kierowca taksówki z przyklejonymi wąsami
Wypadek w Ząbkach to wierzchołek góry lodowej. Wsiadam do taxi i oblewa mnie zimny pot Fot. AJR_photo / Shutterstock

Skrzyżowanie równorzędne? Pierwsze słyszę. Choć brzmi to jak ponury żart, tysiące zawodowych kierowców w Polsce wymienia swoje zagraniczne prawa jazdy na polskie dokumenty bez ani jednej minuty egzaminu. Wszystko w majestacie prawa i Konwencji wiedeńskiej z 1968 roku. System, który miał ułatwiać międzynarodowy transport, stał się śmiertelnym zagrożeniem na ulicach naszych miast. Dobitnym przykładem jest wypadek w Ząbkach, z którego film obiegł sieć lotem błyskawicy.

REKLAMA

Nie mam problemu z globalizacją ani imigracją zarobkową. Doskonale rozumiem, że ludzie przyjeżdżający do Polski szukają lepszego życia i imają się różnych zajęć. Fakt, że masowo siadają za kierownicami aut zamawianych przez aplikacje, nikogo już nie dziwi. Polacy emigrujący na Zachód też przez dekady opanowywali konkretne sektory rynku pracy. To ogólnoświatowy trend i naturalna kolej rzeczy, choć dziś część społeczeństwa nie chce o tym pamiętać.

Ostatnio jednak coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że w pogoni za tanimi i szybkimi przejazdami coś w Polsce poszło w bardzo złym kierunku.

Wypadek w Ząbkach – filmik z zapisem koszmaru

Katalizatorem dla tych przemyśleń był tragiczny wypadek w podwarszawskich Ząbkach. Turecki kierowca jednej z popularnych aplikacji wjechał w absurdalnych, wręcz niewytłumaczalnych okolicznościach wprost pod jadący prawidłowo (choć wydaje się, że znacznie za szybko) samochód. Jego pasażerowie zginęli. Widziałem wideo z tego zdarzenia i do dziś żałuję, że kliknąłem "odtwórz".

Nie wiem, dlaczego ten człowiek wykonał tak potworny manewr. Nie mam też pewności, czy gdyby za kierownicą siedział Polak, do tragedii by nie doszło – nasi rodacy też potrafią jeździć w skrajnie niebezpieczny sposób (wystarczy choćby wspomnieć straszliwą śmierć rodziny na A1). Jednak ten wypadek stał się symbolem szerszego, narastającego problemu, o którym dotychczas rozmawialiśmy tylko półgębkiem, zerkając nerwowo na aplikację w telefonie.

Strach na tylnym siedzeniu i braki w znajomości podstawowych przepisów

Jako osoba, która regularnie korzysta z przewozów, coraz częściej przecieram oczy ze zdumienia i czuję, jak na zakrętach skacze mi adrenalina. I nie chodzi tu o paszport kierowcy. Wielu obcokrajowców jeździ nienagannie, ostrożnie i kulturalnie. Niestety, niemal co drugi przejazd przypomina dziś rosyjską ruletkę, w której stawką jest moje zdrowie lub życie.

Niedawno wiózł mnie młody chłopak. Gdy zgubił się na moim osiedlu – pomyślałem: "Luz, każdemu się zdarza". Ale kiedy trzecie z rzędu skrzyżowanie równorzędne pokonał bez choćby ruchu gałek ocznych w prawo i bez zwalniania, poczułem że oblewa mnie zimny pot.

Dla wspólnego bezpieczeństwa postanowiłem przeprowadzić szybki kurs teoretyczny i wyjaśniłem mu ideę zasady prawej ręki. Chłopak był potężnie, autentycznie zaskoczony. On naprawdę nie wiedział, o co mi chodzi. To nie był odosobniony przypadek, przeżyłem już:

  • notoryczne skręcanie z pasa do jazdy na wprost,
  • pokonywanie rond w stylu "pasy na jezdni to tylko dekoracja",
  • gwałtowne hamowanie przed pieszymi w ostatnim ułamku sekundy (jeden z kierowców prawie przejechał kobiecie po palcach stóp).
  • Zacząłem się więc zastanawiać: jak to jest możliwe, że po polskich drogach legalnie, zawodowo jeżdżą ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia o elementarnych zasadach ruchu drogowego?

    Wymiana prawa jazdy w Polsce a Konwencja wiedeńska – biurokracja kontra rzeczywistość

    Odpowiedź okazała się prostsza, niż myślałem – i znacznie bardziej niepokojąca. Brak znajomości polskich przepisów nie jest dla systemu żadną przeszkodą. Wszystko rozbija się o dokumenty i międzynarodowe umowy.

    Kwestię tę reguluje m.in. Konwencja wiedeńska o ruchu drogowym z 1968 roku. Jeśli do Polski przyjeżdża obywatel kraju, który jest jej sygnatariuszem (np. Gruzja, Uzbekistan, Kazachstan czy Tadżykistan), po spędzeniu w Polsce pół roku musi po prostu wymienić swoje rodzime prawo jazdy na polskie. Odbywa się to czysto urzędowo – bez konieczności zdawania jakichkolwiek egzaminów.

    W teorii wszystko brzmi spójnie. W praktyce? System zakłada, że skoro dany kraj podpisał umowę w latach 60., to poziom szkolenia kierowców jest tam zbliżony do europejskiego. Rzeczywistość brutalnie weryfikuje to założenie. Polskie prawo jazdy wydane na podstawie wymiany dokumentu z Tbilisi czy Taszkentu potwierdza jedynie, że kierowca posiadał uprawnienia w swoim kraju. Nie potwierdza natomiast, że potrafi odnaleźć się w gęstym, dynamicznym i specyficznym ruchu drogowym w Warszawie, Krakowie czy Gdańsku.

    Ekonomia zmęczenia i algorytmy aplikacji przewozowych bez duszy

    Byłoby jednak zbyt prosto i niesprawiedliwie zwalić całą winę na brak znajomości przepisów czy inną kulturę jazdy. Prawdziwe źródło tego niebezpieczeństwa leży znacznie głębiej – w bezwzględnej logice korporacyjnych algorytmów i naszej własnej miłości do "taniości".

    Zielone logo na dachu czy kolorowa naklejka na drzwiach to często fasada dla współczesnego, cyfrowego niewolnictwa. Giganci technologiczni w pogoni za zyskiem poszli na absolutną masę. Przejazdy w Polsce są dziś – w porównaniu do zarobków i kosztów życia – śmiesznie tanie. Klient się cieszy, korporacja liczy miliardy z prowizji, a kto ponosi koszty? Kierowca. I pasażer, który ryzykuje swoim bezpieczeństwem.

    Żeby zarobić na czysto jakiekolwiek sensowne pieniądze po opłaceniu prowizji aplikacji, podatków, paliwa i haraczu dla tzw. "partnera flotowego" (który często bezczelnie ich łupi), ci ludzie muszą jeździć ponad ludzkie siły.

    Jeden z nich na forum ujawnił swoje zarobki jako kierowca Ubera i wyszło na to, że aby coś zarobić, trzeba spędzić w aucie nawet 250 godzin miesięcznie. Przypomnijmy: klasyczny, biurowy miesiąc pracy to 160 godzin. Ci ludzie nie dosypiają. Jeżdżą po kilkanaście godzin na dobę, oszukując aplikacje logowaniem się na różne konta. Doskonale rozumieli to sami zainteresowani, gdy niedawno tłumaczyli, dlaczego kierowcy Ubera protestują: chcą pracy z szacunkiem do siebie i stawek, które pozwolą zejść z drogi przed zmęczeniem.

    Czasem, gdy wsiadam na tylną kanapę, nie muszę nawet patrzeć na kierowcę – czuję to nosem. W powietrzu unosi się ten specyficzny, ciężki zapach: mieszanka stęchłego potu, tanich odświeżaczy powietrza, tytoniu i wypitych litrami energetyków. Widzę w lusterku te podkrążone, czerwone oczy, te ciężkie powieki, które opadają w oczekiwaniu na zmianę świateł.

    Przecież taki człowiek, niezależnie od tego, czy pochodzi z Radomia, Gruzji czy Indii, po 14 godzinach za kółkiem ma czas reakcji porównywalny z pijanym kierowcą.

    Firmy technologiczne umywają od tego ręce. Dla nich kierowca to nie pracownik – to "niezależny kontrahent", cyfra w systemie, która ma zrealizować kurs i przynieść prowizję. Jeśli się rozbije? Przyjdzie następny. Kolejka chętnych się nie kończy.

    Polskie prawo jazdy dla kierowców aplikacji – co dalej?

    Nie znam idealnego rozwiązania tego problemu. Trudno wymagać, by państwo polskie nagle zerwało międzynarodowe konwencje. Jednak jako pasażerowie i uczestnicy ruchu drogowego widzimy jedno: obecny system jest chory.

    Wymóg posiadania polskiego prawa jazdy dla kierowców aplikacji, wprowadzony niedawno przez polskie prawo, to krok w dobrą stronę – ukrócił przynajmniej handel kontami. Po wejściu przepisów część obcokrajowców zniknęła z rynku. I coś się stało? Nie ziścił się scenariusz, że Uber i Bolt staną się droższe o 50 procent dla pasażerów.

    Ale to wciąż za mało. Dopóki korporacje będą mogły bezkarnie eksploatować ludzi ponad wszelkie limity, dopóki dumpingowe ceny przejazdów będą ważniejsze niż zdrowie ludzi, dopóty na naszych ulicach będą ginąć pasażerowie. Cenę za ten tani luksus płacimy bowiem my wszyscy – każdego dnia, na każdym skrzyżowaniu, ryzykując życiem dla zaoszczędzenia pięciu złotych na kursie.