
Kiedy kilka miesięcy temu pisałem, że kupowanie warzyw na bazarach stało się rosyjską ruletką, posądzano mnie o niechęć do polskiego rolnika. Teraz nauka i śledztwo "Faktu" przyznają mi rację. Analiza mikrobiologiczna ujawniła w ogórkach z targu gigantyczne skażenie biologiczne i bakterie kałowe. Smacznego?
Kilka miesięcy temu na łamach InnPoland pisałem, że coraz więcej ludzi boi się kupować na targowiskach, bo pojęcie "naturalne" stało się synonimem rosyjskiej ruletki. Skłoniło mnie do tego również osobiste doświadczenie. Moje ogórki "od chłopa" zamiast zamienić się w pyszne małosolne, dostały szalonego ciśnienia, popękały, zaczęły śmierdzieć i niemal rozsadziły słoik. A te nudne, korporacyjne z Lidla udały się idealnie. Te "sztuczne", "marketowe", z założenia gorsze.
Wtedy mogło to brzmieć jak odosobniony przypadek albo nieuzasadniona niechęć do polskiego rolnika. Nie kryłem się zresztą z tym, że nie dziwię się temu, że znikają warzywniaki. Jednak najnowsze, szokujące badanie laboratoryjne przeprowadzone na zlecenie redakcji "Faktu" udowodniło, że ta konsumencka nieufność to nie paranoja. To była intuicja.
12 milionów powodów do niepokoju
Dziennikarze kupili z pozoru piękne, krajowe ogórki gruntowe na jednym z lokalnych targowisk na południu Polski (w cenie 7 zł za kilogram) i oddali je do akredytowanego laboratorium Nuscana. Pod względem chemicznym było nieźle – metale ciężkie na minimalnym poziomie, a jedyny wykryty środek grzybobójczy (azoksystrobina) mieścił się w dopuszczalnych normach prawnych.
Prawdziwy horror zaczął się jednak w momencie, gdy naukowcy przeprowadzili analizę mikrobiologiczną. Wyniki, które zinterpretowała technolożka żywności Joanna Kuśmierczyk (znana w sieci jako "Technolog żywności bez cenzury"), porażają.
Ogólna liczba drobnoustrojów (OLD) wyniosła 12 milionów jednostek tworzących kolonie w jednym gramie produktu (jtk/g), a eksperci mówią bez ogródek o "gigantycznym skażeniu biologicznym".
Pleśnie i drożdże osiągnęły poziom 12 000 jtk na gram, drastycznie zagrażając trwałości jakichkolwiek domowych zapasów. Wykryto też bez najmniejszych wątpliwości bakterie kałowe E. coli. Wiecie, skąd biorą się te bakterie, prawda? Z kupy.
Skąd fekalia i miliony drobnoustrojów na chrupkim ogóreczku prosto z polskiej ziemi? Eksperci stawiają sprawę jasno: to bezpośredni skutek przenawożenia upraw surowym, nieprzefermentowanym obornikiem lub gnojowicą. Mówiąc bez owijania w bawełnę – te rzekomo "zdrowe, bo z bazaru" warzywa dosłownie moczyły się w g*wnie.
Zobacz także
Zagadka wybuchających słoików rozwiązana
To naukowe odkrycie idealnie wyjaśnia fenomen słoików, które zimą niemal eksplodowały w polskich kuchniach. Kiedy pakujemy do weków warzywa zanieczyszczone tak potężną armią dzikich drożdży, pleśni oraz bakterii kałowych, zamiast prawidłowej fermentacji mlekowej fundujemy sobie w słoiku procesy gnilne.
"Ogórki wyjdą kapciowate, miękkie, puste w środku, będą śmierdzieć i staną się toksyczne dla układu pokarmowego" – ostrzega Joanna Kuśmierczyk. Dokładnie to stało się z przetworami wielu Polaków, którzy dali się nabrać na marketingowe, wypisywane kredą na tekturkach hasła "bez chemii" czy "z własnego gospodarstwa".
Warto przy tym pamiętać, że problem nie omija też sklepów – Sanepid niedawno ostrzegał przed produktami z Biedronki, skażonymi bakterią, która może wywołać zapalenie opon mózgowych. Ale tam przynajmniej istnieje system, który taki towar wychwytuje i wycofuje.
Korporacyjny rygor kontra bazarowe zaufanie
I tu dochodzimy do brutalnej prawdy o współczesnym rynku żywności. Wielkie sieci handlowe i dyskonty budzą u miejskich aktywistów skojarzenia z niszczeniem lokalnego handlu. Ale to właśnie te korporacje, ze strachu przed gigantycznymi wpadkami wizerunkowymi i finansowymi, badają, testują i narzucają swoim dostawcom normy o wiele ostrzejsze, niż wymagają tego ogólne przepisy prawne.
Widać to było, gdy sprawdzaliśmy, czy warto kupować ekologiczne warzywa z Lidla – sieć deklaruje ponad 6 tysięcy badań rocznie i dopuszcza pozostałości pestycydów na poziomie zaledwie jednej trzeciej unijnej normy.
Co więcej, markety dysponują czymś, co na bazarach i w osiedlowych warzywniakach jest czystą abstrakcją: ściśle kontrolowanym systemem dostaw, chłodni i magazynowania. Żywność tam dłużej zachowuje świeżość i trudniej się psuje.
Na targu? Towar leży całymi dniami na słońcu, kurzy się od miejskich spalin, a kontrole Sanepidu są tam legendarne, bo występują niezwykle rzadko i wyrywkowo. Kupujesz wyłącznie na słowo honoru sprzedawcy. Trzeba też uczciwie dodać, że w sieciach nie brakuje warzyw z importu i chemii – jak pokazywał choćby test, w którym wykryto pestycydy na importowanych pomidorach.
Jak przeżyć zakupy na targu? Instrukcja sterylizacji warzyw z bazaru
Jeżeli mimo wszystko nie chcecie rezygnować z zakupów na bazarach, musicie zapomnieć o tradycyjnym, szybkim płukaniu warzyw pod kranem. Zimna woda nie zmyje milionów bakterii kałowych i tłustej powłoki. Ekspertka "Faktu" zaleca bezwzględne stosowanie dwuetapowego mycia.
Etap kwaśny (na E. coli)
Moczenie ogórków przez 3–5 minut w roztworze przygotowanym z litra wody i pół szklanki octu (lub dwóch łyżek kwasku cytrynowego). Kwaśny odczyn sterylizuje skórkę.
Etap zasadowy (na pestycydy)
Przełożenie warzyw na 2–3 minuty do czystej wody z dodatkiem czubatej łyżki sody oczyszczonej, która rozbije cząsteczki chemii grzybobójczej. Na koniec dokładne opłukanie pod bieżącą wodą i mocne wyszorowanie szczoteczką.
Dobra rada: czasy, kiedy można było niemal bez mycia jeść owoce i warzywa prosto z krzaka, minęły. Ostrożność to dziś podstawa. Szczególnie mocno uważajmy na dzieci. Żołądek i organizm osoby dorosłej lepiej poradzi sobie z zatruciem niż dziecięcy.
Odbudować zaufanie do polskiego rolnika
Polscy rolnicy i producenci zwykle są pierwsi do protestów i żądania państwowych dopłat, ale wciąż fatalnie rozmawiają o wspólnym podnoszenia jakości, certyfikacji i bezpieczeństwie swoich upraw.
Czas najwyższy skończyć z rolniczą partyzantką i mitologizowaniem bazarów. Jeśli tradycyjne targowiska mają przetrwać w starciu z dyskontami, potrzebują pilnego, systemowego wdrożenia znaków jakości i realnych, powtarzalnych kontroli laboratoryjnych. W przeciwnym razie klienci całkowicie zaryglują się w marketach – nie z braku lokalnego patriotyzmu, ale ze zwykłego strachu o zdrowie swoich rodzin i jakość zimowych weków.
Źródło: Fakt.pl






