycinają europejską konkurencję. Nie jest to zresztą zjawisko ograniczone tylko do mięsa – jak alarmują eksperci, zakupy u Chińczyków to konsumpcyjna bulimia – ściągamy śmieci i zabijamy gospodarkę.
Zablokowane wrota do Azji i utracone miliony
Całą sytuację pogłębia bolesny dla nas paradoks handlowy. Podczas gdy chińskie mięso bez przeszkód podbija europejskie stoły, polscy producenci od sześciu lat odbijają się od ściany. Chiński rynek zamknął się dla polskiego drobiu w 2020 roku po wykryciu w naszym kraju ognisk ptasiej grypy i do tej pory nie udało się go otworzyć, mimo intensywnych starań całej branży. Skala wcześniejszych strat jest dobrze udokumentowana – pamiętamy moment, w którym epidemia ptasiej grypy spowodowała, że ceny drobiu pójdą w górę, bo zabito miliony kur, a polski sektor stracił najważniejszych zagranicznych odbiorców.
Zobacz także
Straty są ogromne – w czasach najlepszej koniunktury potrafiliśmy sprzedać do Państwa Środka towar o wartości 55 milionów euro rocznie. Dzisiaj, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo rozwinęły się polskie zakłady, nasz potencjał eksportowy na tamtejszym rynku jest nieporównywalnie większy. Branża nie po raz pierwszy walczy o przetrwanie – jeszcze niedawno UE rozważała embargo na polski drób, a straty mogły sięgnąć miliardów.
Porozumienie, które utknęło na chińskiej biurokracji
Mimo że w ubiegłym roku Warszawa i Pekin sfinalizowały oficjalne porozumienie, które miało otworzyć drogę do wznowienia dostaw polskiego drobiu na tamtejszy rynek, plany te całkowicie spaliły na panewce. Pierwsze kontenery z mięsem miały wyruszyć w trasę już w połowie października, jednak obietnice rozbiły się o chińską biurokrację. Administracyjne przeszkody i procedury narzucone przez stronę chińską skutecznie zablokowały start dostaw, przez co wynegocjowany dokument wciąż pozostaje jedynie deklaracją na papierze. Sytuacja przypomina kryzys sprzed ponad dekady, kiedy to wstrzymano eksport wieprzowiny, a ratunkiem dla polskich hodowców mogła być regionalizacja – mechanizm, którego skuteczne wdrożenie do dziś sprawia problemy.
– Tymczasem UE dopuściła do naszego rynku kolejne chińskie zakłady drobiarskie. Początkowo były one certyfikowane bezpośrednio przez unijne służby, później jednak Bruksela dała stronie chińskiej możliwość rozszerzania uprawnień na następne zakłady. Obecnie blisko 70 z nich ma prawo eksportować do Europy. Odbywa się to praktycznie poza realną kontrolą europejskich służb weterynaryjnych – mówi prezes Grupy Drosed w rozmowie dla "Pulsu Biznesu".
