
Prezydent Opola, najmniejszego miasta wojewódzkiego w Polsce, nie boi się kontrowersji. Od pierwszych szeregów Platformy Obywatelskiej, przez poparcie Patryka Jakiego, po budowanie Nowej Polski – jego polityczna droga jest stale weryfikowana przez wyborców i przeciwników. – Ja jestem cały czas w tym samym punkcie. To świat i Polska się zmieniają – mówi InnPoland Arkadiusz Wiśniewski, prezydent Opola
Agnieszka Porowska: Opole jest najmniejszym miastem wojewódzkim i stolicą najmniejszego województwa w Polsce. To pomaga czy szkodzi?
Arkadiusz Wiśniewski: Zaletą jest to, że wszyscy jesteśmy na miejscu – władze województwa i miasta. To sprzyja zrozumieniu celów i pomaga w bezpośrednim zarządzaniu. Świadomość tego, że jesteśmy najmniejsi, zmusza nas, abyśmy bardziej się starali.
Z tym pana byciem na miejscu może być problem. Zaangażował się pan przecież w budowanie nowej siły politycznej – Nowej Polski, co może sprawiać, że częściej będzie pan w Warszawie niż w ratuszu. Czy wchodzenie w projekty, ogólnopolskie nie jest złamaniem umowy z wyborcami?
W sprawy ogólnopolskie angażuję się od 2017 roku. Już kiedy Rafał Trzaskowski kandydował na prezydenta po raz pierwszy, wspólnie tworzyliśmy Komitet Stowarzyszenie Wspólna Polska. Doświadczenie samorządowe od lat przekładam na szerszą aktywność w kraju. A doświadczenia z kraju pomagają mi w Opolu w sprawowaniu mandatu. Te dwie drogi nie tylko się nie wykluczają, a wspierają.
W związku z tym, że nie robię tego od dzisiaj – mieszkańcy mieli już okazję podsumować to w głosowaniu. W każdych kolejnych wyborach miałem więcej, a w ostatnich prawie 75 proc. poparcia. Natomiast nie ma co ukrywać: przy dwukadencyjności moja rola w Opolu powoli się kończy.
Zaczynał pan w PO, później wygrał wybory przy wsparciu środowiska Patryka Jakiego. Dziś działa pan w jeszcze innym układzie politycznym. Czy Opolanie nadążają za tymi zmianami?
Jestem cały czas w tym samym punkcie. To świat i Polska się zmieniają. Patryk Jaki popierał mnie w 2014 roku wraz z całą moją historią, czyli z tym, że byłem jednym z pierwszych członków Platformy Obywatelskiej w Opolu. Wtedy mieliśmy szeroki samorządowy komitet.
Jego członkiem był między innymi Witold Zembaczyński, obecnie poseł Koalicji Obywatelskiej. Jak pani teraz na to patrzy, to rzeczywiście trudno sobie wyobrazić Patryka Jakiego i, Witolda Zembaczyńskiego po jednej stronie politycznej.
Dziś byłoby to niemożliwe, ale wtedy w Polsce nie wzbudzało to wielkich wątpliwości. Osoby, które popierają to co robię przychodzą i odchodzą, a ja konsekwentnie idę swoją drogą. Ale trzeba przyznać, że jest to droga po zdecydowanie drugiej stronie barykady niż Patryka Jakiego.
W sieci pełno jest wpisów, że kupił pan sobie mieszkanie w TBS-ach, które z założenia powstają z myślą o osobach o niższych dochodach. Jak pan to skomentuje?
Padła pani ofiarą manipulacji właśnie wspomnianego Patryka Jakiego. Te treści były podawane przez media sprzyjające PiS-owi i Solidarnej Polsce. Wzięli mnie na celownik z zemsty. Było to rykoszet działań, które podjęliśmy, by wyjaśnić sytuację, w którą był zamieszany ojciec posła Jakiego.
Pracownicy pewnej spółki oskarżali go o mobbing i inne zachowania, które nie powinny mieć miejsca. Zaczęliśmy badać sprawę. Szybko okazało się, że za to zapłacę, bo lokalne media były zdominowane przez ludzi PiS-u.
To jak to było z tym mieszkaniem, panie prezydencie?
Owszem, skorzystałem z oferty miejskiej spółki, która wybudowała mieszkania, ale nie w formule TBS-u, czyli bez żadnych dopłat. Kupiłem nieruchomość jak każdy klient. Wszystko na zasadach komercyjnych, tak jak budują deweloperzy.
Każdy, kto chciał, mógł skorzystać z tej oferty bez żadnych ograniczeń, po prostu płacąc za mieszkanie. W tych manipulacjach podnoszono, że sięgnąłem po coś, co mi się nie należało. Nie zrobiłem tego.
To w związku z tą sprawą ścigała pana prokuratura?
Tak, przez dwa lata ścigała mnie prokuratura w Świdnicy. Ta sama, która wcześniej ścigała mnie za to, że wyrzuciłem Jacka Kurskiego z amfiteatru, bo cenzurował artystów i nie chciał wpuszczać na festiwal tych, którzy mieli "niesłuszne" poglądy polityczne. To było pokłosie walki z PiS-em. Tej afery po prostu nigdy nie było.
Festiwal Opolski to nadal marka, czy już obciążenie? Pojawiają się głosy, że ta jedna noc przykrywa fakt, że miasto ma problem z budowaniem swojej atrakcyjności na co dzień.
Akurat kilka dni temu wspólnie z wydawnictwem Pascal i firmą Itaka prezentowaliśmy przewodnik po Opolu i po całym województwie, który jest odpowiedzią na to, co można robić w mieście i w jego okolicach. A festiwal to wciąż marka. Niewiele miast – poza metropoliami – ma większy wyróżnik, który w Polsce kojarzyłby się tak jednoznacznie dobrze. Opole go posiada, więc nie mamy prawa nie być dumni. Festiwal na przestrzeni lat zbudował nam w mieście cudowną historię i atmosferę.
Poza tym tę atmosferę wciąż budują zabytki. Opole to średniowieczne miasto z ponad tysiącletnią historią. Są tu kościoły z grobami Piastów Śląskich, na przykład Katedra, która ma ponad tysiąc lat historii i relikwie Krzyża Świętego.
Pierwsza fala zainteresowania turystycznego to zawsze wielkie miasta, my jesteśmy tą drugą i do nas warto przyjechać na dwa dni. Zapraszam na Wieżę Piastowską czy do instytucji kultury, takich jak teatr dramatyczny, lalkowy czy filharmonia. Oczywiście naszą chlubą jest też ZOO.
Prawie 30 lat minęło, a o opolskim zoo wciąż krążą dramatyczne historie, związane z jego zalaniem podczas powodzi tysiąclecia w 1997. W pamięci wciąż mam lwicę, która rzekomo cały dzień utrzymywała łeb w 20-centymetrowej przestrzeni między wodą a sufitem klatki, ale ostatecznie nie udało jej się uratować.
Wokół śmierci zwierząt narosło wiele różnych, mniej lub bardziej prawdziwych, historii. Ale faktem jest, że miasto poniosło ogromne straty, a temat cały czas żyje. W środku miasta mamy dużą wyspę na rzece z wielkim parkiem ze starodrzewiem i tam właśnie znajduje się nasze zoo – jedno z najpiękniejszych w Polsce.
Ta jego unikatowość stała się impulsem, aby odbudować je jeszcze piękniejsze, z dużymi wybiegami i otwartymi klatkami. Jedną z pierwszych obaw w 2024 roku, kiedy południe Polski znów znalazło się pod wodą, było to, czy konieczna będzie ewakuacja zoo. Dla wielu mieszańców byłby to wyraźny sygnał, że sytuacja robi się poważna. Na szczęście do tego nie doszło. W tej chwili jesteśmy już lepiej zabezpieczeni, ale cały czas myślimy o tym, co jeszcze można zrobić.
Na ile miasto samo kontroluje swoje bezpieczeństwo przeciwpowodziowe, a na ile jest zależne od decyzji instytucji państwowych?
Opole wraz z Wodami Polskimi w ostatnich latach realizowało dużą inwestycję, czyli budowę specjalnego polderu, gdzie woda rozlewa się w sposób kontrolowany, tak żeby obniżyć wysokość fali. Wspólnie zrealizowaliśmy pierwszy etap inwestycji, teraz wkraczamy w drugi. Miasto działa aktywnie. Wody Polskie również.
Natomiast najważniejszą inwestycją w tym zakresie w ostatnim czasie był Racibórz. To on zdecydował o tym, że dwa lata temu, gdy zalewało po raz kolejny Głuchołazy czy Nysę – Opole się obroniło.
Opole dysponuje teraz rekordowym budżetem, który dobrze wygląda w nagłówkach, ale – realnie na ile mieszkańcy odczują tę skalę w życiu codziennym?
Najważniejsze jest to, na co my te pieniądze wydajemy, bo mamy ograniczone możliwości inwestycyjne. Inwestujemy, biorąc kredyty, sięgając po fundusze unijne, bądź korzystając z niewielkiej nadwyżki budżetowej. Mówię "niewielkiej", bo za czasów rządu PiS-u Polski Ład zdruzgotał nam miejskie finanse, więc ta nadwyżka była naprawdę mała. Sięgamy po środki zewnętrzne i po kredytowanie.
Budujemy żłobki, przedszkola, modernizujemy drogi, budujemy ścieżki rowerowe, uzbrajamy tereny inwestycyjne w strefie ekonomicznej, tworzymy parki, tereny zielone, rewitalizujemy miasto i otaczamy opieką seniorów.
Słowa jak laurki. Konkretnie: jaka inwestycja jest pewniakiem, który da miastu nowe miejsca pracy i będzie motorem napędowym Opola?
Mamy konkrety: co roku prosimy niezależną agencję o rating i on już kilkukrotnie wzrósł, pokazując bezpieczeństwo zadłużenia miasta i rozsądność naszej gospodarki finansowej. Co do inwestycji – wypełniliśmy strefę ekonomiczną przy ulicy Północnej. To obszar, który w latach 2010–2012 był przygotowywany pod inwestycje.
Powstało tam kilka tysięcy miejsc pracy. Są to raczej mniejsze niż wielkie zakłady, co jest dobrą stroną tego, co się w Opolu dzieje, bo mamy tu zdywersyfikowaną strukturę gospodarczą miasta. Jak znalazł na czasy kryzysu.
Natomiast w tej chwili uzbrajamy drugą strefę – we Wrzoskach. Tam też z pieniędzy pozyskanych z zewnątrz, z KPO realizujemy inwestycje w postaci przebudowy dróg i doprowadzenia mediów.
Jedną z dużych inwestycji zapowiedziała już koreańska firma Kumho, która ma utworzyć co najmniej 400 miejsc pracy i zainwestować 2,5 miliarda złotych. Ważne są jednak dla nas nie tylko miejsca pracy, ale też jakość życia w mieście. Mierzymy się z depopulacją i musimy dać ludziom poczucie, że warto mieszkać w Opolu – zachęcić ich mieszkaniami, zarobkami, dobrą oświatą, dostępną opieką zdrowotną i ciekawymi sposobami spędzania czasu wolnego.
1 kwietnia na Facebooku żartował pan, że zaniedbane Jeziora Turawskie będą niedługo "petardą" dla rozwoju aglomeracji. A na poważnie: czy i kiedy można się tego spodziewać?
Mam głęboką nadzieję, że Jeziora Turawskie jeszcze kiedyś odzyskają dawną świetność. Za PRL-u były magnesem, który przyciągał nie tylko Opolan, ale wiele osób z Górnego Śląska. Niestety, to nie jest takie proste. Zaniedbanie akwenów wynika z tego, że są to przede wszystkim obiekty, które służą rozwiązaniom przeciwpowodziowym. W związku z tym, że są to płytkie jeziora – łatwo pojawiają się tam sinice.
To sprawia, że ich turystyczne użytkowanie jest trudne. W okolicy są lasy i trakty piesze, więc w dalszej perspektywie warto byłoby zadbać o to, żeby sinice zniknęły, a w ich miejsce mogły się kiedyś pojawić kąpieliska i żaglówki.
Parę razy podnoszono pomysł rewitalizacji tych terenów, ale zawsze kończyło się to stwierdzeniem, że koszty są zbyt duże, więc na razie tego nie róbmy. Akweny są pod opieką Wód Polskich i to one decydują o przeznaczeniu jezior. Tak naprawdę na razie nic mi nie wiadomo, aby w najbliższym czasie miało się tam coś zadziać.
Dalsza część tekstu poniżej.
Zobacz także
Skoro nie popływamy, to może pochodzimy. Aktywiści z Opolskiego Alarmu Smogowego zapraszają pana na spacer po centrum w godzinach szczytu. Doradzają nawet, by w ramach eksperymentu przesiadł się pan na wózek inwalidzki, żeby lepiej poczuć skalę problemu. Czy skorzysta Pan z tego zaproszenia?
Patrząc przez pryzmat standardów innych, podobnych miast, uważam, że pod względem dostępności Opole mimo wszystko jest miastem wyjątkowym. Jednym z pierwszych działań mojej prezydentury było zorganizowanie windy w historycznym ratuszu z XVI wieku. Od tego zacząłem i konsekwentnie przez lata dostosowujemy miejską infrastrukturę do potrzeb osób z niepełnosprawnościami.
Oczywiście nie wszystkim się dogodzi i nie każdy zawsze będzie zadowolony. Takie miejskie ruchy protestu muszą podkreślać, że coś jeszcze wymaga poprawy.
A nie wymaga?
Oczywiście są takie miejsca w Opolu, które wymagają remontów i usprawnienia. Mam ich całą listę, konsekwentnie robię swoje i z uwagą wsłuchuję się w krytyczne głosy.
Czyżby? Niektórzy rozszerzenie granic administracyjnych miasta w 2017 nazywają wręcz "nieludzkim poszerzeniem" i uważają, że mieszkańcy podopolskich miejscowości zostali wzięci siłą, a miasto miało za nic opór społeczny.
Była to konieczność, która wymagała sporej odwagi, bo kolokwialnie mówiąc powieszono na mnie wtedy mnóstwo psów. Ale w sytuacji, w której znajdowało się wtedy Opole, a teraz znajduje się coraz więcej miast, bo prawie cała Polska mierzy się dzisiaj z depopulacją – nie było na co czekać.
O temacie dyskutowaliśmy szeroko w prasie i na konferencjach naukowych. Szukaliśmy specjalnych rozwiązań dla najmniejszego regionu i najmniejszego wojewódzkiego miasta, gdzie migracje były wtedy bardzo duże. Padł na nas strach, czy dalej będziemy województwem. Czy te szkoły i przedszkola będzie dla kogo budować i kto je utrzyma? W końcu poszerzyliśmy granice w sposób racjonalny, dodając siły miastu, a korzystają z tego przecież wszyscy – obiekty w Opolu są dostępne dla każdego.
Jakie w takim razie korzyści widzą dziś mieszkańcy terenów przyłączonych do Opola?
Skoczyły ceny ich nieruchomości. Rozbudowała się infrastruktura, która w małych miejscowościach często była słaba. Przykładem są sale gimnastyczne, które budowaliśmy przy szkołach i modernizacje tych szkół.
Powstały remizy strażackie, tzw. świetlice lokalne. Pojawiły się autobusy miejskie. Utworzyliśmy rady dzielnic – teraz jest ich 13. Każdy z tych terenów ma tożsamość swoich reprezentantów, którzy dzisiaj rozmawiają ze mną o tym, co zrobić, żeby było lepiej.
To skąd ten opór?
Chyba wynikał z tego, że mieszkańcy bali się, że ktoś im coś odbierze. Tymczasem okazało się, że nikt im nic nie odbiera, a raczej daje. Najlepszym potwierdzeniem tego, że zrobiłem dobrze jest fakt, że gdy już w 2018 roku mieszkańcy mieli okazję głosować w wyborach samorządowych, znów wybrali mnie. Okazało się, że zdecydowanie wygrałem – również w tych okręgach przyłączonych. To pokazuje, że nie trzeba bać się zmian.
