
Masz gorszy miesiąc na etacie? Trudno, musisz radzić sobie sam. Jesteś malarzem lub reżyserem i dopadł cię kryzys twórczy? Państwo automatycznie, bezgotówkowo i bez podatku dopłaci ci do ZUS-u z kieszeni innych ludzi. Rządowy projekt zakłada, że z państwowej kroplówki skorzystają nawet twórcy zarabiający 125 proc. minimalnej krajowej. Wyjaśniamy, dlaczego kwota ponad 6 tysięcy złotych brutto otwiera Polakom nóż w kieszeni i dlaczego traktowanie weny jak strategicznego węgla to rażący skandal.
Rząd szykuje finansową poduszkę dla artystów, serwując jednocześnie siarczysty policzek milionom ciężko pracujących Polaków. Podczas gdy zwykli pracownicy co miesiąc patrzą na topniejące pensje, z których państwo bezlitośnie ściąga pełne składki, malarze, tancerze czy filmowcy mają otrzymać potężne dopłaty do ubezpieczeń z publicznej kasy. Kontrowersyjny próg zarobkowy sprawia, że podatnicy zrzucą się na emerytury dla grupy, która często zarabia znacznie więcej niż przeciętny Kowalski.
We wtorek, 26 maja, rząd przyjął projekt ustawy, która ma wziąć pod opiekuńcze skrzydła państwa środowisko artystyczne. Nowe przepisy mają zaspokoić dwa kluczowe żądania tej grupy: zagwarantować im bieżący dostęp do darmowej opieki medycznej oraz zapewnić odpowiedni staż składkowy, by w przyszłości mogli pobierać minimalną emeryturę. Wszystko to oczywiście przy potężnym wsparciu z kieszeni podatników.
Co właściwie zmieniają nowe dopłaty dla artystów?
Rządowy plan zakłada stworzenie dla artystów wyjątkowo komfortowych warunków, o jakich zwykły pracownik etatowy może tylko pomarzyć. Nowy mechanizm ma zagwarantować twórcom stałe ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, całkowicie uodparniając ich na rynkowe wahania dochodów.
Jeśli artysta uzna, że w danym momencie zarabia za mało, by samodzielnie opłacić składki, państwo bez mrugnięcia okiem dopłaci mu do poziomu minimalnego wynagrodzenia. Co gorsza, te płynące z kieszeni podatników dotacje będą przelewane do ZUS-u automatycznie i bezgotówkowo, a urzędnicy zadbali o to, by te darmowe pieniądze nie wliczały się do dochodu artysty i były zwolnione z jakiegokolwiek opodatkowania.
Aby wejść do tego elitarnego klubu, trzeba będzie uzyskać oficjalny status artysty zawodowego. Będzie on przyznawany osobom, które udowodnią przed nową biurokracją swój dorobek oraz wykażą, że stale żyją ze swojej twórczości. O tym, kto zasługuje na ten przywilej, decydować będzie dyrektor Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, posiłkując się zdaniem specjalnej Komisji Opiniującej.
Taki urzędowy certyfikat ma być wydawany na trzy lata, z możliwością przedłużenia do pięciu lat, o ile artysta wykaże się co najmniej dziewięcioletnią ciągłą aktywnością. System przewiduje nawet luksus w postaci opcji zawieszenia tego statusu na wniosek samego zainteresowanego – i to na okres od jednego miesiąca do aż trzech lat.
Zobacz także
Co ciekawe, członkowie komisji przyznającej przywileje artystom będą robić to odpłatnie, zarabiając na każdym wniosku. Jak zauważył Krzysztof Stanowski w poście na platformie X, za każdy wniosek urzędnik dostanie do 2 proc. przeciętnego wynagrodzenia (ok. 190 zł), co oznacza, że praca 5-osobowego zespołu nad jednym dokumentem kosztować będzie podatnika aż 950 zł. Przepisy nie wprowadzają jednak żadnego górnego limitu zarobków – wystarczy, że zespół hurtowo rozpatrzy kilkaset spraw w miesiącu, a jego członkowie zgarną z publicznej kasy astronomiczne fortuny.
Na spostrzeżenia Stanowskiego Ministerstwo Kultury odpowiedziało lakoniczną grafiką, według której bez artystów na świecie zostaje tylko "pustka".
Systemowa niesprawiedliwość wobec etatowców
Największy powód do wściekłości dla milionów ciężko pracujących Polaków kryje się jednak w kryteriach przyznawania samej pomocy. Państwowa kroplówka finansowa ma być przyznawana na rok, a wnioski o nią będą mogli składać nawet ci twórcy, których zarobki z ostatnich trzech lat sięgały uprzywilejowanego progu 125 proc. minimalnego wynagrodzenia, czyli w praktyce 6007,50 zł brutto miesięcznie (kwota, o której początkujący nauczyciel może sobie tylko pomarzyć).
W tym miejscu opinii publicznej po prostu "otwiera się nóż w kieszeni", a w społeczeństwie wrze – i trudno się dziwić, bo projekt tych przepisów wygląda na kompletnie oderwany od rzeczywistości. Z jakiej racji uczciwie pracujący podatnik ma znowu otwierać portfel i fundować komuś luksusowe warunki ubezpieczeniowe? Polacy od lat zrzucają się już na miliardowe kroplówki dla górnictwa czy dotacje dla rolników. Ale tamte grupy przynajmniej dają społeczeństwu konkret: jedni wydobywają surowce, a drudzy produkują żywność, która ląduje na naszych stołach.
Próg 125 proc. minimalnej krajowej budzi furię
Najbardziej bulwersujący w projekcie jest wspomniany próg zarobkowy ustalony na poziomie 125 proc. minimalnej krajowej. Rząd z pełną powagą wmawia nam, że twórca zarabiający wyraźnie powyżej pensji minimalnej to potrzebujący, który wymaga natychmiastowej zapomogi.
W praktyce oznacza to rażący, systemowy skandal. Listonosz biegający z torbą w deszczu czy nauczycielka sprawdzająca klasówki za grosze – ludzie, którzy sami często ledwo wiążą koniec z końcem i najczęściej zarabiają właśnie pensję minimalną – w swoich podatkach sfinansują automatyczne, nieopodatkowane składki ZUS dla osób zarabiających od nich znacznie lepiej. Na etacie nikt nie dopłaci ci do ubezpieczenia, bo miałeś gorszy miesiąc czy brak weny. W świecie artystów, kosztem reszty społeczeństwa, ma to stać się normą.
Kultura i sztuka oczywiście są nam wszystkim potrzebne i nikt nie neguje wartości pracy twórców (przynajmniej części z nich), ale zamiast tak niesprawiedliwego rozdawnictwa dla całego środowiska, warto poszukać innego rozwiązania. Może dobrym kierunkiem byłoby celowane wsparcie wyłącznie dla tych artystów, którzy faktycznie znaleźli się w głębokim kryzysie, albo stworzenie specjalnego, dobrowolnego funduszu ubezpieczeń wzajemnych. Wtedy branża sama zarządzałaby swoim ryzykiem, zamiast przerzucać koszty własnej weny na barki wycieńczonej reszty.
