Spalony pojazd DIOZ, strażacy.
Samochód Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt spłonął w nocy na Podhalu. DIOZ twierdzi, że to odwet górali za sobotni protest na trasie do Morskiego Oka. Fot. DIOZ/Facebook

Samochód Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt spłonął w nocy na Podhalu. DIOZ twierdzi, że to odwet górali za sobotni protest na trasie do Morskiego Oka. Policja nie wyklucza podpalenia i już zabezpiecza dowody. Kilka godzin wcześniej na tatrzańskim szlaku doszło do szarpaniny aktywistów z policją.

REKLAMA

Do zdarzenia doszło w niedzielę około godz. 2 w nocy w pobliżu jednego z obiektów noclegowych w Groniu w gminie Bukowina Tatrzańska. Jak poinformował Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt, ogień zniszczył jeden z samochodów organizacji. DIOZ przekazał, że auto było warte około 500 tys. zł.

Spłonął samochód DIOZ za pół miliona złotych

Przedstawiciele organizacji twierdzą, że nie był to przypadkowy pożar. Ich zdaniem za podłożeniem ognia stoją mieszkańcy Podhala, którzy mieli działać w odwecie za protest przeciwko wykorzystywaniu koni do przewozu turystów.

"Jesteśmy przez oprawców śledzeni, wygrażają nam śmiercią i grożą spaleniem ośrodków" – napisali działacze.

DIOZ domaga się wyjaśnienia sprawy, policyjnej ochrony oraz reakcji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Policja w rozmowie z Polsat News potwierdziła, że bada wszystkie możliwe wersje wydarzeń. Funkcjonariusze nie wykluczają, że samochód mógł zostać podpalony.

Służby od godzin nocnych prowadzą czynności na miejscu. Wykonano oględziny pojazdu i zabezpieczono materiał dowodowy. Policja zapowiedziała również przesłuchania świadków oraz zabezpieczenie nagrań z monitoringu.

Szarpanina i kajdanki na szlaku. Burzliwa pikieta aktywistów w Tatrach

Do pożaru doszło kilka godzin po sobotnim proteście przeciwko transportowi konnemu na trasie do Morskiego Oka. Aktywiści domagają się całkowitego zakazu przewozu turystów zaprzęgami.

W sobotę 22 sierpnia od godz. 10 na popularnym tatrzańskim szlaku trwała pikieta. Protestujący mieli ze sobą plakaty i hasła dotyczące sytuacji koni. W pewnym momencie część aktywistów usiadła na drodze, próbując zatrzymać przejazd jednego z wozów.

Na miejsce wezwano policję. Funkcjonariusze nakazali protestującym zejście z jezdni. Gdy polecenia nie przyniosły skutku, ostrzegli, że mogą użyć siły. Następnie zaczęli przenosić osoby blokujące drogę na jej pobocze. Doszło do szarpaniny, a całe zdarzenie zostało nagrane przez świadków.

W proteście uczestniczyli także przedstawiciele DIOZ. Radio Kraków informowało, że policjanci mieli zakuć w kajdanki szefa organizacji Konrada Kuźmińskiego i odprowadzić go do radiowozu. Nie było wówczas wiadomo, jakie dalsze czynności zostaną wobec niego podjęte.

Na miejscu pojawili się również fiakrzy oraz mieszkańcy Podhala sprzeciwiający się działaniom aktywistów. Według lokalnych mediów trwała kontrmanifestacja. Do wejścia na szlak przyjechali także przedstawiciele Tatrzańskiego Parku Narodowego. Nastroje w regionie są napięte od dawna – górale mają dosyć turystów, a każda ingerencja z zewnątrz w lokalny biznes odbierana jest jako atak.

"Przy wejściu na szlak funkcjonariusze kierują ruchem fasiągów i turystów. Aktywiści nadal pikietują, skandują hasła, emocje nie opadają. Na Palenicę Białczańską przyjechała też grupa górali sprzeciwiających się działaniom aktywistów. Odrzucają zarzuty o cierpienie koni i twierdzą, że protestujący chcą przejąć interes. Pikieta ma trwać cały dzień" – przekazało Radio Kraków.

Wieloletni konflikt o Morskie Oko

Konflikt wokół przewozu turystów do Morskiego Oka trwa od lat, ale w ostatnim czasie ponownie mocno się zaostrzył. Jednym z punktów zapalnych było spotkanie w Starostwie Tatrzańskim. Konrad Kuźmiński zarzucał staroście, że "urząd blokuje wprowadzenie transportu elektrycznego".

Od 1 września 2026 roku zacznie działać pilotaż nowych zasad przygotowanych przez Tatrzański Park Narodowy, samorząd, fiakrów oraz Ministerstwo Klimatu i Środowiska. Jeszcze wiosną zapowiadano, że konie z Morskiego Oka wreszcie odetchną, a górale oswajają się z e-busami.

Najważniejsza zmiana dotyczy długości trasy. Zaprzęgi nadal będą ruszać z Palenicy Białczańskiej, ale dojadą tylko do Wodogrzmotów Mickiewicza, a nie jak dotąd do Polany Włosienica. Trasa przejazdu skróci się z 6,9 do 2,9 km. Na pozostałym odcinku turyści będą mogli skorzystać z transportu elektrycznego.

DIOZ zapowiedział tymczasem, że w poniedziałek ponownie pojawi się na trasie i będzie protestować przeciwko transportowi konnemu. Aktywiści chcą całkowitego zakazu przewozu turystów przez fiakrów i zapowiadają dalsze działania.

Po pożarze samochodu organizacja rozpoczęła też zbiórkę pieniędzy. Środki mają zostać przeznaczone na "odbudować tabor ratunkowy i zapewnić bezpieczeństwo ludziom oraz zwierzętom w ośrodkach".