
Wniosek o Nobla dla Trumpa w polskim Sejmie brzmiał jak żart, ale foch ambasadora USA jest śmiertelnie poważny. Mamy do czynienia z dyplomatycznym kuriozum, w którym urażona dumna mocarstwa zderza się z suwerenną asertywnością rządu Tuska. Choć prawica wieszczy koniec sojuszu, prawda jest bardziej prozaiczna: czołgi będą jeździć, gaz płynąć, a Tom Rose właśnie udowodnił, że do dyplomacji po prostu się nie nadaje.
Wydawać by się mogło, że afera z udziałem marszałka Czarzastego i ambasadora Rose’a pogrzebała właśnie lata mozolnego budowania mostów dyplomatycznych i gospodarczych ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki. Tak naprawę cała sprawa jest raczej śmieszna i tragiczna, niż poważna i brzemienna w skutki.
Moim zdaniem awantura może jeszcze przybrać na sile, ale tylko na moment. Nikt nie czerpie z niej korzyści. Zarówno Rose, jak i Tusk czy Czarzasty poza ciskaniem w siebie gromów podkreślają, że stosunki polsko-amerykańskie są dobre i oba narody żyją w przyjaźni. Tak naprawdę USA poza zrobieniem awantury i jakimiś niejasnymi groźbami nie zrobią Polsce nic. Bo nie mają w tym interesu, ucierpiało jedynie ego Trumpa. Rose musi go bronić, bo za to dostaje pieniądze.
Wszyscy wiedzą, jak bardzo nieobliczalny i humorzasty jest Trump, ale trzeba zauważyć, że amerykańska dyplomacja od dawna mocno rozdzielała sprawy gospodarcze od politycznych.
Owszem, lubi wywierać gospodarczy nacisk, ale nigdy nie pozwala, by amerykańskim firmom stała się krzywda. Dlaczego? Bo przedsiębiorcy to sponsorzy polityków. Inwestorzy z USA mają w Polsce sporo interesów i z pewnością woleliby ich nie tracić z powodu małostkowej awantury dyplomaty-amatora i niestabilnego emocjonalnie prezydenta.
Awantura Trump – Czarzasty. Gdzie USA mogą nas nacisnąć, by zabolało?
Mimo wszystko Amerykanie mają kilka ewentualnych punktów nacisku gospodarczo-ekonomicznego na Polskę. O co może chodzić?
Dyplomacja lubi ciszę, ale pieniądze lubią spokój. Kiedy ambasador największego mocarstwa i gwaranta bezpieczeństwa Polski wchodzi w otwarte zwarcie z premierem i marszałkiem Sejmu, rynki finansowe zaczynają nasłuchiwać.
Czy polityczna pyskówka może zamienić się w gospodarcze sankcje? Oto cztery obszary, gdzie Polska może odczuć skutki tego konfliktu. Sęk w tym, że równie mocno ucierpiałyby na tym amerykańskie firmy, więc scenariusz jest mało realny.
1. Atomowy szantaż? Projekt Westinghouse pod lupą
Największym wspólnym interesem gospodarczym Polski i USA jest budowa elektrowni jądrowej na Pomorzu w technologii Westinghouse. To projekt wart dziesiątki miliardów dolarów.
W skrajnym scenariuszu amerykańska administracja (rękami ambasadora) może spowalniać procesy decyzyjne dotyczące finansowania dłużnego (Exim Bank) lub transferu technologii, używając atomu jako lewara politycznego, by wymusić na rządzie Tuska ustępstwa w innych obszarach (np. w kwestiach światopoglądowych czy medialnych, które mogą nie podobać się Republikanom).
Zerwanie umowy jest mało prawdopodobne (to zysk dla USA), ale opóźnienia i "problemy proceduralne" mogą stać się narzędziem nacisku. Słowem: Amerykanie mogą piętrzyć trudności i opóźniać inwestycję.
2. Dostawy F-35 i Abramsów a "lojalność"
Polska jest jednym z najlepszych klientów amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Konflikt dyplomatyczny rzadko zatrzymuje sprzedaż broni (bo to czysty biznes dla USA), ale może wpłynąć na tzw. "kolejkowanie".
Ambasador Rose może sugerować Waszyngtonowi, że w obliczu "niestabilności politycznej" w Polsce (jak może określać rządy koalicji KO-Lewica), priorytet w dostawach sprzętu czy amunicji powinny mieć inne kraje.
Dla rządu Tuska byłby to cios wizerunkowy w kontekście bezpieczeństwa, choć realnie kontrakty są zbyt mocno "zabetonowane", by je zerwać z dnia na dzień.
3. Klimat inwestycyjny i "efekt mrożący"
Kapitał ma narodowość, a wielkie fundusze inwestycyjne z USA (BlackRock, Vanguard itp.) pilnie czytają raporty Departamentu Stanu.
Jeśli ambasador Rose zacznie publicznie podważać praworządność działań rządu Tuska (np. w kontekście zmian w mediach czy spółkach, używając narracji, że "naruszane są interesy amerykańskich firm"), może to wysłać sygnał ostrzegawczy do inwestorów. "Polska to ryzykowny rynek" – taka łatka kosztuje miliardy w niewykonanych inwestycjach (FDI).
To najbardziej realne i bolesne zagrożenie. Awantura z Czarzastym może być odebrana jako sygnał, że Polska skręca w stronę nieprzewidywalności. Ale inwestorzy widzą też, że najbardziej nieprzewidywalnym elementem tej układanki jest przecież prezydent Trump.
4. Kurs złotego i premia za ryzyko
Rynki walutowe reagują nerwowo na konflikty wewnątrz NATO. Otwarta wojna rządu w Warszawie z wysłannikiem Waszyngtonu to sygnał osłabienia sojuszu.
W momentach eskalacji słownych (np. ostre wpisy ambasadora vs riposty Czarzastego) możemy obserwować osłabienie złotego względem dolara i euro. Inwestorzy mogą wyceniać wyższą "premię za ryzyko geopolityczne". Ale to też nie pierwsza taka awantura z udziałem ludzi Trumpa. I niestety nie ostatnia.
Ten polityczny teatrzyk nikomu się nie opłaca
Mimo ostrej retoryki, Ameryka pod rządami Republikanów wciąż kieruje się pragmatyzmem biznesowym. Tom Rose jako ambasador może być "jastrzębiem" w mediach, ale USA nie zrezygnują z zarabiania na Polsce.
Największym zagrożeniem nie są sankcje, ale utrata zaufania. Jeśli Waszyngton uzna rząd Tuska za "wrogi ideologicznie" (a spór z Czarzastym może być tego katalizatorem), Polska może wypaść z kręgu uprzywilejowanych partnerów przy transferze najnowszych technologii czy inwestycji w AI, które popłyną np. do Rumunii czy Niemiec.
O co chodzi w awanturze Rose z Tuskiem i Czarzastym?
Zacznijmy od początku: wczoraj, po dwóch dniach od oświadczenia marszałka Włodzimierza Czarzastego (o nim za chwilę) odpalił się (mówiąc językiem niedyplomatycznym) ambasador USA Tom Rose.
W dużym skrócie: stwierdził, że on zrywa stosunki dyplomatyczne z Czarzastym, bo on obraził Trumpa. Nie wiadomo wszakże, czy te stosunki zrywa Tom Rose i nie zaprosi marszałka na imprezę i nie wyśle mu kartki na święta, czy to USA zrywają ze wszelkimi kontaktami z drugą osobą w państwie.
Takie oświadczenie to dyplomatyczne kuriozum. Widać, że Rose dostał od szefostwa polecenie zdecydowanej, acz nie psującej całości stosunków reakcji na oświadczenie Czarzastego.
A czym zawinił Rose’owi Czarzasty? Otóż oświadczył, że Trump jest niewiarygodnym partnerem dla Europy i nagroda Nobla mu się po prostu nie należy. A to była reakcja na niezwykle osobliwy wniosek, jaki wpłynął do jego marszałkowskiej laski.
Kilka dni temu o takie wsparcie zaapelowali przewodniczący Izby Reprezentantów USA i Knesetu, dołączając gotowiec tekstu do wysłania do komitetu noblowskiego w Norwegii. Takie kuriozum dostali też przedstawiciele władzy w innych państwach – to ważne dla całej sprawy.
Słowa Rose’a skrytykował już ostro premier Tusk mówiąc, że nie będzie go ambasador pouczał, a ten odpisał, że to chyba pomyłka i powinien te słowa skierować do Czarzastego. A potem pan ambasador zaczął wdawać się w słowne potyczki z internautami. Na początku było groźnie, wyszło śmiesznie.
Ale co to oznacza dla nas, Polaków?
Tak naprawdę niewiele. Trwa polityczna wojna, więc PiS twierdzi, że władza rujnuje stosunki z USA. Prawda jest taka, że ambasador Rose zrobił coś dziwnego i niemądrego: zaczął pouczać i łajać władze suwerennego niezależnego kraju. Coś takiego w poważnej polityce międzynarodowej nie uchodzi. Nie zdziwię się, jeśli zostanie wezwany do premiera na tzw. dywanik i dostanie lekcję pokory.
Druga sprawa: ambasador Rose na początku próbował nie zepsuć stosunków z Polską, podkreślając wielokrotnie, że współpraca kwitnie. Widać więc, że dostał polecenie reakcji, ale bez przesady.
Takie polecenie z pewnością wyszło z Białego Domu, bo równocześnie uaktywnili się przedstawiciele USA w innych krajach. Mamy więc typowy przykład małostkowości Trumpa, który bardzo chciałby zabawkę Nobla, ale nikt mu go nie chce dać. Więc się obraża, awanturuje, straszy i grozi.
Dla ogółu stosunków polsko-amerykańskich nie znaczy to nic. One zawsze mogą być gorsze, zawsze mogą być lepsze. Nie spowoduje to, że Amerykanie zawieszą np. pomoc wojskową (choć ambasador Rose również do takich gróźb się posunął).
Tom Rose nie jest zawodowym dyplomatą, dramatycznie nie zna się na tej robocie, co właśnie udowodnił. Łajanie drugiej osoby w państwie (bo taką formalnie jest marszałek Sejmu) i premiera mogło w Polsce uchodził płazem w PRL i ze strony radzieckich dygnitarzy. Ale nie w XXI wieku.
I to właśnie Rose ma najwięcej do stracenia, bo może zapłacić stanowiskiem za swoją awanturkę. Takie głosy pojawiają się już nie tylko w Polsce, ale i Waszyngtonie. Pozycja Trumpa w USA słabnie, rośnie mu grupa przeciwników nawet w łonie jego partii.
Tak naprawdę nie powinniśmy się przejmować tą sprawą. Trump to chimeryczny atencjusz, więc jutro wywoła nową awanturę z równie absurdalnego powodu. Ale samoloty i czołgi nadal będzie nam sprzedawał. Współpraca gospodarcza będzie dalej się jakoś układać, z tym zastrzeżeniem, że Trump nie myśli o Polsce, ale o całej Europie. I on faktycznie chce ją osłabić, bo tak sobie wymyślił. Tu Czarzasty, którego można lubić, można nie lubić, nawet nie wyraził swojej opinii, ale stwierdził po prostu fakt.
Jeśli chodzi o politykę wewnętrzną, to nie sądzę, by bronienie Rose’a komukolwiek politycznie się opłaciło. Polacy lubią Amerykanów, ale nie przepadają za namiestnikami, łajaniem i pouczaniem – pełno na to przykładów w naszej historii. Prawica już to zresztą zauważyła i nie tyle broni Rose’a, co próbuje uderzać w Tuska i Czarzastego.
"Polska jest jednym z najbardziej proamerykańskich krajów Europy i kluczowym sojusznikiem w NATO, jednak niestabilna polityka Trumpa zmienia poglądy. Niedawne badanie wykazało, że 72 proc. Polaków ocenia politykę Trumpa negatywnie, a tylko 28 proc. pozytywnie" – przytomnie zauważa portal Politico. Zachowanie Trumpa i Rose’a jest więc problemem głównie dla polskiej prawicy bardzo niesuwerennie wpatrzonej w amerykańskiego prezydenta jak w słoneczko.
Czasy, gdy obce mocarstwa mogły bezkarnie łajać polskiego premiera, skończyły się w poprzednim stuleciu. Ambasador USA, próbując "ustawiać" Donalda Tuska i Włodzimierza Czarzastego, popełnił koszmarny błąd. Pouczanie sojusznika może skończyć się dla Rose'a dywanikiem w Departamencie Stanu, a nie zmianą polityki w Warszawie.
Zobacz także
