
45 groszy na litrze – o tyle w hurcie obniżył ceny Orlen. Wojciech Balczun przyznaje, że marża Orlenu jest niemal zerowa i niższa być już nie może. Czy w dobie kryzysu paliwowego Polska doczeka się obniżki akcyzy?
Na pylonach stacji paliw w całej Polsce trwa nerwowe wyczekiwanie. Wtorkowa decyzja Orlenu o obniżce hurtowych cen benzyny (o 45 zł/m³) i diesla (o 87 zł/m³), czyli odpowiednio 45 i 87 groszy na litrze, to element gry, w której stawką jest stabilność państwa i portfele milionów Polaków. Na dodatek wszystko to dzieje się w momencie, gdy ropa na światowych giełdach znów drożeje, a Bliski Wschód płonie.
Polityczne "impossibile". Dlaczego Balczun to nie Obajtek?
Wczorajsze doniesienia o naciskach rządu na Orlen znalazły swój epilog w wypowiedzi ministra aktywów państwowych, Wojciecha Balczuna. Jego przekaz jest jasny, choć dla wielu wyborców może być gorzki: rząd Koalicji 15 października nie zamierza (i nie może) zarządzać Orlenem metodami znanymi z ery PiS i Daniela Obajtka.
Za czasów paliwowego triumwiratu Morawiecki-Kaczyński-Obajtek, Orlen był traktowany jak ramię partii do zadań specjalnych. Ceny paliw potrafiły cudownie stać w miejscu przed wyborami, mimo szalejących rynków światowych. Obecna ekipa deklaruje powrót do standardów rynkowych. Dziś Balczun wprost przyznaje, że Orlen minimalizuje marże, ale "nie może działać na szkodę spółki".
To kluczowe rozróżnienie – w zamyśle władz dzisiejszy Orlen ma być nowoczesnym koncernem, a nie polityczną skarbonką partii. Dlatego rząd Donalda Tuska, zamiast ręcznego sterowania ceną na dystrybutorze, rozważa instrumenty, które realnie leżą w jego gestii: obniżkę akcyzy lub VAT-u.
Dla ekipy Tuska ręczne sterowanie cenami paliw byłoby politycznym strzałem w kolano. Wszak właśnie (między innymi) za to demokraci piętnowali Obajtka. Cywilizowane zasady gospodarki mówią, że państwo reguluje podatki, ale nie nakazuje giełdowej spółce, by ponosiła straty.
Geopolityczny roller-coaster. Cień wojny z Iranem
Nie da się jednak nie zauważyć, że trudno o gorszy moment na stabilizację cen. Od 28 lutego, kiedy wybuchł konflikt na Bliskim Wschodzie po ataku USA i Izraela na Iran, rynek ropy przypomina jazdę bez trzymanki.
Zobacz także
Blokada Cieśniny Ormuz – wąskiego gardła światowych dostaw – sprawiła, że ceny paliw w hurcie skoczyły o ponad tysiąc złotych na metrze sześciennym w zaledwie kilka tygodni. Z kolei w poniedziałek 23 marca ropa Brent staniała o 11 proc., bo prezydent USA Donald Trump odroczył o pięć dni ataki na irańskie elektrownie. Jednak radość była krótka – we wtorek ceny znów rosną (ropa Brent powyżej 102 USD), bo Arabia Saudyjska i ZEA mogą dołączyć do wojny.
Orlen próbuje być "lodołamaczem" w tym kryzysie. Strategia dywersyfikacji dostaw pozwoliła uniknąć niedoborów w zaopatrzeniu, co Balczun określił jako priorytet: "żeby nie było braków na stacjach".
Marża zero i walka o klienta. Nowa normalność?
Koncern ogłosił, że jego marża na dieslu została zredukowana niemal do zera. To desperacki krok, by zamortyzować skok cen hurtowych (przypomnijmy: w sobotę olej napędowy zdrożał o rekordowe 521 zł/m³). Do tego dochodzi marketingowa ofensywa z aplikacją Vitay i 35-groszową zniżką, co ma być "poduszką powietrzną" dla kierowców w czasie ośmiu weekendów.
Sytuacja paliwowa w Polsce stała się zakładnikiem dwóch sił: brutalnej wojny na Bliskim Wschodzie oraz zmiany paradygmatu władzy w Warszawie. Rząd naciska na Orlen, ale robi to w białych rękawiczkach, świadomy, że nadużywanie pozycji dominującej przez spółkę skarbu państwa to stąpanie po cienkim lodzie prawa handlowego.
Dziś obniżka w hurcie daje oddech, ale jutrzejsze doniesienia z frontu w Iranie mogą go natychmiast zabrać. Polska w 2026 roku uczy się bolesnej lekcji: paliwo nie drożeje przez politykę w Warszawie, ale przez pociski USA spadające na Bliskim Wschodzie. A rząd, zamiast "cudów nad dystrybutorem", musi szukać ratunku w tabelach podatkowych.
