
Kilka dni temu PiS-owski kandydat na ewentualnego premiera przedstawił zalążek planu tej partii na wygranie przyszłorocznych wyborów. No i na rządzenie. Zdarłem więc polityczną otoczkę z pomysłów gospodarczych Przemysława Czarnka i oto, co mi wyszło.
Polityka kocha wielkie powroty i jeszcze większe obietnice. Kiedy Prawo i Sprawiedliwość kreśli wizję swojego powrotu do władzy, na stół wjeżdżają propozycje, które na pierwszy rzut oka mają wszystko: troskę o portfele obywateli, wsparcie dla rodzin i dbanie o najstarszych. Diabeł jednak, jak zwykle, nie tylko tkwi w szczegółach – on w tych szczegółach bezczelnie chichocze. Gdy zdejmiemy z najnowszych zapowiedzi grubą warstwę marketingowego lukru, pod spodem zobaczymy starą, dobrze znaną ekonomiczną żonglerkę i ekologiczny dramat.
Nic dziwnego, że obietnice Czarnka trafiły pod lupę ekonomistów, którzy ocenili je jako czystą propagandę, która nie trzyma się kupy – bo gdy przyłożyć do nich kalkulator, część "rewolucji" rozsypuje się w drobny mak.
Drugi próg podatkowy i matematyczny teatr Czarnka
Zacznijmy od hitu, czyli od podatków. PiS proponuje, by drugi próg podatkowy (ten z drapieżną stawką 32 procent) zaczynał się nie od 120 tysięcy złotych rocznie, jak dziś, ale od 180 tysięcy. Z grubsza licząc, wpadną w niego osoby zarabiające od 15 tysięcy miesięcznie w górę, czyli równowartość ponad trzech pensji minimalnych.
To rozsądna propozycja. Zwracaliśmy na to uwagę na łamach InnPoland nieraz, pokazując, że polski system podatkowy to patologia. W dobie inflacji i rosnących kosztów życia to krok po prostu konieczny. Coraz więcej Polaków z klasy średniej łapie się w drugi próg podatkowy przeznaczony pierwotnie dla bogaczy. Kwota graniczna jest dziś zbyt niska, więc pomysł Czarnka jest całkowicie zasadny.
Z jednym zastrzeżeniem: PiS w tej chwili nie mówi, jak zrekompensować ubytek w budżecie. Jak się komuś podatki obniża, to trzeba sięgnąć do innej kieszeni. Rozumiem jednak, że na tym etapie prekampanii takie szczegóły nie są istotne.
Szkoda tylko, że Czarnek już teraz zaczyna czarować i uprawiać marketingowy teatr. Przykład? Narracja o "rewolucyjnym" progu 360 tysięcy złotych dla małżeństw brzmi dumnie, prawda? Brzmi jak luksus. Tyle że prosty rachunek obnaża tę rewolucję: 180 tysięcy razy dwa to dokładnie 360 tysięcy.
Gdzie tu przełom? To zwykła matematyka na poziomie szkoły podstawowej, podana w złotym papierku, która ma wywołać efekt "wow" tam, gdzie jest tylko sucha kalkulacja. To też jasny sygnał: małżeństwa nie dostaną żadnych dodatkowych preferencji. Nic się nie zmienia.
Co ciekawe, Czarnek nie mówi też nic o kwocie wolnej od podatku, czyli o podatnikach z pierwszej grupy. Ci mogą się poczuć tym dotknięci.
Emeryci, kwota wolna i podwójne opodatkowanie świadczeń
Jeszcze ciekawszy fikołek myślowy Czarnek funduje się nam w segmencie senioralnym. Pomysł zwolnienia pracujących emerytów z podatku – z bezpiecznym dla budżetu progiem 2,5 tysiąca złotych miesięcznie – brzmi jak racjonalny kompromis.
Pewną nowością jest, jak mówi kandydat PiS, zwolnienie dorabiających emerytów ze składek rentowych i emerytalnych. Tylko że to właśnie te składki podwyższają emeryturę. Pracujący emeryt nie miałby więc żadnych profitów oprócz gołej dodatkowej pensji. W każdym razie uważam, że to dobrze, iż PiS dostrzegł pewien problem "srebrnej pracy" i chce go naprawić.
Ale dlaczego nikt nie idzie o krok dalej? Prawdziwą odwagą byłoby całkowite zwolnienie z podatku emerytur jako takich. Przecież ci ludzie dostają pieniądze, które już raz w życiu ciężko zarobili i od których podatek dawno odprowadzili!
Co roku zresztą seniorzy dopominają się o zwrot podatku od emerytury, bo PIT pobierany od świadczeń budzi opór. Opodatkowywanie emerytur to klasyczne podwójne strzyżenie tej samej owcy. Szacunkowe dane mówią, że z PIT od emerytów pochodzi około 5 procent wpływów do budżetu. Z jednej strony to niewiele, z drugiej – na tyle dużo, że politycy wolą serwować nam półśrodki ubrane w szaty wielkich reform.
Zobacz także
Wyjście z ETS i energetyczne średniowiecze
O ile dwa pierwsze pomysły są warte dyskusji, o tyle kolejne słowa Czarnka powinny włączyć w naszych głowach alarmowy dzwonek. Prawdziwy festiwal absurdu zaczyna się wtedy, gdy opozycja wkracza na pole energetyki i klimatu. Czarnek postuluje na przykład, żeby Polska po prostu wyszła z unijnego systemu ETS i przestała go płacić.
Ta zapowiedź jest nie tylko niemądra – jest wręcz niebezpieczna. Przypomnijmy fakty, o których politycy tak chętnie zapominają: pieniądze z ETS nie trafiają do Brukseli, ale do budżetu Polski i mają iść na modernizację sieci.
Za czasów PiS zebrało się tego niemal 100 miliardów złotych. Zebrało i... rozpłynęło. Pieniądze, które miały budować zieloną Polskę, poszły na bieżące łatanie dziur i transfery socjalne. Nic dziwnego, że gdy z sondaży bije, iż 70 proc. Polaków chce oddać kasę z UE, ekonomiści łapią się za głowę. Dla naszego własnego dobra powinniśmy trzymać polityków z dala od tych funduszy.
CBAM, OZE i "stabilna" biomasa z palonych lasów
Na dodatek z ETS nie da się wyjść ot tak, a gdybyśmy nawet spróbowali tego partyzanckiego numeru, nasz przemysł zostałby natychmiast zmasakrowany przez unijne cła węglowe (CBAM). Stracilibyśmy rynki zbytu w Europie w zamian za wątpliwy przywilej reanimowania skrajnie przestarzałych elektrowni węglowych.
Doświadczenie pokazuje, że ekipę PiS trzeba trzymać jak najdalej od energetyki odnawialnej, bo z jej zwalczania (pamiętna zasada 10H niszcząca wiatraki) zrobili sobie własną religię. Czarnek wyznał, że jako premier zapewni Polsce dostęp do taniej i "stabilnej" energii z OZE. Historycznie rzecz ujmując, w wykonaniu autorów tych zapowiedzi "stabilne OZE" zbyt często oznaczało po prostu palenie polskich lasów w piecach elektrowni pod szumnym szyldem "biomasy".
Od kwestii środowiskowych ta ekipa powinna trzymać się z daleka, bo na tym polu ich wiarygodność wynosi okrągłe zero.
Atom, którego PiS nie zbudował przez osiem lat
Podobnie zresztą jak z budową elektrowni atomowej. Przez osiem lat swoich rządów zaliczyli gigantyczne, wieloletnie opóźnienia, topiąc miliony w spółkach celowych, które produkowały głównie papierologię i wysokie pensje dla zarządów.
I dzisiaj ci sami ludzie mają czelność piętnować obecny rząd za to, że ten atom w końcu realnie buduje. To jest czysty teatr absurdu.
Czas rozliczać obietnice kalkulatorem, nie emocjami
Polski biznes i polscy podatnicy nie potrzebują dzisiaj opowieści z mchu i paproci ani odgrzewanych kotletów podlanych populistycznym sosem. Potrzebujemy stabilności, przewidywalności i realnych inwestycji w przyszłość, a nie powrotu do przeszłości, w której miliardy na modernizację kraju znikały w czarnej dziurze budżetu.
Czas zacząć rozliczać obietnice za pomocą kalkulatora, a nie politycznych emocji.






