Nowoczesny baner Dino na tle ściany ze szkła.
Pani Joanna chciała pracować dla polskiej marki. Jednak to już przeszłość. "Mój patriotyzm związany z tym, że Dino to polski sklep, już dawno się skończył. Gdy przyjdzie czas nie będę jak Wanda, wybiorę Niemca". Fot. MOZCO/Shutterstock

Kolejny tydzień, kolejny raz zarząd Dino ucieka od rozmów ze związkowcami. Nie pomógł nawet strajk ostrzegawczy. Władze polskiej sieci sklepów nie chcą rozmawiać ani z pracownikami, ani tym bardziej z mediami. Wyższe pensje? Cisza. Koniec bezpłatnej pracy po godzinach? Cisza. Zgłoszenia dotyczące łamania praw pracowniczych? Cisza.

REKLAMA

Czy głos w obronie pracownic i pracowników Dino zabierze państwo? A jeśli tak: czy zrobi to głośno i skutecznie?

Urlopy w Dino latem. "Moją datę nagle otoczyła czerwona obwódka ze znakiem zapytania i wykrzyknikiem"

Pani Joanna z okolic Inowrocławia, gdy pytam ją o plany na nadchodzące lato, mówi o czerwonym kółku z wykrzyknikiem. Taka właśnie w Dino podsumowano jej zamiar wzięcia urlopu w wakacje. Z jej relacji wynika, że pod koniec zeszłego roku do sklepu, w którym pracuje, przyjechała kierowniczka regionalna. Bez żadnych aneksów, dokumentów, tłumaczeń i powoływania się na przepisy oznajmiła, że od teraz obowiązuje zakaz brania urlopów latem.   – Udałam, że tego nie usłyszałam i w planie urlopowym na ten rok zaznaczyłam sobie dwa tygodnie wolnego w lipcu. Nikt nic nie powiedział, ale moją datę nagle otoczyła czerwona obwódka ze znakiem zapytania i wykrzyknikiem. Na razie udaję, że tego nie widzę. Jeszcze chwila i zostanę mistrzem udawania, a zamiast w sklepie, będę mogła pójść pracować do teatru. Albo kabaretu. Bo to, co się ostatnio dzieje wokół tych sklepów bardziej przypomina kabaret – rzuca zaczepnie pani Joanna. Jako dziennikarka, która od kilku miesięcy intensywnie przygląda się łamaniu praw pracowniczych w Dino Polska, już się temu nie dziwię. Zarząd Dino nie pojawia się na rokowaniach ze związkami zawodowymi, nie odpowiada mediom na maile i nie ustosunkowuje się do niczego, do czego poważna firma ustosunkować się powinna.

W zimę pracownice Dino marzły na kasach

Z kolei ostatnia zima była dla pracowników Dino ekstremalna. Podkoszulek, bielizna termiczna, sweter, koszulka pracownicza Dino, polar, bezrękawnik, a na to kurtka z logo Dino – tak ubrana siedziała w pracy pani Magdalena. Kobieta nie pracuje na wolnym powietrzu czy w chłodni, a w mającym kilka lat budynku. Jest zatrudniona w sklepie Dino w województwie zachodniopomorskim.

– W te wielkie mrozy na początku lutego siedziałam akurat na kasie. One są położone bardzo blisko ciągle otwierających się drzwi, więc wciąż mnie "wietrzyło". Izolacja budynku najwidoczniej jest słaba, a z nawiewów leciało – mam wrażenie, że nie ciepłe, lecz zimne powietrze. Nawet się już klientów pytałam, czy ja już od tego zimna mam jakieś halucynacje, czy tam faktycznie zimnem powiewa, to mi przyznawali rację. "Idzie pani do domu, bo tu faktycznie zamarznąć można" – tak mi radzili, ale gdzie pójdziesz jak tu w okolicy Drawska żadnych większych zakładów nie ma i roboty tak po prostu rzucić się nie da? – pyta retorycznie.

Kobieta ratowała się kubkiem termicznym z ciepłą herbatą, który wynosiła na kasę z pokoju socjalnego, choć nie powinna. – Oczywiście to kubek z zakrytym wieczkiem, żeby nic się z niego nie wylało, ale nawet taki jest zakazany. Ja już na to jednak nie patrzyłam. Na sklepie mieliśmy wtedy 11 stopni, a przy kasach 9. Jeszcze osoba funkcyjna, czyli taka "na sklepie", ma szansę rozgrzać się rozkładaniem towaru i chodzeniem, ale na kasie wisi się w jednej pozycji godzinami jak sopel lodu – relacjonuje.

Polskie prawo stanowi, że w pomieszczeniu, w którym wykonywana jest praca biurowa, temperatura musi wynosić co najmniej 18 stopni Celsjusza. W przypadku lekkiej pracy fizycznej próg ten wynosi 14 stopni. Jeśli temperatura spadnie poniżej tych wartości, o sprawie można zaalarmować Państwową Inspekcję Pracy, bo dochodzi do łamania praw pracowniczych.

PIP od początku stycznia przeprowadziła ponad 150 kontroli w sklepach Dino w całej Polsce, jednak większość z nich z powodów proceduralnych nie została jeszcze zakończona.

"Zakazy" w Dino Polska

"Zakaz" to słowo klucz, które często pojawia się w rozmowach z pracownicami polskiej sieci. O zakazie fotografowania (również swoich posiłków regeneracyjnych) i zakazie udzielania jakichkolwiek informacji dotyczących warunków pracy w Dino (za co można nawet zarobić "dyscyplinarkę"), pisałam w tekście "Dino wyrzuciło pracownicę za zrobienie fotografii".

Jednak jak się okazuje, tych zakazów jest więcej.

– Mięso, które do nas przyjeżdża na palecie, czasami jest tak wysoko poukładane, że człowiek o przeciętnym wzroście nie ma szans zdjąć tych górnych opakowań. Nie możemy jednak używać do tego drabiny, a na użycie krzesła też jest zakaz, bo przecież BHP – opisuje pani Magdalena. Jak w takim razie radzą z tym sobie pracownicy Dino? Pani Magdalena nie chce powiedzieć. Grunt, że mięso na czas ląduje w lodówkach, a potem w koszykach klientów. Grunt, że Tomasz Biernacki, właściciel Dino, pozostaje najbogatszym człowiekiem w Polsce. Reszta jest milczeniem.

"Mój patriotyzm związany z tym, że Dino to polski sklep, już dawno się skończył"

Pani Joanna, pracownica Dino z warmińsko-mazurskiego, ma syna w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Tegoroczny urlop w wakacje chciała wykorzystać na opiekę nad dzieckiem. Zorganizowała to tak: dwa tygodnie jej urlopu, następnie dwa tygodnie męża, potem "wyżebrane dwa tygodnie u babci", a wreszcie obóz harcerski. To pozwoliłoby zapewnić bezpieczny czas siedmiolatkowi przez cały czas, gdy nie ma szkoły. Jeśli pani Karolina nie dostanie wolnego w wakacje, ten misterny plan rozsypie się jak domek z kart. – Przecież dziecko w tym wieku nie może jeszcze samo zostać w domu. A Dino nie płaci tyle, bym mogła pozwolić sobie na prywatną opiekunkę. Firma nie dofinansowuje też żadnych wczasów czy kolonii. Ogólnie cały socjal leży, bo mały nawet paczki na święta nie dostał. I przykro się robi człowiekowi, gdy się dowiaduje, że np. w Biedronce w tym roku był Air Fryer, a w Lidlu moja koleżanka dostała w bonach pracowniczych 1200 zł. Mam jedynie nadzieję, że doświadczenie zdobyte tutaj pozwoli mi kiedyś przejść do innej lepszej sieci – snuje plany rozmówczyni InnPoland.

Jak mówi, niemały wpływ na podjęcie pracy w Dino miał w jej przypadku patriotyzm gospodarczy. Chciała być częścią polskiej firmy, czuła się nawet dumna. To już jednak przeszłość.

– Mój patriotyzm związany z tym, że Dino to polski sklep, już dawno się skończył. Gdy przyjdzie czas nie będę jak Wanda, wybiorę Niemca – uśmiecha się gorzko Joanna nawiązując do słynnej legendy. Sprawdzam przepisy dotyczącego tego, w jakim wieku dziecko może zostać samo w domu. W polskim prawie nie ma jednak sztywno określonej granicy, od kiedy dziecko może zostać bez opieki dorosłego. Jednak "zalecenia" policji czy MOPS wskazują na to, że dziecko do 7. roku życia powinno cały swój czas spędzać pod okiem dorosłego. Do 12. roku życia taka "samodzielność" powinna być mocno dawkowana.

Dino – problem nadgodzin i starych systemów

Większość moich rozmówczyń, gdy pytam je o dzień podpisania umowy z Dino, nie pamięta, aby ktokolwiek ostrzegał je przed trudnymi warunkami pracy.

Pani Joanna: – Miałam pracować po osiem godzin dziennie z jedną piętnastominutową przerwą w środku i pełnym prawem do normalnego urlopu. W praktyce pracujemy często po 9, a czasami nawet 10 godzin, a o wydłużeniu przerwy o choćby 5 minut przerwy nie ma mowy. Przez 15 minut naprawdę ciężko coś na ciepło zjeść i nie poparzyć się gorącym. Mamy nawet taki żart w pracy, że kto lubi kawę z mlekiem ten ma szczęście, bo szybciej ma chłodne. Z drugiej stronie ma przerąbane, bo zimna kawa go nie zagrzeje, a to akurat ważne w naszej sieci. Niezadowolenie pracowników budzi też sposób oddawania nadgodzin, a także jakość sprzętu służbowego.  – W Dino wciąż jak w średniowieczu. Pracujemy na starych systemach, a drukarki do cen są stacjonarne. Z mojej poprzedniej pracy w innej sieci wiem, że są już wygodniejsze i skuteczniejsze metody, by np. spisywać straty czy robić cenówki. Tym na górze bardzo zależy na wydajności, bo przecież jesteśmy z niej rozliczani wszędzie, również na kasie, a nie chcą zainwestować w proste rozwiązania, by ją osiągnąć. Przy okazji ułatwiliby tym życie pracownikom. Nie rozumiem tego oporu, przecież to obopólne korzyści – podkreśla pani Kamila.

Przypominają mi się czasy, gdy sama pracowałam w konkurencyjnym markecie. Luksusów nie było, ale nie pamiętam, abym marzła. Pamiętam za to małą łezkę, przez którą logowałam się do pracy. W następnym miesiącu każdy pracownik dostawał papierowe zestawienie przepracowanych godzin.

– W innych firmach już od dawna są czipy to elektronicznego zliczania czasu pracy. My wpisujemy wszystko do zeszytu, a kierowniczka przekazuje to gdzieś dalej. A potem nagle się okazuje, że mam wolne w tygodniu, bo uzbierało mi się kilka nadgodzin. Problem w tym, że ja nie chcę wtedy wolnego, nie mam co z nim zrobić. Wolałabym odebrać nadgodziny w innym terminie, a nie być nimi uszczęśliwiana z dnia na dzień – tłumaczy jedna z rozmówczyń InnPoland.

Nadgodziny w Dino. Kierownicy zaniżają czas pracy

Pracownice Dino, z którymi rozmawiamy, zwracają też uwagę na to, że nierzadko muszą pracować za darmo, choć ich zmiana już się skończyła. Kierownicy mają na to sprytny sposób. W praktyce liczą dopiero nadgodziny: to za nie oddają czas. Inaczej jest w przypadku nadminut, nawet jeśli uzbiera się ich całkiem sporo.

– Jeśli chodzi o godzinę poślizgu, to już kierownictwo nic nie mówi, wpisuje tak jak trzeba. Natomiast piętnaście minut robi się nagle niewidzialne, a przecież z takich minutek po miesiącu mógłby zrobić się dzień wolny. Gdyby system był zautomatyzowany, nie byłoby jak kłamać. Ludzie zaniżają godziny z obawy presją przełożonych i utratą pracy – podkreśla jedna z pań. Z własnego doświadczenia pamiętam jak w sieci, w której byłam zatrudniona sami zastępcy kierownika w "gorącym" , pełnym napięć czasie, w obawie przed tłumaczeniem się z nadgodzin "odbijali się" do wyjścia, a potem pracowali dalej. Nie zdarzało się to jednak często.

Dalsza część tekstu poniżej.

Pracownicy Dino z orzeczeniami o niepełnosprawności narzekają na niedostosowane obowiązki

Pani Ania, pracownica Dino na Dolnym Śląsku, niedosłyszy od urodzenia. Kobieta ma stałe orzeczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym – a to atut dla Dino.

Z tego, co się zorientowałam, Dino bardzo lubi zatrudniać w sklepach osoby z niepełnosprawnościami. Nie bardzo za to lubi dostosowywać pracę pod ich możliwości. Na pracowniczych forach znajduję historię o dziewczynie, której kazano rozpakowywać i przerzucać ciężkie zgrzewki z napojami mimo wrodzonej łamliwości kończyn. Pani Ania dorzuca swoje trzy grosze.  – Ja co prawda wielu ruchowych ograniczeń nie mam i mogę pracować z towarem, ale jako osoba z grupą inwalidzką nie mogę pracować między 22 a 6 rano. Nikogo to jednak nie obchodzi. Często zostaję po godzinach, ale muszę wpisywać, że wychodzę równo. Wielka szkoda, bo godziny po 22.00 jako nocne są płacone lepiej, a ja nie mam z tego nic – opowiada pani Ania. Z relacji mojej bohaterki wynika, że stosowano wobec niej mobbing.

– Niejednokrotnie szydzono z mojej niepełnosprawności. Przeważnie odbywało się to na zapleczu, ale nie zawsze. Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy koledzy z pracy wyśmiewali moją wadę słuchu przy klientach. Szydzili, że tak naprawdę jestem zdrowa, że "słyszę to, co chcę". Najgorsze było to, że razem z pracownikami sklepu śmiali się także klienci – wspomina pani Ania z goryczą.

Dino chce, by wziąć je pod lupę

Dino jakiś czas temu umieściło w internecie ciekawą reklamę. Na Instagramie wyświetliła mi się  niedawno zielona plansza sieci z prowokacyjnym hasłem "Weź nas pod lupę". 

logo
Dino zachęca, by wziąć je pod lupę. Ale czy to nie przysłowiowy strzał w kolano? Źródło: Instagram Dino_polska

Pokazuję wpis Dino jednej z moich rozmówczyń:

– To mocno bezczelne z ich strony. Ale faktycznie przydałoby się, by ktoś ich wziął pod lupę. Pracujemy dużo i ciężko, zarabiamy rzadko i mało. To się musi skończyć.

– "Rzadko"? Nie dostajecie wypłat na czas? – pytam.

– Wypłaty dostajemy regularnie, ale na przykład kto to widział, żeby na jedną premię pracować aż trzy miesiące? Tygodniami starasz się ze wszystkich sił, a potem nagle się okazuje, że sklep nie wyrobił normy. Wtedy przychodzi dzień jeszcze cięższy niż dotychczasowe: kiedy znów dostajesz gołą wypłatę. To przykre, demotywujące i wyczerpujące. Gdyby system był taki: miesiąc pracy, a potem premia lub jej brak, na pewno lepiej byśmy sobie z tym psychicznie radzili. Te trzy miesiące bardzo się dłużą – zaznacza pani Magdalena.

Długie czekanie na premię w polskiej sieci dyskontów

Podniesienie pensji to jeden z żelaznych postulatów związkowców w Dino. Wypłata zwykle oscyluje w pobliżu płacy minimalnej.

– Najniższa krajowa. Nigdy nie było więcej? – dopytuję.

– Czasem około 4 tysięcy złotych, ale już z dodatkiem za samodzielne pranie odzieży służbowej. Teraz, odkąd o sieci zaczęło się więcej pisać w niezbyt dobrym tonie, wypłaty nagle jakby się zmniejszyły. W styczniu dostałam 3,8 tysiąca, w lutym już o 100 złotych mniej. Na pytanie o powód odpowiedź jest jedna: nie wyrobiliśmy normy. A ja się zastanawiam: jak w grudniu można było nie wyrobić normy, skoro obrotu mieliśmy na ponad milion złotych? – zastanawia się kobieta.

Dodaje, że ma nadzieję na to, iż zamieszanie wokół Dino ostatecznie przełoży się na przestrzeganie praw pracowniczych w sieci. Ja też mam taką nadzieję, ale to za mało. Za pracownikami Dino powinno stanąć państwo.

* Imiona bohaterek zostały zmienione. Przed publikacją powyższego tekstu mailowo poprosiłam Dino o zajęcie stanowiska w sprawie. Do tej chwili nie otrzymałam odpowiedzi.