
Nawet 60 tysięcy aut we Włoszech jeździ na polskich rejestracjach. Nie, to nie nagły przypływ turystów ani emigrantów, a prawna szara strefa. W dodatku przekręt, na którym polscy ubezpieczyciele tracą miliony.
Na ulicach Neapolu pojawiła się zaskakująca moda – tysiące włoskich kierowców jeździ autami z polskimi rejestracjami. Jak szacuje Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych (PBUK) oraz "Financial Times", nawet 60 tysięcy pojazdów we Włoszech zostało przepisanych na firmy w Polsce, by unikać lokalnych opłat.
Kreatywna księgowość i 70 proc. oszczędności
Mechanizm jest prosty: włoski właściciel przenosi własność auta na polską spółkę-słupa, która rejestruje je nad Wisłą. Samochód nigdy nawet nie ogląda Polski. W Neapolu jest to szczególnie popularne z powodu wyjątkowo wysokich składek ubezpieczeniowych. Tamtejsi kierowcy metodą "na Polaka" oszczędzają na podatku drogowym i polisach OC nawet 70 proc.
Sam podatek nazywa się bollo auto i jak widać, włoskich kierowców koszty faktycznie bollo. Przy okazji naszymi rejestracjami unikają mandatów i opłat parkingowych, ponieważ włoska drogówka szuka wiatru w polu w naszym kraju.
Ten proceder generuje ogromne koszty w Polsce. Z danych PBUK wynika, że w pierwszych ośmiu miesiącach 2026 roku wypłaty odszkodowań za szkody spowodowane we Włoszech przez auta na polskich tablicach sięgnęły aż 35 mln zł (wobec 18 mln zł w 2025 r.). Część aut nie ma ważnego ubezpieczenia, a rachunki spadają na instytucje branżowe. Jak widać, Polacy są okradani nawet, jeśli nie padają ofiarami kieszonkowców na włoskich wakacjach.
Zobacz także
Naloty policji i odpowiedź Rzymu
Służby po obu stronach granicy przeszły do kontrataku. W marcu stołeczna policja zatrzymała siedem osób odpowiedzialnych za fikcyjną rejestrację ponad 1,5 tys. pojazdów.
Sprawa stała się na tyle głośna, że premier Giorgia Meloni zapowiedziała zwolnienie z podatku drogowego od 2027 roku dla małych i średnich pojazdów. W sieci pojawiają się już pierwsze poradniki dla Włochów, jak sprawnie przerejestrować auto z powrotem do Włoch przed falą mandatów.
Unikanie mandatów po Polsku
Podobne metody znamy z własnego podwórka jako "metoda na Ukraińca". Mechanizm działa tu jednak nieco inaczej. Kierowca próbuje uniknąć kary, tłumacząc, że pojazd uwieczniony na zdjęciu z fotoradaru prowadził obywatel Ukrainy, który nie przebywa na stałe w Polsce, co utrudnia namierzenie winnego – wciąż bowiem brak nam systemu wymiany informacji o kierowcach z państw spoza Unii Europejskiej.
Taka próba oszustwa niesie ze sobą znacznie surowsze konsekwencje niż sam mandat. Kierowca naraża się bowiem na odpowiedzialność karną za składanie fałszywych zeznań, przez co całe ryzyko okazuje się zupełnie nieopłacalne.






