Fot. TomaszKudala / Shutterstock / Valerie V / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Przez ostatnie 20 lat polityka mieszkaniowa w Polsce wyglądała mniej więcej tak: państwo dosypywało obywatelom pieniędzy na tanie kredyty, po czym wszyscy szli do deweloperów, a ci... natychmiast podnosili ceny. Efekt? Mieszkań wcale nie było łatwiej kupić, za to stały się astronomicznie drogie. Wygląda na to, że ktoś w końcu zaczął myśleć i postanowił coś zmienić.

REKLAMA

Rząd Koalicji 15 października ostatecznie zrezygnował ze stymulowania popytu (czyli dawania ludziom taniego pieniądza na zakupy) na rzecz stymulowania podaży (czyli fizycznego budowania nowych ścian, dachów i okien). Ekonomiści lubią nazywać to zjawisko mądrze brzmiącym hasłem: "zmiana paradygmatu". W praktyce oznacza to po prostu zwrot o 180 stopni.

Dlaczego to tak ważna wiadomość i co dokładnie oznacza dla Twojego portfela? Rozłóżmy to na czynniki pierwsze.

Pieniądze w cegły, nie w raty. Na co pójdzie 8,7 mld zł?

Zamiast kolejnych programów z "zerem" lub "dwójką" w nazwie, na stół wjeżdżają konkretne liczby dotyczące budownictwa. Minister finansów Andrzej Domański zapowiedział właśnie, że w tym roku z Krajowego Planu Odbudowy (KPO) na rynek trafi potężny zastrzyk gotówki: 8,7 mld zł.

Te pieniądze nie trafią jednak do banków na dopłaty do Twoich odsetek, jak przez ostatnie dwie dekady. Zostaną zakontraktowane na budowę i generalne remonty 18 tysięcy mieszkań.

Rząd bierze na celownik dwa potężne problemy tworząc następujące rozwiązania:

  1. Mieszkania socjalne – dla osób w najtrudniejszej sytuacji życiowej, których na mieszkanie nie stać, ale muszą mieć jakiś dach nad głową.
  2. Luka czynszowa – to absolutnie kluczowe pojęcie. Wyobraź sobie, że zarabiasz na tyle dobrze, że państwo mówi Ci: "jesteś za bogaty na lokal socjalny". Jednocześnie idziesz do banku, a tam słyszysz: "jesteś za biedny, by dostać pół miliona złotych kredytu na własne M". Jesteś w kropce. To właśnie jest "luka czynszowa", w którą wpada dziś mnóstwo młodych Polaków. Nowe mieszkania mają być budowane na wynajem właśnie z myślą o nich.

Dlaczego "Kredyt 0 proc." ostatecznie umarł?

Kredyt z oprocentowaniem 0 proc. był jednym z najgłośniejszych "100 konkretów" Koalicji Obywatelskiej z kampanii wyborczej w 2023 roku. Dlaczego więc trafił do kosza? Zabiła go matematyka i opór koalicjantów. Ten opór, powiedzmy sobie uczciwie był i tak na rękę Donaldowi Tuskowi. Koalicja Obywatelska rozmywała temat wyborczej obietnicy, jakimś przypadkiem ciągle nie znajdując na nią pieniędzy.

Z kolei zarówno Lewica, jak i Polska 2050 powiedziały stanowcze "nie". Głos rozsądku popłynął m.in. od minister funduszy i polityki regionalnej, Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Ona on dawna krytykowała pomysł darmowego kredytu mieszkaniowego. Argument był miażdżący i oparty na świeżych doświadczeniach: każda kolejna dopłata do kredytu sprawia, że deweloperzy podnoszą ceny. Błędne koło.

W efekcie kupujący nic nie zyskuje (bo mieszkanie jest droższe), a zyski wędrują prosto do kieszeni firm deweloperskich i banków. Tak dokładnie stało się przecież po uruchomieniu kredytów z rządowymi dopłatami za czasów PiS.

W lutym 2025 r. Ministerstwo Rozwoju i Technologii próbowało jeszcze reanimować pomysł programem "Klucz do mieszkania" (ograniczając dopłaty tylko do rynku wtórnego i wprowadzając limity dochodowe), ale i ten projekt upadł. Klamka zapadła: nie będzie już tanich kredytów na koszt podatnika.

Cmentarzysko nietrafionych programów mieszkaniowych. 25 lat błędów

Aby docenić odwagę obecnej decyzji rządu, musimy spojrzeć wstecz. Historia polskich programów mieszkaniowych to pasmo porażek, za które wszyscy słono zapłaciliśmy:

  • "Rodzina na swoim" (2006 r.): Państwo przez 8 lat dopłacało połowę odsetek od kredytu. Wnioski przestały spływać w 2012 roku, ale rachunki płaciliśmy jeszcze długo – w samym 2016 roku kosztowało to budżet ok. 450 mln zł.
  • "Mieszkanie dla młodych" (2013 r.): Program oferował dopłatę rzędu 10 proc. lub 15 proc. do ceny mieszkania na start. Funkcjonował do 2018 r.
  • "Mieszkanie plus" (2016 r.): Flagowy program rządu PiS, który – w teorii – miał działać podobnie do obecnych planów (budowa tanich mieszkań na wynajem na państwowych gruntach za pośrednictwem Krajowego Zasobu Nieruchomości). Okazał się jednak totalną klapą – koszty materiałów i wykonawstwa wystrzeliły, a inwestorzy omijali projekt szerokim łukiem.
  • "Bezpieczny Kredyt 2 proc." (2023 r.): Ostatni, potężny steryd wtłoczony w rynek przez rząd Mateusza Morawieckiego. Program (limit do 500-600 tys. zł kredytu) wywołał prawdziwą panikę zakupową i sprawił, że ceny mieszkań w największych polskich miastach pobiły historyczne rekordy. Zakończył się w styczniu 2024 roku.
  • Dobra wiadomość: mieszkania mają być bardziej dostępne. Zła wiadomość: trzeba poczekać

    Odejście od stymulowania popytu to odważny i potrzebny krok, o który od dawna apelowali niezależni analitycy rynkowi. Budowa mieszkań społecznych i TBS-ów trwa jednak znacznie dłużej niż udzielenie kredytu w banku. Efekty dzisiejszych decyzji i wpompowania 8,7 mld zł w rynek zobaczymy najwcześniej za kilka lat. W Polsce, która żyje od wyborów do wyborów, oznacza to, że śmietankę z pozytywnych efektów programu może spijać już kolejna ekipa rządząca.

    Tym bardziej widać, że to decyzja nie obliczona na szybki poklask. Jedno jest jednak pewne: państwo przestało wreszcie udawać, że dolewanie benzyny do ognia pomoże go ugasić.