
Nie było konferencji z balonami ani długich przemówień. Był komunikat, kilka zdjęć z rozładunku i świadomość, że to jedna z tych informacji, których nie trzeba specjalnie pompować. Polska odebrała kolejną partię czołgów Abrams. Nikt nie pytał "po co", "czy na pewno" i "czy nie za drogo".
W tle codziennych politycznych awantur pojawił się temat, który działa jak wyłącznik hałasu. Sprzęt wojskowy, który nie jest zwykłą zapowiedzią lub kolejnym slajdem w prezentacji. Czołgi są, wojsko je odbiera, a państwo zaczyna mówić jednym głosem.
Kolejna dostawa, większy plan
Do Polski trafiła czwarta partia 32 czołgów M1A2 Abrams. To element większego planu. Do 2030 roku Wojsko Polskie ma dysponować około 950 nowoczesnymi czołgami. Nasze zaplecze wypełnią amerykańskie czołgi Abrams, koreańskie K2 Black Panther i Leopardy.
Abramsy robią wrażenie nie tylko wyglądem. Ponad 66 ton masy, armata 120 mm, zaawansowane systemy kierowania ogniem i pancerz, który wyznacza nowe standardy. Jest też cena eksploatacji i zapotrzebowanie 1090 litrów paliwa na 100 km. Ale tutaj nie chodzi o liczenie spalania, tylko o wygrywanie starć.
Dostawa nie wywołała politycznej burzy, bo trudno ją wywołać. W kraju, który widzi wojnę tuż za wschodnią granicą, nowoczesne czołgi przestają być tematem ideologicznym. Stają się faktem.
Czołg bez zaplecza to problem
Same dostawy to jednak tylko połowa historii. Druga dzieje się w Poznaniu, gdzie Regionalne Centrum Kompetencyjne Abrams jest już w pełni gotowe do pracy. W Wojskowych Zakładach Motoryzacyjnych oddano nową halę o powierzchni 20 tys. m², przystosowaną do obsługi najcięższego sprzętu.
Suwnice zdolne podnieść cały czołg, infrastruktura pod remonty i modernizacje, zaplecze szkoleniowe. Abramsy nie będą musiały wyjeżdżać z Polski, żeby wrócić do formy. Serwis, naprawy i przyszłe modyfikacje mają być robione na miejscu.
Bezpieczeństwo zamiast narracji
Czołgi Abrams mają służyć 30-50 lat. Bez własnego zaplecza byłyby ciężarem dla Wojska Polskiego. Z nim stają się realnym narzędziem odstraszania. Co więcej, poznańskie centrum może w przyszłości obsługiwać też sojusznicze wojska, czyniąc z Polski regionalny punkt ciężkości.
Na co dzień politycy mogą się kłócić o wszystko. Gdy na rampach stoją nowe czołgi, a w halach gotowe są suwnice na 70 ton stali, spór nagle cichnie. W tej dziedzinie nie chodzi o przekaz dnia. Wszyscy chcemy, żeby "metalowe bestie" były gotowe, zanim ktokolwiek sprawdzi, czy naprawdę są potrzebne.
Zobacz także
