zakopiańska policja kontra parkujący na zakazie turyści
Kapeć na kole i 650 zł za lawetę. Koszt eksportowania parkingowej patologii w góry Fot. Policja Zakopane

Nawyk stawiania auta "gdziekolwiek, bo przecież muszę wysiąść" przenosi się z chodników dużych miast prosto na górskie przełęcze. Od zakorkowanych i zablokowanych poboczy wokół Zakopanego po całe rzędy aut zamienionych w "unieruchomioną flotę" na Słowacji – mistrzowie kierownicy weszli w sezon urlopowy z impetem.

REKLAMA

Filmik z rzędem polskich aut obłożonych blokadami na kołach przy szlaku na Słowacji stał się hitem sieci i wywołał falę gorących komentarzy. Słowem: polscy kierowcy nie zrobili swojemu krajowi dobrego PR-u u południowych sąsiadów... Tymczasem pod polskimi Tatrami drogowcy musieli wezwać policję, bo turyści porzucili samochody na zakazie, uniemożliwiając remont drogi.

Skuć Tatry i zrobić asfalt?

Zastawiony sprzęt budowlany, zablokowane przejazdy dla służb ratunkowych i pretensje do całego świata, że parking był pełny. Zakopiańscy i słowaccy policjanci mają co dzień do czynienia z dziesiątkami takich przypadków.

Znamy ten obrazek z ulic Warszawy, Krakowa, Poznania czy Wrocławia: rozjechane trawniki, samochody porzucone na zakazach zatrzymywania, zastawione chodniki i wieczne usprawiedliwienie – "Panie, przecież na chwilę stanąłem", "A gdzie miałem zaparkować?".

Problem polega na tym, że gdy sezon urlopowy rusza w najlepsze, ci sami kierowcy pakują walizki i swoje wielkomiejskie, parkingowe nawyki zabierają ze sobą do górskich kurortów. W efektowny i niebywale kosztowny sposób przekonują się jednak, że górskie miasteczka – a zwłaszcza zagraniczni sąsiedzi – nie zamierzają tolerować parkingowego pieniactwa.

Zakopane: blokowali drogowców, wrócili pieszo

Wystarczy spojrzeć na wydarzenia z Wierchu Poroniec koło Zakopanego. Drogowcy próbowali tam dokończyć prace na drodze, ale nie mogli – na odcinku objętym wyraźnymi tablicami informacyjnymi oraz oznakowaniem zakazującym postoju turyści po prostu porzucili swoje auta i poszli w góry.

Wezwani na miejsce policjanci z Bukowiny Tatrzańskiej nie bawili się w półśrodki. Ponieważ oznakowanie dawało do tego pełne podstawy prawne, na miejsce przyjechała laweta i wszystkie nieprawidłowo zaparkowane samochody odholowano na policyjny parking.

Rachunek za taką "zaradność" wygląda następująco: mandat karny – 200 zł, punkty karne – 2, holowanie na parking policyjny – 650 zł.

Zakopiańska policja informuje, że takie sytuacje to chleb powszedni – każdego dnia funkcjonariusze odbierają dziesiątki zgłoszeń od poirytowanych mieszkańców i co rusz ujawniają po kilkadziesiąt nieprawidłowo zaparkowanych pojazdów. Do miejsc zamieszkania kierowców, którzy zdążyli odjechać, już trafiają urzędowe wezwania.

To nie jest przypadkowa akcja. Jak opisywaliśmy, Zakopane zmienia zasady parkowania i turyści muszą przygotować portfele – Śródmiejska Strefa Płatnego Parkowania działa tam codziennie, także w weekendy i święta, w godzinach 8–21. Miasto od lat próbuje wymusić rotację pojazdów, bo inaczej centrum i dojazdy do szlaków po prostu się zatykają.

Zmienia się też sam TPN. Pojawiały się nawet informacje, że park zamknie Tatry nocą, bo głupota turystów przekroczyła punkt krytyczny. Sygnał jest jeden: era pobłażliwości się skończyła.

Słowacja: "Skąd oni wzięli tyle blokad?!"

Jeśli komuś wydaje się, że 850 zł w Zakopanem to surowa nauczka, powinien zobaczyć, co polscy kierowcy odwinęli kawałek dalej. Warto przy okazji sprostować powtarzany w sieci błąd – cała ta głośna akcja rozegrała się nie u Czechów, ale u naszych słowackich sąsiadów w Tatrach Wysokich.

W internecie rozeszło się nagranie zarejestrowane przy szlaku prowadzącym do Zielonego Stawu Kieżmarskiego (w okolicach Biela Vody). Na wideo widać długi na kilkadziesiąt metrów rząd samochodów stojących wzdłuż szosy. Niemal wszystkie auta były na polskich tablicach rejestracyjnych i niemal każde miało założoną na koło wielką, żółtą blokadę.

Słowacy potocznie nazywają blokadę "kapciem" (papuča). Internauta, który opublikował nagranie obejrzane ponad 400 tysięcy razy, skwitował sytuację krótko: "Polacy wyjeżdżają z Tatr z kapciami".

"Tylko jedno pytanie nasuwa się na myśl: skąd oni wzięli tyle blokad?" – brzmiał najbardziej popularny komentarz pod nagraniem z profilu Tatry Official.

Słowacki cennik dla mistrzów parkowania

  • Zakaz zatrzymywania się i postoju: 52 € (ok. 220 zł) przy płatności w 15 dni, 78 € (ok. 330 zł) po terminie.
  • Parkowanie na miejscu dla osób z niepełnosprawnościami, w tunelach lub na wjazdach: 132 € (ok. 570 zł) w 15 dni, 198 € (ok. 850 zł) stawka pełna.
  • Gratis: czekanie na patrol straży miejskiej ze słowackim słowniczkiem w ręku.
  • To zresztą nie nowość. Już wcześniej pisaliśmy, że zaczynają się kontrole w Tatrach i możesz zapłacić nawet 200 euro – słowacki taryfikator jest po prostu znacznie surowszy od polskiego, a strażnicy TANAP nie mają zwyczaju odpuszczać obcokrajowcom.

    Kultura parkowania to sprawa, w której jak w soczewce skupia się nasz stosunek do otoczenia i norm społecznych. Pod nagraniami ze Słowacji wywiązała się dyskusja, w której część Polaków próbowała tłumaczyć rodaków: "Bo parking był mały i już rano nie było miejsc!".

    Tę roszczeniową logikę trafnie punktowali inni internauci: "Czasem liczba miejsc do parkowania limituje liczbę turystów, aby zachować pewien komfort i ograniczyć wpływ na przyrodę. Nie ma miejsca, to jedź gdzie indziej". "Wszystko powinno być parkingiem. Skuć Tatry, postawić parking".

    Co najzabawniejsze (i zarazem najsmutniejsze), zaledwie kawałek dalej, w pobliskiej Tatrzańskiej Łomnicy, dostępny był całkowicie darmowy parking P+R. Większość kierowców wolała jednak porzucić auto na zakazie wzdłuż szosy, byle zaoszczędzić kilkaset metrów spaceru do szlaku.

    To ta sama logika, przez którą turysta zignorował ważną zasadę w Białowieży, a żubr nie dał mu drugiej szansy – przekonanie, że przepisy i ostrzeżenia dotyczą wszystkich innych, tylko nie mnie.

    Urlop nie zwalnia z myślenia

    Planując górską wycieczkę – czy to w polskie Tatry, czy do sąsiadów – trzeba wreszcie przyswoić jedną, prostą prawdę: dostępność miejsca parkingowego pod samym wejściem na szlak nie jest gwarantowanym prawem obywatelskim.

    Jeśli przyjeżdżasz o 10:00 rano na popularny parking, który o 6:30 był już pełny, masz trzy wyjścia:

    1. Skorzystać z parkingów buforowych P+R i wsiąść w lokalny autobus.
    2. Zmienić plany i pojechać w inne miejsce.
    3. Wstać następnego dnia o świcie.

    Warto też śledzić zmiany w organizacji ruchu w samych Tatrach, bo od jesieni wchodzi koniec fasiągów pod Morskie Oko, jakie znamy, i od 1 września konie stają w połowie drogi. Przy takich przetasowaniach dojazd pod szlak będzie jeszcze bardziej wymagał planowania niż improwizacji.

    Porzucenie samochodu na zakazie, blokowanie pętli autobusowych, stref prac drogowych czy leśnych wjazdów dla ratowników WOPR i HZS to nie jest "zaradność". To zwykłe warcholstwo, które w Polsce kończy się rachunkiem od lawety na 850 zł, a za granicą – pamiątkową, żółtą blokadą na kole i wstydem na całą Europę.