
Rok 2026 przyniesie nam solidny szczyt inwestycyjny napędzany miliardami z Krajowego Planu Odbudowy, ale kolejne lata mogą przynieść spore ochłodzenie. Czeka nas gospodarczy rollercoaster do 2028 roku. NBP przewiduje przełom w inflacji i wygasanie unijnych miliardów. Eksperci już teraz ostrzegają przed nowym unijnym podatkiem od emisji, który ma uderzyć w 2028 roku.
Narodowy Bank Polski opublikował swój najważniejszy dokument ekonomiczny – lipcowy "Raport o inflacji". Przetłumaczyliśmy ten skomplikowany, pełen trudnych pojęć język bankierów centralnych na prosty i zrozumiały dla każdego przekaz. Z raportu wynika jedna główna prawda: to, ile pieniędzy zostaje nam w portfelach po zakupach i ile zarabiamy, zależy dziś w ogromnym stopniu od wielkiej światowej polityki i konfliktów zbrojnych.
Rakiety, cła i nasze portfele. Co naprawdę nas czeka?
Najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego nie pozostawia złudzeń. Choć nasza gospodarka trzyma się mocno, globalne zawirowania – w tym konflikt zbrojny USA i Izraela z Iranem oraz twarde decyzje handlowe Waszyngtonu – bezpośrednio wpływają na to, ile płacimy na stacjach paliw. Wyjaśniamy prostym językiem, jak światowe kryzysy przełożą się na drożyznę w sklepach i tempo, w jakim będą rosły nasze pensje.
Bliski Wschód i Waszyngton, czyli skąd to całe zamieszanie?
Głównym powodem zawirowań w polskiej gospodarce w ostatnich miesiącach był tak zwany zewnętrzny szok podażowy, czyli wydarzenia na świecie, na które jako kraj nie mamy żadnego wpływu.
Kluczowe okazały się dwa czynniki:
Te światowe kryzysy uderzyły rykoszetem w banki centralne. Przestraszone rosnącą inflacją instytucje na świecie przestały obniżać stopy procentowe, a niektóre wręcz zaczęły je podnosić. W Polsce Rada Polityki Pieniężnej w marcu zdecydowała się na jedną obniżkę (do poziomu 3,75 proc.), ale po wybuchu wojny w Zatoce Perskiej natychmiast zablokowała kolejne cięcia i od kwietnia do lipca trzyma stopy na niezmiennym poziomie, aby nie dopuścić do ponownego rozszalałego wzrostu cen.
Co z cenami w sklepach i na stacjach?
Przez paliwowe zawirowania na świecie, inflacja w Polsce (czyli średnie tempo wzrostu cen) skoczyła z bardzo dobrego poziomu 2,1 proc. na początku roku do 3,1 proc. w maju. W czerwcu, według szybkich szacunków, spadła do 2,5 proc., ponieważ ceny surowców na świecie na moment odetchnęły, a w dół poszły też ceny żywności.
Przed potężną drożyzną na stacjach uratował nas głównie rządowy program ochronny o nazwie "Ceny Paliw Niżej" (CPN), w ramach którego obniżono akcyzę i podatek VAT na benzynę oraz olej napędowy.
Eksperci NBP zauważają jednak, że te ulgi podatkowe powoli wygasają, co oznacza, że w drugiej połowie roku ceny energii i paliw znowu mogą pójść w górę. Jak wyglądają oficjalne prognozy NBP dotyczące inflacji na najbliższe lata?
Zobacz także
Koniec ery szalonych podwyżek. Co z naszymi zarobkami?
Jeżeli czekacie na spektakularne podwyżki pensji, to lipcowy raport przynosi kubeł zimnej wody. Era dawania podwyżek na oślep i licytowania się o pracownika właśnie dobiega końca.
Wzrost naszych wynagrodzeń wyraźnie i oficjalnie spowolnił. Jeszcze pod koniec ubiegłego roku średnie krajowe pensje rosły w tempie 8,5 proc. rocznie. Na początku tego roku ta dynamika spadła do 6,7 proc. (a w samych firmach nawet do 6,2 proc.). Jeśli odejmiemy od tego inflację, okaże się, że nasze realne zarobki (czyli to, ile faktycznie możemy za nie kupić) wzrosły o przyzwoite, ale niespektakularne 4,3 proc.
Dlaczego szefowie nie chcą już tak chętnie podnosić pensji? Z badań ankietowych NBP wynika, że przedsiębiorcy mierzą się z niepewnością i zbyt wysokimi kosztami prowadzenia działalności. Co więcej, w sektorze przedsiębiorstw wciąż notuje się spadek zatrudnienia. Większość firm nie planuje tworzenia nowych etatów, bo brakuje im nowych zamówień.
Mimo to bezrobocie w Polsce nam nie grozi i utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie (ok. 3,1 proc. według badań europejskich). Lukę po brakujących pracownikach w wielu branżach idealnie uzupełniają cudzoziemcy – z danych wynika, że w ZUS ubezpieczonych jest już ponad 1,3 miliona obcokrajowców (głównie obywateli Ukrainy i Białorusi).
Gospodarka: unijny zastrzyk, potem ochłodzenie
Ogólna kondycja gospodarcza Polski (czyli PKB) jest stabilna, ale jej tempo zaczyna delikatnie falować. W ubiegłym roku nasza gospodarka rosła w tempie ponad 4 proc., na początku tego roku spowolniła do 3,5 proc.
Prognoza na cały obecny rok jest jednak bardzo optymistyczna: polska gospodarka ma urosnąć o 3,7 proc. Ten świetny wynik zawdzięczamy ogromnej kulminacji unijnych dotacji, w tym masowemu napływowi miliardów z Krajowego Programu Odbudowy (KPO). Państwo inwestuje na potęgę w transformację energetyczną, obronność i wielkie projekty infrastrukturalne (koleje, lotniska).
Problem pojawi się w latach 2027–2028. Wtedy unijne kurki z pieniędzmi zaczną powoli wysychać, a inwestycje wyhamują. W efekcie wzrost gospodarczy Polski spadnie do średniego poziomu 2,9 proc. Dodatkowo negatywnie na nasz eksport wpływać będzie permanentna słabość gospodarcza Niemiec, które są naszym głównym partnerem handlowym, a które bardzo ciężko znoszą kryzys paliwowy na świecie.
Mówiąc najprościej: przed nami stabilne, ale znacznie spokojniejsze lata, w których zamiast na konsumpcyjne szaleństwo, będziemy musieli postawić na mądre i oszczędne zarządzanie domowymi budżetami.






