
Kierowcy podjeżdżają pod stacje ładowania samochodów elektrycznych i zamiast przewodu widzą tylko kikuty. To nie są pojedyncze przypadki. Kradzieże kabli ze stacji ładowania stają się plagą. Zysk złodzieja to zaledwie parę stówek, podczas gdy operatorzy tracą nawet kilkadziesiąt tysięcy złotych. Efekt? Niedziałające ładowarki, które utrudniają podróż kierowcom elektryków.
Problem dotyka coraz większej liczby kierowców. Według danych Licznika Elektromobilności pod koniec czerwca 2026 roku w Polsce działało 13 201 ogólnodostępnych punktów ładowania, z czego 6668 stanowiły szybkie ładowarki DC. To jednak liczby na papierze, bo dostępność urządzeń jest niższa.
Wiele z nich zostaje wyłączonych z użytku po tym, jak złodzieje odetną kable od ładowarek, by sprzedać znajdującą się w nich miedź na skupach złomu. Operatorzy inwestują w nowe zabezpieczenia, ale przyznają, że bez skuteczniejszego ścigania sprawców problem będzie narastał. A tym samym rosła będzie frustracja kierowców, którzy nie mogą w swobodny sposób ładować swoich elektryków.
Kradzież kabli ze stacji ładowania to już plaga. Kierowcy odbijają się od nieczynnych ładowarek
Sieć Powerdot szacuje, że kradzieże kabli dotyczą już około 10 proc. infrastruktury należącej do różnych operatorów w Polsce. Kierowca planuje postój na ładowanie. Dojeżdża na miejsce i odkrywa, że ładowarka jest nieczynna, bo ktoś ukradł przewód. W trasie potrafi to oznaczać konieczność szukania kolejnej stacji nawet kilkadziesiąt kilometrów dalej.
Motywacja sprawców jest prosta. Jeden kabel zawiera od 1,5 do nawet 8 kg miedzi. W skupie złomu można za nią dostać maksymalnie około 400 zł. To niewielka kwota w porównaniu z kosztami napraw. Wymiana kabla CCS wraz z przywróceniem stacji do działania może kosztować od kilkunastu do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Do tego dochodzą straty wynikające z wyłączenia ładowarki z użytkowania.
Zobacz także
Walka ze złodziejami wchodzi na nowy poziom. Operatorzy montują GPS i specjalne osłony
Firmy zarządzające stacjami ładowania nie pozostają bierne. Na części ładowarek pojawiły się dodatkowe zabezpieczenia. Jedna z marek testuje charakterystyczne moduły z lokalizatorem GPS montowane na kablach. Inni operatorzy stosują specjalne osłony odporne na przecięcie, a nawet rękawy z płynem, który po uszkodzeniu zostawia na skórze i narzędziach sprawcy ślady widoczne w świetle UV.
Każde takie rozwiązanie oznacza kolejne wydatki liczone w tysiącach złotych na jedno urządzenie. Operatorzy podkreślają, że tam, gdzie zabezpieczenia zostały zamontowane, liczba kradzieży wyraźnie spadła. Mimo tego zdarzają się kolejne próby. To może wskazywać na działania dobrze zorganizowanych grup, które regularnie wybierają infrastrukturę do ładowania jako łatwy cel.
Brzmi jak fatalny interes życia. Czy naprawdę warto ryzykować dla kilkuset złotych?
Pierwszy z głośnych wyroków pokazuje, że kradzież kabli może skończyć się znacznie gorzej, niż zakładają sprawcy. Sąd Rejonowy w Głogowie skazał mężczyznę za kradzież dwóch kabli ze stacji w Przemkowie na osiem miesięcy ograniczenia wolności, 240 godzin prac społecznych oraz obowiązek zwrotu blisko 15,5 tys. zł wartości szkody.
Trudno znaleźć bardziej nieopłacalny interes. Ktoś ryzykuje wpis do rejestru karnego, wielomiesięczne konsekwencje i obowiązek oddania wielokrotnie większej kwoty tylko po to, by zyskać kilkaset złotych na sprzedaży miedzi. Tymczasem rachunek za kradzież płacą wszyscy.
Operatorzy ponoszą koszty napraw, kierowcy tracą dostęp do stacji ładowania samochodów, a rozwój elektromobilności wyhamowuje. Jeśli ten proceder nie zostanie skutecznie ograniczony, niedziałające ładowarki mogą stać się coraz częstszym widokiem na polskich drogach.
Czy za kradzież kabli ze stacji ładowania powinny grozić surowsze kary?
2 odpowiedzi






