
Przemysław Czarnek i PiS wchodzą w rolę obrońców polskich lodówek, ale zapomnieli sprawdzić dane GUS. Ceny żywności w tym roku niemal stoją w miejscu, ale PiS proponuje demontaż budżetu w imię walki z nieistniejącą drożyzną. To klasyczna pułapka: zmusić rząd do odrzucenia projektu, by później krzyczeć o "głodzeniu Polaków". Im gorzej, tym lepiej.
Czy w 2026 roku żywność drożeje tak jak za rządów PiS? Ani trochę. Ale Przemysław Czarnek z uporem maniaka domaga się obniżenia VAT na żywność, bo utrzymuje, że ta drożeje. Facet usiłuje mnie przekonać, że za jedzenie płacę więcej, choć płacę tyle samo. Ok, chętnie zapłacę mniej, ale wiem, ile będzie mnie to kosztowało później. Dziękuję, postoję.
Przemysław Czarnek, typowany na przyszłego premiera z ramienia PiS, właśnie odpalił polityczną petardę. Problem w tym, że to petarda mokra, śmierdząca populizmem i całkowicie oderwana od rzeczywistości, którą każdy z nas widzi codziennie przy sklepowej kasie.
O co chodzi? PiS złożył projekt obniżki VAT-u na żywność. Brzmi pięknie? Może i tak, dopóki nie spojrzymy w liczby, których politycy tej partii zdają się panicznie bać albo konsekwentnie ignorować. Mogą też ich nie widzieć, ale to świadczyłoby o nich jeszcze gorzej.
VAT na żywność. Fakty kontra Czarnkowa wizja świata
Zacznijmy od danych, bo to one są największym wrogiem tej "wrzutki". W marcu 2026 roku, według szybkiego szacunku GUS, inflacja w kategorii żywność i napoje bezalkoholowe wyniosła równe 0 proc. miesiąc do miesiąca. Słownie: ZERO. Rok do roku to skromne 2 proc. W lutym była zbliżona (2,1 proc. rok ro roku i 0,3 proc. miesiąc do miesiąca). W styczniu było to 2,4 proc. rok do roku i 0,6 miesiąc do miesiąca.
Dla przypomnienia: za rządów PiS, w szczytowych momentach kryzysu, żywność drożała w tempie przekraczającym 20 proc. rocznie. I nie żebym się jakoś przesadnie czepiał rządów PiS. Ceny rosły, ale wiele wtedy od nas nie zależało. Można mieć pretensje do ówczesnych władz o zbyt słabą i chaotyczną walkę z inflacją. Warto też pamiętać, że ówczesna inflacja była dla rządu zbawieniem, by zsyłała deszcz złotych monet wprost do budżetu.
No ale finalnie rząd PiS obniżył VAT na podstawowe produkty żywnościowe (m.in. chleb, mięso, owoce, warzywa, nabiał i produkty zbożowe) z 5 proc. do 0 proc. w ramach tzw. Tarczy Antyinflacyjnej 2.0, która weszła w życie 1 lutego 2022 roku. Ta zerowa stawka została skasowane z końcem marca 2024 roku.
Wtedy zerowy VAT miał jakiś sens – był ratunkiem dla milionów ludzi, którym inflacja dosłownie wyjadała zawartość talerza. Ale dzisiaj? Dzisiaj żywność jest stabilnym elementem koszyka inflacyjnego. To nie jedzenie nas dobija, ale paliwa, których ceny w marcu skoczyły o 15,4 proc. I tu rząd zareagował, w sumie całkiem szybko, tnąc akcyzę i VAT (Pakiet CPN).
Dziś słyszę od polityków PiS, że Tusk, ten zły człowiek o wilczych oczach, bezczelnie zwlekał z obniżeniem podatków na paliwo. Cóż, prawda jest taka, że kiedy paliwa zaczęły drożeć, nikt nie wiedział, ile to potrwa. Dziś już widzimy, że obietnice Trumpa dotyczące rychłego zakończenia wojny z Iranem były tylko czczą gadaniną. Chaos rośnie, ceny szybko nie spadną.
W ogóle strasznie mnie śmieszy zarzucanie Tuskowi, że aż 3 tygodnie zwlekał z obniżką VAT na paliwa. Serio, politycy PiS opowiadają właśnie takie rzeczy.
Pamiętacie rok 2021, rządy PiS? W tym okresie ceny paliw poszły w górę o 20 procent, a rząd obniżył je dopiero w lutym 2022 roku. Co więcej: w momencie obniżenia stawki VAT na paliwa z 23 proc. na 8 proc. PKN Orlen podwyższył hurtowe ceny paliw. Efekt był taki, że finalna cena detaliczna nie spadła o tyle, o ile obniżono podatki.
Rozumiecie? I ci sami ludzie, którzy byli za to odpowiedzialni, dziś zarzucają Tuskowi golenie kierowców przez rzekome 3 tygodnie "zwłoki".
Ceny żywności. Polityczna pułapka, nie ekonomiczna troska
Ale wróćmy do cen żywności. Jasne, że chciałbym płacić za jedzenie mniej. Ale jednocześnie wiem, że VAT to podstawa budżetu. Mnie te kilka złotych miesięcznie różnicy nie zrobi, ale może zdestabilizować finanse państwa. Poza tym problem jest wydumany, żywność prawie nie drożeje. Ceny wielu podstawowych produktów wręcz spadają.
Po co więc Czarnek wyjeżdża z projektem obniżki VAT na coś, co nie drożeje? Odpowiedź jest prosta i cyniczna: to ustawka pod billboardy. PiS doskonale wie, że budżet państwa, i tak już napięty do granic możliwości przez zbrojenia i programy socjalne, nie udźwignie kolejnego miliardowego ubytku z VAT-u bez konkretnego powodu ekonomicznego.
Plan jest prymitywny. Punkt pierwszy: złożyć projekt "dobry dla ludzi". Potem poczekać, aż rząd go odrzuci, wskazując na stabilne ceny i dziurę budżetową. A na koniec wyjść na mównicę i krzyczeć: "Tusk nie chce tańszego chleba dla polskich dzieci!".
Zobacz także
To gra na emocjach, w której chleb, podobnie jak dzieci, jest tylko rekwizytem. Proponowanie obniżki VAT w momencie, gdy ceny żywności niemal stoją w miejscu, to ekonomiczny analfabetyzm albo – co bardziej prawdopodobne – świadomy sabotaż finansów państwa.
Gdzie tu sens? Gdzie tu logika?
Gdybyśmy obniżyli VAT na żywność dzisiaj, przy zerowej dynamice cen, realna obniżka na bułce kajzerce wyniosłaby może 3-4 grosze. Czy ktoś to odczuje? Nikt. Czy budżet to odczuje? Owszem, stracimy miliardy złotych, które mogłyby pójść na obronność czy walkę z realnym problemem, jakim są wysokie ceny energii.
PiS próbuje leczyć pacjenta, który już dawno wyzdrowiał z gorączki inflacyjnej. Robią to tylko po to, by móc później oskarżyć lekarza o brak empatii. To szczyt hipokryzji – zwłaszcza ze strony formacji, która przez lata przekonywała nas, że inflacja to "zjawisko globalne", na które rząd nie ma wpływu. Teraz, gdy inflacja żywności wygasła, nagle chcą do niej dopłacać z naszych wspólnych pieniędzy.
Projekt Czarnka jak sernik bez jajek
Projekt Czarnka to sernik bez twarogu i jajek – sama pusta forma, która ma tylko ładnie wyglądać na zdjęciu w social mediach. To wrzutka obliczona na wywołanie awantury, a nie na realną pomoc. W świecie, gdzie cena baryłki ropy płonie przez Trumpa i Iran, zajmowanie się obniżką VAT na marchewkę, która od miesiąca kosztuje tyle samo, jest po prostu niepoważne.
Panie Czarnek, Polacy potrafią czytać paragony. I widzą na nich, że to nie w dziale "nabiał" jest dzisiaj problem. Może czas przestać traktować wyborców jak ludzi, którzy nie potrafią odróżnić realnej pomocy od ordynarnej kiełbasy wyborczej?
