Biznes w postpandemii. Anna Streżyńska wymienia trzy nauczki, które dostaliśmy jako społeczeństwo

Krzysztof Majdan
Choć pandemia trwa w najlepsze, już krystalizują się pierwsze nauki i obietnice zmiany, jakie z niej płyną. Niedostateczny stopień cyfryzacji i automatyzacji złapał w niewygodnej pozycji nie tylko biznes, ale i państwo. O lekcjach płynących z pandemii, o mieczu zamiast tarczy i tym, czy wybory online były kiedykolwiek w Polsce realne, opowiada Anna Streżyńska, była minister cyfryzacji, założycielka firmy MC2 Innovations.
Anna Streżyńska, była minister cyfryzacji, dziś w MC2 Innovations Fot. Jacek Marczewski / Agencja Gazeta

Poniższy artykuł jest częścią cyklu "Świat po pandemii". To akcja zainicjowana przez Sebastiana Kulczyka i jego platformę mentoringową Incredible Inspirations, w której wspólnie publikujemy 21 tekstów wyjaśniających, jak będzie wyglądała nasza rzeczywistość i "nowa normalność" po kwarantannie i koronawirusie. Czytaj więcej

Jak spędzasz izolację? Ludziom, wyżej podpisanego nie wyłączając, przychodzą do głowy głupie pomysły. Nie myślałaś, żeby zostać Tik-Tokerką, albo założyć małą pasiekę w ogrodzie?

(śmiech) Istotnie, dużo z tej izolacji spędzam w ogrodzie. Jestem w dobrej sytuacji, bo większość kolegów siedzi w zamkniętych mieszkaniach, dzieci szaleją, żony mają ich dość, a ja mam gdzie wyjść, gdzie się odciąć. Głupawki owszem, też dostaję, w tym sensie, że to jednak przymus bycia w izolacji. Odkryłam w sobie z pewnym zdziwieniem, że mi brakuje kontaktów międzyludzkich.

Dlaczego zdziwieniem?

Mając się za introwertyka przekonałam się, że nie lubię tej formuły zdalnej pracy, szczególnie, gdy jest wymuszona. Staram się łamać te zasady w miarę rozsądku, bywam w siedzibie firmy, ale kontakt bardzo ograniczony. Dla firmy IT to nie jest znowu jakieś dziwne, ale na piwo po pracy nie pójdziemy przecież, a picie do ekranu nie bardzo się sprawdza.

W czasie pandemii nagle wszyscy się obudzili – ups, trzeba było więcej inwestować w automatyzację. Twoja firma, jako spóła technologiczna, powinna mieć naturalne przeciwciała na chorobę. Czy pandemia nawet was w czymś zaskoczyła?

Bardzo łatwo nam przyszła zmiana, i bez odgórnych ograniczeń zespół w jakimś zakresie realizował pracę zdalną, w międzyczasie nawet zdołaliśmy się przeprowadzić, bo kończyła nam się umowa najmu w dotychczasowej siedzibie. Pracujemy w tym samym rytmie.

Jak z wydajnością?

W pierwszym okresie powiedziałabym nawet, że nastąpił wzrost tej wydajności. Skończyły się kawusie czy wyjścia na pizzę, czego oczywiście żal, praca nabrała tempa. Potem zauważyłam, że praca się rozciągnęła, już nie było od do, jak na początku, tylko bardziej się rozpełzła.

Jak wygląda teraz ruch w branży? Podmioty rzuciły się na narzędzia automatyzujące, powodowane kryzysowym zarządzaniem czy tak oszczędzają, że nastała stagnacja?

Różnica jest nie w poszczególnych sektorach rynku, a między projektami, które były już klepnięte, ubrane w jakieś harmonogramy i budżety. Te pierwsze działają, firmy dobrze radzą sobie z narzędziami pracy zdalnej, ale bardzo niechętnie biorą na siebie nowe projekty, jeśli coś nie zostało podpisane przed pandemią, teraz ma niewielkie szanse na realizację.

Większość korporacyjnych klientów przeszło na zarządzanie awaryjne, minimum by utrzymać w ruchu organizację i czekanie na znak luzowania ograniczeń. Może ruch byłby większy, gdybyśmy zajmowali się udoskonalaniem operacyjnej pracy, nie rozwiązywaniem wcześniej zdefiniowanych problemów biznesowych.

I przyszedł największy sprawdzian głównej mantry biznesowej tego wieku. „Digital first”. Z jaką wyjdziemy oceną?

Zależy gdzie ucho przyłożyć i kogo zapytamy. Przed chwilą rozmawiałam z mężem, który powiedział, że nagle spółdzielnia mieszkaniowa w magiczny sposób przestała mieć problemy ze skanami pism zamiast fizycznymi dokumentami. Biznes był na to już wcześniej gotowy.

Nie wiem, czy jest powrót do poprzednich metod, sprzed pandemii, praca zdalna działa i nikomu nie dzieje się wielka krzywda, biznes łatwo się dostosowuje. Problem jest w instytucjach życia publicznego.

Państwo również ma w nosie digital first, a teraz nikomu to nie ułatwia życia.

Działa to jakoś w przypadku instytucji i firm, które miały rozwinięte narzędzia do obiegu dokumentacji, większość rzeczy dało się i da załatwić zdalnie. Gorzej w szerszym ujęciu. Dostałam np. niedawno od urzędu informację o brakach w dokumentach. Skan pisma od banku, w świetle prawa bankowego obowiązujący, niekoniecznie taki jest dla urzędu, który kazał przynieść papier z pieczątką, gdy to się unormuje. Nie zawsze możemy czekać z załatwieniem różnych spraw na dogodny moment.

Skoro nie ma rozwiązań…

Ależ rozwiązania są! Większość narzędzi do cyfrowego obrotu już mamy, a te, których nie mamy, były blokowane i odbijane jeszcze w moich czasach w resorcie cyfryzacji. W zasadzie przełomem, w tym ujęciu patrząc, było wprowadzenie do banków Profilu Zaufanego, mogłam potem wyjść z resortu i oszczędzić sobie reszty stresu. Gdyby nadać temu prędkości i rozciągnąć na inne obszary, bylibyśmy w innym świecie.

Sądzisz, że się coś zmieni? Jak trwoga, człowiek deklaruje zmiany, ale ma ostatecznie krótką pamięć.


Ta cyfryzacja nie postępuje, rozpoznać można po tym, że nie ma świadomości, iż te narzędzia cyfrowe są tak potrzebne i są w zasięgu ręki. Ministerstwo cyfryzacji nadal jest prowincjonalnym urzędem o małej sile działania mimo wysokich funduszy na cyfryzację, a ta jest uzależniona od zaplecza politycznego, gdzie ciężko się przebić z nowymi pomysłami. Nie widzę pakietu zmian prawnych, umożliwiających cyfryzację i nie mam wielkich nadziei, że to się odblokuje. Weźmy dowód elektroniczny…

Flagowy okręt cyfrowego państwa.

Tak, z którego korzysta – mówiąc o usługach, które daje jego warstwa elektroniczna – jak słyszałam, jakieś 27 tys. osób. To jest po prostu dramat i porażka, która pokazuje bariery prawne, mentalne, które tę cyfryzację hamują.

Jakie są trzy główne nauki postpandemicznego świata?

Nie chcę być wredna, ale odwołałabym się do jednego z wywiadów z 2017 r. Nasza lekcja nr jeden brzmi: najpierw oszczędzamy na czarną godzinę, potem robimy rozwój, a dopiero następnie wydajemy na prawo i lewo. Nie sądziłam wtedy, że tak szybko rzeczywistość dowiedzie moich słów. W tej chwili widać, że zabrakło zaskórniaków, by szybko i składnie zareagować, potrzebne było dodatkowe działanie rządu, zadłużanie się, a skutki będą odczuwane latami.

Druga nauka?

Profesjonalizacja administracji. Czytałam dziś opracowanie ze spotkania środowiska startupowego, VC i ministerstwa rozwoju. Administracja nie ma bladego pojęcia o prowadzeniu biznesu, a o startupach już tym bardziej.

Dlaczego?

Bo traktuje startupy jako firmy najbezpieczniejsze w takich czasach, zakładając, że są zwinne, i w razie czego przestawią się na inny biznes.

No przecież! Takie to proste!

Prawda? Pstryk i już zarabiamy jako ludzie sukcesu. Brakuje osób, które prowadziły biznes, mają pojęcie jak to działa i tym samym znają potrzeby biznesu.

Dobrze, a trzecia lekcja?

To finansowanie biznesu w Polsce. U nas firmy bardzo powoli krzepną, długie okresy miotania przez żywioły biznesowe, sinusoida przychodów. Często sposób, w jaki finansowanie płynie do biznesu, grzęźnie gdzieś w administracji, terminy nagminnie są przekraczane, zanim się wyprostuje takie problemy, potrafią przyblokować działalność gospodarczą. Wszechobecna interpretacyjność prawa nie pomaga.

Wszyscy mówią o tarczy, a ty piszesz, że bardziej nam potrzebny miecz niż tarcza.

Chodzi o zastanowienie się, jak naprawdę działalność gospodarcza we współczesnym świecie powinna wyglądać, jak powinna być prowadzona. Tak, by nie wyciągać ręki po pomoc do państwa, bo ta pomoc może nie nadejść lub będzie bardzo skromna, by zamiast tego mieć narzędzia na czas kryzysu i jakieś zabezpieczenie.

Jakie zabezpieczenie?

Postulowałam umożliwienie młodym biznesom, żeby zanim zaczną płacić, zakumulowały coś w rodzaju obowiązkowego ubezpieczenia na jakiś czas, kosztem podatków, pewnie ZUS-u po części, do momentu, gdy zgromadzą środki pozwalające w krytycznym momencie zatrzymać działalność i zacząć zastanawiać się nad pivotem albo restrukturyzacją, mieć własne zaskórniaki, nie liczyć na kieszonkowe od państwa.

Ale przecież tarcza.

Tak, aby weszła w ogóle w życie, musiało dojść do pierwszych masowych zwolnień, pierwszych upadłości, wszystko za późno. Zabezpieczenie, gdy wkłada się w biznes każdy grosz, to nie jest kwestia tego, że jestem nieodpowiedzialnym przedsiębiorcą i nie odłożyłam na czarną godzinę, tylko wśród różnych priorytetów nie ma możliwości odłożyć sobie takich środków.

Jak mawia naczelny biznesmen kraju, jak masz problemy, widać się nie znasz na biznesie.

Tak, stwierdzenie na zasadzie nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, jak nie potrafisz, to się nie pchaj. Jest dużo beztroski w stosunku co cudzych biznesów i pieniędzy.

Jak oceniasz samą tarczę?

Brakuje diagnozy, gdzie są wąskie gardła. Dopiero organizacje biznesowe musiały uświadamiać polityków, chwała Bogu, że ci słuchali. Ale jest takie powiedzenie, że kto szybko daje, ten dwa razy daje. Tu zabrakło kompletnej, natychmiastowej reakcji, nie cedzonej na miesiące. Sama tarcza, to jak się rozwija, jest lepsza dla biznesu, niż pierwotnej formie, bo mam wrażenie, że służyła głównie zabezpieczeniu banków, do rolowania złych długów, a nie ratowanie biznesów, które na co dzień nie sięgają po pomoc państwa.

W miarę upływu czasu będzie widać, że tarcza jest nieadekwatna do potrzeb, kryzys będzie trwał rok, dwa, większość rozwiązań tymczasem jest na trzy miesiące bądź jednorazowo. To kroplówka podawana umierającemu przedsiębiorcy, by miał czas znaleźć dla siebie pracę i przeprosić swoich pracowników.

Wybory korespondencyjne. Co myślisz?

Odbywają się w różnych krajach, ale nigdy nie w takiej atmosferze braku wiarygodności i pośpiechu, jak u nas. Ludzie stają przed dramatycznym wyborem, albo wezmą udział w wydarzeniu, co do którego mają poważne wątpliwości, albo poddadzą wynik walkowerem, niezależnie od tego, na kogo planowali głosować, sami sobie odebraliby możliwość oddania głosu.

Zagłosujesz?


Tak, uważam, że trzeba oddać głos, nie można tego zaniedbać, ale mam do tych wyborów bardzo negatywny stosunek. Nikt nie pokazał, jak to ma działać na poszczególnych etapach, jak z bezpieczeństwem. Mamy coś o niskiej wiarygodności, w czym musimy wziąć udział ze względu na własne poczucie odpowiedzialności, nawet jeśli zabrakło go po drugiej stronie.

A wybory online? Dawniej to był gorący kartofel cyfryzacji, wymysł nawiedzonych technokratów. Na ile było realne wprowadzenie czy choćby rozpoczęcie prac nad takim projektem, gdy byłaś ministrem?

Przede wszystkim one nie leżały w kompetencji ministerstwa cyfryzacji, co utrudniało w ogóle rozpoczęcie debaty na ten temat. Byli tacy, którym się to podobało, lecz nie było do kogo zaadresować apeli. Byli tacy, którzy podnosili zagrożenia związane z wyborami online jako nieusuwalną przeszkodę, która odbierała wiarygodność każdemu ze scenariuszy. Po prostu nie i już.

Dlaczego nie?

Pod koniec kadencji padł pomysł, by przetestować to na blockchainie. Ostatecznie politycy decyzyjni mieli świadomość, że to doskonałe narzędzie dla opozycji, bardziej zcyfryzowanej. Dodatkowo zauważali zagrożenie dla własnych prognoz wyborczych, bo co się stanie, jeśli da się możliwość głosowania z dowolnego miejsca elektoratowi, który niedziele wyborcze spędzał na wycieczkach czy grillach.

A co ty proponujesz?

Uważam, że należy wybrać rozwiązanie obiecujące i przećwiczyć je, najpierw na budżecie partycypacyjnym. Nawet, jeśli pojawią się problemy, to na mniej ryzykownych obszarach. Dalej byłyby testy referendów, wyborów samorządowych i wreszcie głównych, gdzie nie można pozwolić sobie na żadne błędy i kompromitację. Niemniej mój pogląd był raz, odosobniony, a dwa – nieuprawniony, bo nie mogłam nic z tym zrobić.

Zmieniając temat, postpandemiczne realia to rynek pracodawcy czy pracownika?

Podchwytliwie pytasz.

Podchwytliwie odpowiedz.

Mówi się, że rynek pracownika się skończył. Ja powiem, że dobrze, skończył, jednak jeszcze bardziej niż przedtem wasz biznesowy los jest w rękach tych ludzi. I to ci ludzie mogą was wyciągnąć z kłopotów, zaważyć o przetrwaniu. To oni mają przynieść pomysł na nowe źródło przychodów, wymyślić zmianę modelu biznesowego. Powiedzieć, że można w ludziach przebierać, że setka na wasze miejsce za drzwiami czeka, to ryzykowne, nieodpowiedzialne i krótkowzroczne.

Nic więcej na pocieszenie pracowników?


Moim zdaniem w pewnym sensie to zawsze będzie rynek pracownika. Może nie będzie tak przebierał w świadczeniach, może nie będzie mógł stawiać tak wysokich oczekiwań finansowych, ale głównie dlatego, że pandemia potrząsnęła wszystkimi po równo, kazała się zastanowić nad życiowymi postawami, a nie dlatego, że przetasowała układ stosunków pracy.

A tam, gdzie mówimy o specjalistach i talentach?


Tu skala ustępstw pracowniczych będzie mniejsza, ale firmy z płytszymi sakiewkami po pandemii będą musiały znaleźć nowe sposoby rozmowy i utrzymania ich w firmie. Rozmawiać o ich roli w organizacji, o odłożeniu w czasie przyspieszonego awansu finansowego, w zamian za coś innego.

W zachodnich mediach coraz częściej wraca pomysł bezwarunkowego dochodu podstawowego. Zakładam, że po pandemii zatrudnienie nie wróci do poziomu sprzed. Czy dojrzeliśmy już do takich dyskusji, nie mówiąc o wprowadzaniu?


W przypadku tego typu rozwiązań zawsze jestem zwolenniczką kreślenia scenariuszy. Te, które widziałam, w zakresie automatyzacji i robotyzacji dowodzą, że efekty na rynek pracy byłyby jednoznacznie pozytywne. Ale to trzeba przełożyć na bardziej lokalnym stopniu. Bo tu nie ma o czym rozmawiać, gdy nie odrobiliśmy pracy domowej i nie przekładaliśmy ich nawet na nasze realia. Co zrobić, by nie weszły w życie czarne scenariusze, które same w sobie mają tendencję do sprawdzania się. Ten brak odrobionej pracy domowej zauważyłam przy okazji debaty nad podniesieniem wieku emerytalnego.

Co takiego zauważyłaś?

Gdy go podnoszono, a zatem zmuszano ludzi, by dłużej pracowali, nie było odpowiedzi na pytanie „no dobra, ale gdzie ci ludzie będą pracować”. Czy istnieją pracodawcy w Polsce, którzy potrzebują starszych pracowników, droższych, bardziej uniwersalnych, rozumujących systemowo, jednak niemających umiejętności pracy po 20 godzin czy wgryzienia się w drobny wycinek całości i rozwiązania problemu „na zaraz”. Jaki będzie to miało wpływ na rynek pracy dla młodych? Czy jednocześnie zapewniliśmy starszym pracownikom takie możliwości utrzymania bądź poprawy zdrowia, że ich obecność nie będzie dla przedsiębiorców dopustem i kosztem, a w związku z tym każdy będzie tego unikać? Uważam, że musimy umieć liczyć, prognozować i komunikować społeczeństwu wyniki na potrzeby debaty. Politycy lubią paternalistycznie wiedzieć lepiej dla naszego dobra, a przecież potrafimy rozważyć argumenty i zrozumieć rozsądne racje.