mężczyzna z portfelem w ręku tankujący paliwo do baku samochodu
Dziś ostatni dzień taniego paliwa. Tankować przed północą czy poczekać? Fot. Krzysztof Hepner / Unsplash

To ostatnie godziny taniego tankowania. O północy pakiet "Ceny Paliwa Niżej" przechodzi do historii. Minister Andrzej Domański przypomina, że paliwowy raj był tymczasowy.Teraz kluczowe jest pytanie: tankować do pełna dzisiaj, czy stacje jutro jednak odpuszczą drastyczne podwyżki?

REKLAMA

To już oficjalne: o północy kurtyna opada, polscy kierowcy wracają do rynkowej rzeczywistości. We wtorek 30 czerwca 2026 roku mija ostatni dzień obowiązywania rządowego pakietu "Ceny Paliwa Niżej" (CPN). Od jutra, 1 lipca, ceny maksymalne oraz obniżona do 8 proc. stawka podatku VAT na paliwa bezpowrotnie znikają z pylonów stacji benzynowych. Hm, bezpowrotnie? Prawdopodobieństwo, że władca zza Oceanu odwinie jakiś kolejny numer, ciągle jest spore.

Czy dzisiaj czeka nas szturm na dystrybutory?

Minister finansów i gospodarki Andrzej Domański na antenie Polsat News postawił sprawę jasno: program od początku był pomyślany jako tymczasowy plaster na rany wywołane kryzysem na Bliskim Wschodzie, gdy cena baryłki ropy naftowej szorowała pod sufitem na poziomie 115–116 dolarów. Dzisiaj, gdy globalne rynki się uspokoiły, a baryłka kosztuje około 70 dolarów, czas na powrót do normalności.

Co istotne, rząd wygasza program CPN, ale zostawia sobie asa w rękawienie wyklucza powrotu osłon, jeśli sytuacja na rynkach surowców znów się pogorszy. Zanim jednak pożegnamy benzynę 95 po równe 6,00 zł i diesla po 6,19 zł, warto podliczyć koszty tej trzymiesięcznej imprezy i odpowiedzieć na kluczowe pytanie: czy dzisiaj na stacjach czeka nas paniczny szturm na dystrybutory?

Wielkie liczenie: ile zyskałeś, a ile dołożyłeś?

Pakiet CPN był bez wątpienia największym programem osłonowym dla kierowców w Europie. Obniżona akcyza, ścięty VAT i narzucona odgórnie cena maksymalna uratowały wakacyjne budżety milionów Polaków. Jednak w ekonomii nie ma darmowych obiadów – ani darmowego paliwa. Już wcześniej zwracaliśmy uwagę, że program CPN dzieli ekonomistów. Tańsza benzyna ma cenę, której nie widać na stacji – utrzymanie mechanizmu kosztowało budżet około 1,6 mld zł miesięcznie.

Ostateczny koszt funkcjonowania pakietu CPN szacowany jest na oszałamiające 5 miliardów złotych. Gdy rozbijemy tę gigantyczną kwotę na czynniki pierwsze, otrzymamy fascynujący bilans zysków i strat przeciętnego obywatela. Każdy polski kierowca (jest ich ponad 20 milionów) zaoszczędził średnio ok. 220 złotych dzięki sztucznemu trzymaniu cen za twarz. Z kolei każdy polski obywatel (wliczając w to noworodki, seniorów i osoby, które samochód widzą tylko z okna tramwaju) dorzucił do tego paliwowego prezentu 131 złotych.

Wydaje się, że to podatkowy paradoks: państwo wyjęło nam z jednej kieszeni 131 zł w podatkach ogólnych, by kierowcom włożyć do drugiej 220 zł na stacji. Dla osób zmotoryzowanych rachunek wyszedł na plus, dla nieposiadających auta – był czystym sponsoringiem.

Hm, czyżby? Jest jeszcze druga strona medalu. W Polsce transport opiera się jednak na drogach i ciężarówkach. Jeśli ceny paliwa idą w górę, drożeje dosłownie wszystko. I tego scenariusza udało się w sumie uniknąć. Inflacja nie poszła w górę, ceny nie wzrosły w sposób dramatyczny. A to jednocześnie oznacza, że w naszych kieszeniach zostały pieniądze, które bez pakietu CPN zostałyby dosłownie przepalone.

Co więcej, państwo wcale nie zamierza po prostu zapomnieć o tych wydatkach. Pojawił się nowy podatek dla Orlenu i spółki – tzw. windfall tax ma odzyskać z kont koncernów paliwowych około 4 mld zł.

Wielka niewiadoma: tankować dzisiaj czy poczekać?

Skoro jutro wraca pełny, 23-procentowy VAT, a ceny maksymalne przestają obowiązywać, kierowcy stają przed dylematem: czy stacje od jutra rzucą się na odrabianie zysków z ostatnich trzech miesięcy? Bo przecież i one nieco się do tych niskich cen dołożyły. W sensie: nie zarobiły tyle, ile by chciały.

Eksperci szacują, że średni wzrost cen wyniesie około 30–40 groszy na litrze. Minister Domański przyznaje, że to realna średnia, ale zastrzega, że sytuacja na poszczególnych stacjach będzie skrajnie różna. Są dwa scenariusze, jak zachowają się jutro paliwowi giganci.

Scenariusz A: "zemsta marżowa". Tankuj dzisiaj!

Przez ostatnie miesiące koncerny paliwowe działały pod potężną presją regulacyjną, sprzedając paliwo na granicy opłacalności (lub wręcz poniżej, by zmieścić się w rządowym limicie 6 zł za Pb95). Jutro odzyskają wolność. Istnieje duże ryzyko, że część stacji – zwłaszcza przy autostradach, drogach ekspresowych i w rejonach turystycznych – wykorzysta moment i podniesie ceny o więcej niż wynika to z samego podatku VAT, by szybko podreperować swoje sprawozdania finansowe za drugi kwartał. W tym wariancie dzisiejsze tankowanie do pełna to czysty zysk – na jednym baku zaoszczędzisz około 20–25 złotych.

Scenariusz B: rynkowy hamulec. Stacje odpuszczą

Drugi scenariusz zakłada, że rynkowa konkurencja zadziała jak zimny prysznic. Ropa na świecie jest tania (70 dolarów za baryłkę), a stacje doskonale wiedzą, że Polacy są skrajnie wrażliwi na punkcie cen paliw. Jeśli któraś sieć przesadzi z podwyżką 1 lipca, klienci natychmiast uciekną do konkurencji zza rogu.

Co istotne, sami giganci mają teraz inne zmartwienia – nieprzypadkowo kurs akcji Orlenu spada, bo inwestorzy boją się nowego podatku. Podwyżki będą zatem wprowadzane raczej stopniowo, a stacje będą wolały nie przestraszyć konsumentów na samym starcie wakacji.

Werdykt: co robić we wtorkowe popołudnie?

Drogi kierowco, spójrzmy prawdzie w oczy. Jeśli masz w baku półkę lub rezerwę, stanie dziś w kolejce do dystrybutora ma sens. 40 groszy różnicy na litrze przy zatankowaniu 50-litrowego baku to 20 złotych zostających w twojej kieszeni. Na dobrego gofra nad morzem jak znalazł.

Ale z drugiej strony nie ma sensu ulegać panice i tankować paliwa do plastikowych kanistrów w garażu, bo rewolucji cenowej na poziomie 8 złotych za litr nie będzie – taniejąca ropa naftowa na świecie skutecznie zamortyzuje najgorszy szok. Jednak 1 lipca na pylonach powitają nas ceny z siódemką z przodu. Czas pożegnać paliwowy karnawał i wrócić do rynkowej prozy życia.