
Skoro państwo oficjalnie dzieli obywateli na godnych i niegodnych państwowych zapomóg, czas na masowy bunt normików (czyli ciebie i mnie). Codzienna praca w biurze to najwyższa forma performance'u, która zasługuje na opłacanie składek ZUS z budżetu państwa. Skoro system jest chory, to dlaczego nie mielibyśmy stanąć w tej kolejce jako pierwsi?
Jeśli jutro zastrajkują polscy artyści, świat będzie trochę nudniejszy, ale przetrwa. Jeśli na jeden dzień znikną ludzie zarabiający pensję minimalną, utoniemy w śmieciach, ciemności i chaosie. Dlaczego więc Ministerstwo Kultury uważa, że praca twórcza zasługuje na specjalne przywileje emerytalne, a pot kuriera czy nauczyciela to rynkowa norma?
Ponad 5 tysięcy złotych brutto – od takiego pułapu zarobków rząd chce dopłacać artystom do emerytur. W tym samym czasie blisko 1,7 miliona Polaków haruje za gołą pensję minimalną i nikt im się do ZUS-u nie dorzuca. Właśnie powstaje podział na emerytów gorszego i lepszego sortu.
Emerytury artystów to siarczysty policzek dla osób wykonujących inne zawody
Projekt ustawy wprowadza do naszego systemu wielką, systemową niesprawiedliwość. Rząd z pełną powagą próbuje nam wmówić, że ryzyko zawodowe artysty jest czymś "szlachetniejszym", czymś głębszym i bardziej wymagającym opieki niż ryzyko zawodowe jakiegokolwiek innego przedsiębiorcy czy pracownika w Polsce. Nic dziwnego, że pomysł oburzył wielu komentatorów – także tych, którzy wprost napisali, że mamy harować na emerytury artystów, choć rynek dawno zweryfikował część tych "twórczych" karier.
Porównajmy to po ludzku. Wyobraźcie sobie faceta, który otworzył mały warsztat samochodowy. Zainwestował oszczędności życia, kupił klucze, podnośnik. Przychodzi gorszy miesiąc, psuje się pogoda, klienci nie dopisują, obroty drastycznie spadają. Co robi w tej sytuacji państwo? Nic. Dokładnie nic. Państwo przysyła przelew do zrobienia na pełny, mały czy duży ZUS. Nikogo w urzędzie nie obchodzi, że mechanik ma akurat "gorszy moment". Nie zarobił? Jego problem, rynek zweryfikował czy jego praca jest potrzebna, czy nie.
Ale jeśli jesteś certyfikowanym filmowcem, rzeźbiarzem albo tancerzem i dopadnie Cię brak weny, przez co rynek przestanie kupować twoje dzieła, a twoje zarobki z ostatnich trzech lat nie przekroczyły ustalonego progu – państwo nagle zmienia się w czułą matkę.
Mówi: "Oj, biedactwo. Masz tu automatyczną, nieopodatkowaną dopłatę z budżetu, żebyś miał ciągłość składek". I w tym momencie uczciwemu człowiekowi otwiera się nóż w kieszeni. Dlaczego natchnienie ma być dotowane, a ciężka, fizyczna praca obłożona karnym podatkiem?
Napiwki na składki artystów. Amerykańska patologia w wersji ZUS
Polska i Europa od lat kpią z amerykańskiej patologii napiwkowej. Śmiejemy się, że w USA nawet automat z batonikami potrafi domagać się napiwku, a dla milionów ludzi pracujących w gastronomii te drobne od klientów są głównym źródłem utrzymania. Mówimy z wyższością: "U nas to nie do pomyślenia, pracownikowi po prostu trzeba płacić godziwą, stabilną pensję".
I jak to jest, że jednocześnie budujemy dokładnie tak samo patologiczny, "napiwkowy" system dopłat dla artystów?
A dlaczego patologiczny? Bo utrwala chory system gigantycznych, klasowych wręcz nierówności wewnątrz samej kultury. Popatrzmy na taką orkiestrę symfoniczną – i jest to przykład mocno przerysowany, więc proszę się nie obrażać. Gra w niej setka osób, z czego większość zarabia grosze. Kilkoro solistów dostaje pieniądze ponadprzeciętnie dobre, dyrygent bierze dużą kasę, ale najwięcej i tak wyciąga poukładany politycznie dyrektor filharmonii.
Ile to już napisano artykułów o głodowych pensjach etatowych aktorów, podczas gdy szefowie teatrów jeżdżą sobie na luksusowe zakupy do Londynu i Nowego Jorku? Moja propozycja jest prosta: zacznijmy wreszcie artystom płacić godnie za ich realną pracę, zamiast dorzucać im jakieś ochłapy do przyszłej emerytury i sankcjonować ten chory układ. Zwłaszcza że w tym środowisku, jak wszędzie, są po prostu pracownicy lepsi i gorsi.
Emerytury artystów. Willa, stadnina i ręka w nocniku
Bohaterem ostatnich dni stał się aktor Zenon Buczkowski. Przyznał rozbrajająco szczerze, że kiedyś mądra pani w okienku ZUS poradziła mu, żeby zawsze coś na to konto emerytalne wrzucał. No i on sobie tak zbierał przez lata – raz mniej, raz więcej. Efekt? Szok i niedowierzenie: Buczkowski emeryturę po prostu ma.
To się nazywa rozum i godność człowieka. To zresztą lekcja uniwersalna – eksperci od lat przypominają, że emerytury są niskie i trzeba się do nich przygotować, a nawyk odkładania powinien towarzyszyć nam od początku kariery, niezależnie od zawodu.
Za Buczkowskim stoi jednak całe stado niegdyś niezwykle popularnych gwiazd estrady i ekranu, które dziś kręcą nosem w mediach, że na starość nie mają za co żyć. Ups! Ale na willę pod Warszawą, na stadninę koni, na działkę nad samym morzem i na wystawne, luksusowe życie w przeszłości – na to kasa była.
Podobnie ostro patrzy na to część samego środowiska – Tadeusz Drozda ostro podsumował swoje koleżeństwo po fachu, przypominając, że każdy jest kowalem własnego losu.
Stara, święta zasada ekonomii mówi: jak zarabiasz dobrze, to odłóż, żeby móc wydawać wtedy, kiedy zarabiać przestaniesz. A tu stosy gotówki zostały bezrefleksyjnie przepalone, przeżarte, przepite, wciągnięte nosem i zamienione w finansowe zgliszcza.
Zastrzegam: mówię tu o tych artystach, którzy nieźle zarabiali przez całe życie i jakimś cudem teraz obudzili się z ręką w nocniku. Mnie jako dziennikarzowi nikt do emerytury nie dopłaci. Sam muszę zebrać każdy grosz na starość. Nie czuję się lepszy od artystów, jestem człowiekiem skromnym i pokornym, ale nie biegam do rządu z krzykiem, że państwo ma mi dać, bo przecież jestem taki fajny i piszę teksty. Wstyd by mi było.
Pognieciony płot za 400 tysięcy
Z tymi artystami, którzy dziś są autentycznie źle opłacani, sprawa jest oczywiście inna. Kasa na kulturę w Polsce jest i być powinna. Mecenat państwa to ważna rzecz. Ale ta kasa powinna być mądrze dzielona, tymczasem krew człowieka zalewa, gdy widzi, na co idą publiczne pieniądze.
Oto kilka przykładów rzekomego "wspierania sztuki":
I w tym samym czasie ministra Cienkowska ogłasza, że z pieniędzy podatnika chce dotować tych artystów, którzy zarabiają do 125 procent pensji minimalnej. No przecież szlag może człowieka trafić.
Kto naprawdę zarabia pensję minimalną w Polsce?
Pani minister, czy Pani wie, kto w Polsce zarabia pensję minimalną? To nauczyciele, listonosze, kasjerzy i miliony innych pracowników. A skala podwyżek bywa symboliczna – gdy ogłaszano nową stawkę, związkowcy mówili wprost, że płaca minimalna w 2026 roku to grosze wstydu.
125 procent z tego to ponad 5000 zł. Co dziesiąty pracujący Polak dostaje do ręki właśnie taką bazową kwotę. W mikroprzedsiębiorstwach mediana płac jest równa minimalnej – a że tak właśnie wygląda statystyka, dobitnie pokazuje fakt, że średnia płaca według GUS to mit, za którym kryją się znacznie skromniejsze realne dochody. Tak żyje 1,7 miliona ludzi w Polsce. I im nikt do ZUS-u nie dopłaca. Dlaczego kosztem ludzi zarabiających najmniej mamy tworzyć kolejną kastę uprzywilejowanych?
Zobacz także
Prawdziwa cywilizacyjna pustka
Jedno musi wybrzmieć jasno: nikt artystą być nie musi. Fajnie, że się komuś chce i fajnie, że państwo dba o kulturę. Ale niech to robi z głową, nie wyrzucając pieniędzy w błoto na pogniecione płoty i nie dzieląc ludzi na godnych i niegodnych dopłat do emerytury.
Kultura i sztuka są nam potrzebne. Uwielbiamy filmy, muzykę i książki. Ale jeśli jutro wszyscy polscy artyści ogłoszą strajk i przez miesiąc nie namalują ani jednego obrazu – owszem, świat będzie trochę nudniejszy, ale społeczeństwo bez problemu przetrwa.
Jednak jeśli przez jeden jedyny dzień zastrajkują ludzie, którzy zarabiają pensję minimalną i z których podatków te dopłaty mają być finansowane – jeśli rano nie przyjadą śmieciarki, staną elektrownie, zamkną się piekarnie, a w szpitalach nikt nie zmyje podłogi, nie mówiąc już o podaniu leków – wtedy zobaczycie, czym jest prawdziwa, przerażająca, cywilizacyjna pustka.
Sztuka powinna bronić się sama – jakością, talentem i zainteresowaniem widzów. Jeśli ktoś chce być artystą, musi brać na klatę rynkowe ryzyko, dokładnie tak samo jak hydraulik, piekarz czy dziennikarz ekonomiczny. Przerzucanie kosztów własnego powołania na barki ludzi, którzy mają od tych artystów o wiele cięższą i gorzej płatną pracę, to nie jest mecenat. To jest zwykły, urzędowy brak przyzwoitości.
Wszyscy jesteśmy artystami. Kupujcie berety, idziemy po kasę
Zanim więc ten wadliwy system wejdzie w życie, mam dla was radę: kupujcie berety, ćwiczcie smutne, pełne egzystencjalnego bólu spojrzenia i szykujcie wnioski o status artysty zawodowego. Skoro rząd rozdaje nasze pieniądze, stańmy w tej kolejce jako pierwsi. Po ludzku nam się to należy.
Ja na przykład porzucam tradycyjne dziennikarstwo. Od dziś oficjalnie zajmuję się transmutacją chaosu temporalnego oraz semiotyczną dekonstrukcją fluksów kapitałowych. Będę w tej dziedzinie realizował interdyscyplinarny performance konceptualny o charakterze ciągłym. Moją główną rolą w strukturze społecznej stanie się permanentna, krytyczna filtracja rzeczywistości intersubiektywnej – będę mediatorem między ontologicznym chaosem rynkowym a kognitywną percepcją odbiorcy.
Brzmi dumnie, prawda? Moim zdaniem to wybitne dzieło sztuki nowoczesnej. I powinno mi dodać parę ładnych stówek do emerytury. Widzimy się w ministerstwie, dla mnie czarna bez cukru.
