zmęczony lekarz na szpitalnym korytarzu
Ochrony zdrowia nie da się naprawić. Da się nią tylko uczciwie zarządzać Fot. PeopleImages / Shutterstock / Montaż: InnPoland.pl

W sprawie służby zdrowia nie zazdroszczę politykom. To znaczy, co do zasady im nie zazdroszczę, bo to kiepski zawód, ale w sprawie służby zdrowia nie zazdroszczę im wyjątkowo mocno.

REKLAMA

No bo muszą chodzić do tych mediów, odpalać Iksa czy inne Facebooki i się wymądrzać, że służbę zdrowia trzeba naprawić. Albo, co gorsza, muszą robić te całe konferencje programowe i z poważną miną przekonywać, że już zaraz, tylko ich wybrać, a system zdrowia zostanie naprawiony. Kolejki znikną, lekarze będą do nas sami dzwonić, a leki przyjeżdżać kurierem.

Każdy system racjonuje leczenie. Pytanie brzmi: podatkami czy kolejkami?

Oczywiście tak nie będzie, bo system co do zasady działa w realiach permanentnego niedoboru. Przychodni, szpitali, leków, pielęgniarek, lekarzy, specjalistów i wszystkiego, co możemy sobie tylko wymarzyć.

Ochrony zdrowia po prostu nie da się naprawić, a jedyne co się da, to uczciwie zarządzać niedoborem. A mimo tego dosyć oczywistego wniosku politycy przerzucają się ciągle przykładami.

Mamy Singapur! Kopiujemy do Polski i gotowe!

No dobrze, co z tym Singapurem?

Miasto-państwo o powierzchni 700 km kw., czyli mniej więcej 0,2 proc. Polski, nie będzie się borykać z tą samą skalą problemów niedostatecznej sieci szpitali, zbyt dużych odległości od porodówki czy potrzeby dublowania oddziałów pomiędzy miastami. A i tam przecież łączymy płatność państwa i obywatela, więc nie jest ani w pełni prywatnie, ani w pełni publicznie.

Intrygujące jest zresztą, że Singapur za wzór podawany jest głównie przez polityków wolnorynkowych, którzy najwyraźniej kompletnie ignorują skalę państwowego nadzoru nad systemem, nie tylko zresztą zdrowotnym. Państwo dotuje leczenie, reguluje liczbę łóżek w szpitalach i skalę dopłat na bazie standardu wybranego przez pacjenta.

Zachodnia Europa łata dziury importem lekarzy

Z drugiej strony mamy miłośników rozwiązań europejskich. Niektórzy karmią się złudzeniem, że wystarczy robić jak w Europie Zachodniej i sprawę rozwiąże dosypanie pieniędzy. Tylko to kolejne złudzenie. Najbogatsze kraje Europy jak Niemcy po prostu łatają luki w systemie, rzucając w nie pieniędzmi i zastępując lokalne braki lekarskimi imigrantami z innych krajów, w tym z Europy, ale i z Syrii czy Turcji.

Aż 68 tys. lekarzy w Niemczech nie ma nawet niemieckiego obywatelstwa. Jest to mechanizm zwyczajnie w Polsce nie do powtórzenia, nawet przy rosnącej fali polonofilii na Zachodzie.

Podobnie funkcjonuje to w Wielkiej Brytanii, gdzie państwo bierze na siebie koszty zdrowotne, a przez długie lata dziury w systemie zapychano imigrantami z Indii i paracetamolem. Aż 42 proc. lekarzy w Wielkiej Brytanii wykształciło się za granicą. Kto z nas nie ma w rodzinie czy otoczeniu kogoś, kto mimo mieszkania od wielu lat na Wyspach wraca od czasu do czasu leczyć się prywatnie w Polsce?

To może Kanada? Ogromne pieniądze, rozbudowany system, a jednak średni czas oczekiwania to od kilku do kilkunastu miesięcy. O ile mówimy o podstawowym pakiecie, bo często dentysta działa tylko prywatnie. Brzmi znajomo, prawda?

Każdy system racjonuje leczenie. Pytanie tylko czym

Brzmi znajomo, ponieważ każdy system zdrowia racjonuje leczenie. Raz płacimy podatkami i składkami, a innym razem kolejkami czy ograniczonym koszykiem świadczeń. Nawet w najbogatszych krajach, zasypujących braki kupionym za granicą personelem, na SOR-ze czeka się godzinami.

Ciężko tutaj mieć pretensje do polityków czy menedżerów w branży. Popyt na leczenie nie ma naturalnej granicy, a zasoby zawsze będą skończone. Nawet nie te finansowe, a po prostu dostępność lekarzy, pielęgniarek, szpitali czy karetek. Do tego społeczeństwa się starzeją, a choroby przewlekłe są coraz dłużej kontrolowane, przez co wydłuża się okres życia, kiedy potrzebujemy być pod opieką lekarza. No i każda nowa terapia z jednej strony rozwiązuje jeden problem, ale stanowi kolejne obciążenie systemu.

My jednak staramy się stworzyć rozwiązanie doprawdy unikalne. O ile nie da się zrobić rzeczy szybko, tanio i dobrze, tak my chcemy mieć niskie podatki, brak współpłacenia, szeroki koszyk świadczeń, dobrze zarabiający personel, specjalistów dostępnych od ręki i najlepiej, żeby szpital był po drugiej stronie ulicy. Aha, nowoczesny szpital z nowoczesnym sprzętem.

I co gorsza, są politycy, którzy dokładnie to obiecują. A gdy przychodzi co do czego, dostajemy prowizorkę – ostatnie zmiany w ochronie zdrowia i to, jak ministra chce ugasić pożar, były głównie reakcją na skandale wokół szpitali, a nie efektem przemyślanej reformy.

Kres niedoborów? Cała nadzieja w AI

Całe szczęście, wszystko wskazuje na to, że nadchodzi kres niedoborów. Tak, tak, mowa o AI. Czołowe modele wyeliminowały już praktycznie problem z halucynacjami, a można je jeszcze bardziej ograniczyć na parę prostych sposobów. Do tego jak świat szeroki masowo zaczynają się pojawiać roboty humanoidalne, oferujące więcej niż wystarczające możliwości mobilności i komunikacji.

Pisałem już zresztą o tym szerzej: lekarzu, emerytura nadchodzi i Polska powinna wziąć się za medyczną AI, bo przełomy w tej dziedzinie zdarzają się dziś praktycznie co tydzień – od skanerów ultradźwiękowych po współpracę OpenAI z polskim MoleculeOne przy projektowaniu leków.

Polskie zespoły są, ambicji państwa brak

Wydawać by się mogło, że Polska, ze słabym systemem opieki zdrowotnej, a jednocześnie z wielkimi aspiracjami, będzie chciała być w czołówce państw wdrażających rozwiązania AI w medycynie. Mamy przecież nie tylko wybitnych polskich twórców AI, ale i polskie startupy medyczne. Polskie Xlungs pomaga lekarzom – platforma analizująca obrazy płuc pokazuje, że kompetencje w kraju są. Nawet NFZ próbuje: uruchomi głosowego asystenta AI, system ma odblokować tysiące wizyt, które dziś przepadają, bo pacjenci nie odwołują terminów.

Nic tylko korzystać. No właśnie. Niestety ambicje naszych rządzących w kwestii cyfryzacji leczenia Polaków wydają się ograniczać do sprawdzania, czy ich dane medyczne wyciekły przy okazji ostatniego włamania do sieci przychodni. A skala tego ostatniego incydentu robi wrażenie – atak hakerski na MyDr, wyciek danych i PESEL-i objął według sprawców niemal 19 milionów Polaków.

Wyprzedza nas Honduras

No więc, niestety, mimo oczywistego kierunku, w którym powinniśmy podążać, wszystko pozostanie po staremu. Na razie wyprzedza nas Honduras, który rozpoczął już testowe wdrożenia.

Za kilka lat lekarz rzeczywiście sam do nas zadzwoni, karetka przyjedzie bez kierowcy, a leki dostarczy robot. Problem w tym, że w Polsce będziemy wtedy akurat powoływać międzyresortowy zespół, który oceni, czy można rozpocząć pilotaż.