
Łatwo wyśmiać zakurzone pochody z czasów PRL, trudniej zrezygnować z przywilejów, które wywalczono krwią na barykadach. 1 maja to w rzeczywistości święto człowieczeństwa, a nie systemu, i co zawdzięczamy tym, którzy sto lat temu powiedzieli "dość". Paradoksem jest fakt, że ta walka ciągle trwa, a idea jest niestety ciągle aktualna.
Dla wielu osób 1 maja to leniwie sączony złoty płyn, zapach taniej kiełbaski obficie podlanej podpałką, luz i spokój. W telewizyjnych migawkach pojawią się pewnie jakieś ludziki z czerwonymi flagami na pochodzie. Kto by tam sobie zawracał głowę socjalizmem i jakimiś pierdołami. A jednak ten luz i spokój zawdzięczamy właśnie nim. Bo 1 maja to nie jest święto upadłego ustroju. To święto walki o godność, która zaczęła się tam, gdzie kapitalizm pokazywał swoją najbardziej drapieżną twarz.
Wielu z nas 1 maja wciąż kojarzy się z przymusowymi pochodami, biało-czerwonymi goździkami i hasełkami wykrzykiwanymi z trybun przez panów w szarych garniturach. Sam w nich chodziłem, jak byłem mały. W sumie było fajnie, dość wesoło i sympatycznie. Dziś jednak łatwo więc machnąć ręką i uznać ten dzień za postkomunistyczny skansen. Ale prawda jest taka, że odcinając się od 1 maja, odcinamy się od... samych siebie i od komfortu, który dziś traktujemy jak powietrze.
Krótka historia krwi i potu
Pamiętajcie, że 1 maja nie narodził się w gabinetach moskiewskich dygnitarzy. Jego korzenie sięgają Chicago w 1886 roku. To wtedy robotnicy powiedzieli "dość” wyzyskowi, który dziś nazwalibyśmy niewolnictwem. Ich postulat był prosty i genialny w swej skromności: zasada 3x8.
No i pamiętajcie, że Karl Marx i Friedrich Engels nie byli Rosjanami, tylko Niemcami. Komuna Paryska narodziła się we Francji. Silnym ośrodkiem walki o prawa robotników była Wielka Brytania. I to wszystko odbywało się w czasie, gdy na wchód od nas rządził car, a nie Władimir Iljicz Uljanow zwany Leninem. 1 maja nie miał rodowodu moskiewskiego, to święto ustanowione w 1889 roku. Komuniści lub socjaliści wprowadzili je w Polsce w 1950 roku, dlatego źle nam się kojarzy. A nie powinno, bo jego korzenie są głębsze - zarówno historycznie, jak i mentalnie.
Pamiętajcie o tym, że Jeszcze w XIX i na początku XX wieku wiele dzieci w wieku 5–14 lat, pochodzących z uboższych rodzin pracowało m.in. w Europie, Stanach Zjednoczonych i różnych innych krajach. To najbardziej mroczny aspekcie dawnej rzeczywistości – powszechna praca dzieci. Dziś widok ośmiolatka w kopalni czy przy maszynie tkackiej wydaje nam się makabrycznym kadrem z filmu grozy, ale w XIX-wiecznych fabrykach było to smutną codziennością. Dzieci były "idealnymi” pracownikami: małe, zwinne i przede wszystkim tanie. Pracowały często po 12–14 godzin dziennie w warunkach, które trwale okaleczały ich ciała i psychikę.
Ruch robotniczy, który dał nam 1 maja, walczył nie tylko o krótszą dniówkę dla dorosłych, ale przede wszystkim o to, by dzieciństwo odzyskało swój właściwy sens. To dzięki tamtym "radykałom" maluchy zamieniły hale produkcyjne na szkolne ławki, a pył węglowy na zabawę. Dzisiejszy 1 maja to także hołd dla tej fundamentalnej zmiany – przejścia od postrzegania dziecka jako taniej siły roboczej do traktowania go jako chronionej wartości.
Zobacz także
Polska droga do "wolnej soboty"
Warto spojrzeć na nasze własne podwórko. Jeszcze przed wojną, mimo wprowadzenia w 1918 roku ośmiogodzinnego dnia pracy, rzeczywistość robotnika była brutalna – brak stabilizacji i praca ponad siły były normą.
Prawdziwa rewolucja (choć pod ideologicznym butem) przyszła po wojnie. Przez dekady pracowaliśmy 6 dni w tygodniu. Sobota nie była dniem na grilla i Netflixa, ale normalnym dniem roboczym. Dopiero lata 70. przyniosły nam tzw. "robocze soboty”, które z czasem stawały się wolne (pierwsza wolna sobota w PRL wypadła dopiero w 1974 roku!).
Możemy wyśmiewać socjalizm za kolejki, ocet na półkach i brak wolności obywatelskich – i słusznie, bo ten ustrój był niewydolny. Ale to właśnie wtedy ugruntowało się coś, co dziś nazywamy bezpieczeństwem i higieną pracy (BHP). Państwo, choć opresyjne, wprowadziło standardy ochrony pracownika, o których nasi pradziadkowie mogli tylko marzyć.
Relikt czy konieczność?
W 2026 roku walka o godność pracy przeniosła się z fabrycznych hal do naszych smartfonów. Dzisiejszym odpowiednikiem walki o 8-godzinny dzień pracy jest prawo do bycia offline. W świecie, gdzie szef może wysłać wiadomość na komunikatorze o 21:00, 1 maja przypomina nam, że granica między życiem a zarabianiem na nie jest święta.
To ironia losu: nasi przodkowie walczyli, by nie zamykano ich w fabrykach na 16 godzin, my walczymy, by fabryka nie mieszkała w naszej kieszeni przez całą dobę. 1 maja to idealny moment, by wyłączyć powiadomienia i przypomnieć sobie, że nie jesteśmy wyłącznie zasobem w arkuszu Excela.
Pamiętaj: 1 maja to nie święto komunizmu, ale święto człowieczeństwa. To przypomnienie, że człowiek to coś więcej niż "zasób ludzki” w arkuszu Excela, a praca ma służyć życiu, a nie je zastępować.
Zamiast więc patrzeć na ten dzień przez pryzmat zakurzonych sztandarów, warto pomyśleć o nim jako o bezpieczniku. To dzień, który przypomina, że każda minuta twojego wolnego popołudnia została kiedyś przez kogoś wywalczona. I dosłownie opłacona krwią.
