
Widok Adama Gesslera prężącego się z uśmiechem w mediach społecznościowych potrafi podnieść ciśnienie każdemu, kto uczciwie płaci podatki. Każdy rachunek zapłacony w lokalu powiązanym z jego nazwiskiem to bezpośrednie dotowanie człowieka, który bezkarnie rżnie na kasie państwo, samorządy i własnych współpracowników.
Myślałem, że źle widzę. Ale nie. Pewnego dnia na moim Facebooku pojawiły się wpisy dotyczące jakiegoś nowego przedsięwzięcia Adama Gesslera. Pomyślałem: jak to możliwe? Przecież facet w biznesie powinien być kompletnie spalony.
Patrzę dalej: Gessler wita się z Januszem Palikotem, kolejnym człowiekiem, który nie ma pieniędzy, tylko długi. Ale jakimś cudem i Palikot, i Gessler wyglądają na zadowolonych i zamożnych, uśmiechniętych i najedzonych.
O ile o biznesowych manewrach Janusza Palikota powiedziano już niemal wszystko, o tyle bezczelność najstarszego przedstawiciela klanu Gesslerów wciąż szokuje i budzi głębokie oburzenie. Co robią w sieci świeżutkie, nowiutkie klipy z Gesslerem, przechadzającym się po restauracji, polecającym lokale i produkty sygnowane jego nazwiskiem? Nazwiskiem, które w biznesie powinno być spalone na lata, bo Gessler nie ma żadnej biznesowej wiarygodności. Już wiele lat temu w firmach dostarczających produkty dla gastronomii wisiały kartki, że dla Gesslera tylko za gotówkę.
Adam Gessler. Restaurator, celebryta i… wieczny dłużnik
Skąd zła reputacja Adama Gesslera? Nie płacił ludziom, nie płacił dostawcom, nie płacił za wynajem. Nie płacił firmom ochroniarskim, "zapominał" płacić raty za nieruchomości. Dostał wyrok za niszczenie zabytkowych wnętrz, "zapominał", że nie można sprzedawać alkoholu bez koncesji i że nie można sprzedawać alkoholu bez akcyzy. Nie płacił podatków, nie płacił za prąd i media. Dostał też zakaz (niestety ledwie 5-letni) prowadzenia działalności gospodarczej.
Facet położył mnóstwo biznesów, zostawiając za sobą tylko ludzi bez pieniędzy. I nie zrozumcie mnie źle: to, że się komuś nie uda w biznesie, to nie jest powód do wstydu i piętnowania. W Stanach Zjednoczonych porażka w interesach jest wręcz szanowana, bo to dobra okazja do nauki. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś wyciągnie wnioski z niepowodzenia. Czy Gessler je wyciąga? Cóż, mam tu pewne wątpliwości, bo jego zabawa w kotka i myszkę trwa nieprzerwanie od dekad.
Adam Gessler to najstarszy chyba dziś przedstawiciel klanu Gesslerów. Przez lata prowadził interesy ze swoim nieżyjącym (zmarł w 2021 roku) już bratem Piotrem. Piotr na ogół pozostawał w cieniu, ale to on był mężem słynnej dziś Magdy Gessler (siostry polityka i działacza Piotra Ikonowicza). Ona sama z Adamem Gesslerem nie ma wiele wspólnego. Państwo raczej za sobą nie przepadają.
Miliony długu wobec Warszawy i narracja ofiary
Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach jest w Polsce biznesmen równie butny i bezczelny. Gessler to facet, który tylko miastu Warszawa winny jest kilkadziesiąt milionów złotych (większość to odsetki, które rosły w ekspresowym tempie, bo Gessler bardzo szybko rezygnował z płacenia czynszu). On sam twierdzi, że to miasto jest winne pieniądze jemu, bo odebrało mu kiedyś lokal, który za ciężkie pieniądze wyremontował i przerobił. W tym sporze Gessler przedstawia się jako ofiara.
Ale opowiadana przez niego burzliwa historia ma wiele braków i rodzi sporo pytań. Restaurator twierdzi, że miasto nie rozliczyło się za remont w Pałacu Błękitnym (Zamojskich). Ale jak to możliwe, że facet przeprowadził kosztowny ponoć remont w lokalu, który do niego nie należał, a na dodatek bez zgody miasta?
Gessler twierdzi, że tracił mnóstwo pieniędzy przez to, że miasto rzucało mu kłody pod nogi: nie pozwalało otworzyć ogródka i sprzedawać alkoholu na Starówce. Ale przez te kilkanaście lat nie porzucił tego interesu. Ba! Trzymał się go kurczowo. No i nie płacił za lokal.
Na swojej stronie Adam Gessler publikuje list, jaki miał wysłać w 2007 roku do zastępcy prezydenta Warszawy. Publikacja to ciekawa, retorycznie sprawna, ale kulejąca na poziomie podstawowych faktów. Zawiera mnóstwo elementów, które – mówiąc krótko – nie trzymają się kupy. Zresztą już lata temu urzędnicy odpowiadali: Gessler nie jest niewinną ofiarą, bo nigdy nie dowiódł swoich racji przed sądem.
Ruina czy żyła złota? Sprzeczności, które się nie kleją
Restaurator maluje obraz miasta jako podstępnego partnera, który wynajął mu kompletne ruiny w Rynku Starego Miasta, nie wywiązał się z dostarczenia sprawnych mediów, instalacji i odpowiedniego stanu technicznego budynku, przez co jego biznes od początku miał pod górkę. Cóż, jeśli racjonalny przedsiębiorca podpisuje umowę najmu, a druga strona drastycznie łamie jej warunki (oddaje lokal niezdatny do użytku), to umowę się zrywa, a miasto skarży o odszkodowanie.
Gessler tymczasem przez długie lata prowadził tam jedne z najbardziej obleganych i najbardziej zyskownych restauracji w Warszawie, goszcząc elity polityczne i kulturalne. Nie da się jednocześnie twierdzić, że lokal był bezużyteczną ruiną uniemożliwiającą normalną pracę, i przez dekadę czerpać z niego ogromnych profitów. Albo – albo.
Gessler podkreśla, że zainwestował gigantyczne, prywatne miliony w renowację zabytkowych kamienic, podnosząc wartość majątku Warszawy, więc miasto powinno mu te nakłady zaliczyć na poczet czynszu (a wręcz, że to miasto jest mu dłużne). Hm, to ciekawe. Bardzo ciekawe.
Aby rozliczyć remont w czynszu, potrzebna jest bowiem uprzednia, pisemna zgoda właściciela (czyli miasta) na konkretny zakres prac i określoną kwotę. Nie można bez żadnego trybu wejść do cudzego lokalu, zrobić remontu według własnego uznania (choćby najpiękniejszego), a potem przyjść do właściciela i powiedzieć: "Wyceniam swoje prace na 20 milionów, więc przez najbliższe 15 lat nie płacę wam ani grosza".
Brak zgody miasta na takie rozliczenie to nie "złośliwość urzędników", tylko trzymanie się przepisów o dyscyplinie finansów publicznych.
Zobacz także
Adam Gessler kontra Warszawa. "Spór" zamknięty prawomocnym wyrokiem
Gessler sugeruje, że sprawa jest "otwartym sporem", nieporozumieniem interpretacyjnym i batalią, w której racje są podzielone po równo, a urzędnicy bezprawnie nasyłają na niego komorników. To brak logiki. Słowo "spór" ma rację bytu przed ogłoszeniem wyroku. Tymczasem sprawa zadłużenia Adama Gesslera przeszła przez pełną ścieżkę sądową i skończyła się prawomocnymi i ostatecznymi wyrokami nakazującymi zapłatę.
Z punktu widzenia państwa prawa dyskusja o tym, kto ma rację, jest już zamknięta. Ignorowanie wyroków sądów cywilnych i kreowanie się na ofiarę nagonki to klasyczne odwracanie kota ogonem.
A z innych źródeł wiemy, że nasz dumny restaurator po prostu miga się od odpowiedzialności. Formalnie Adam Gessler nie ma żadnego majątku, z którego można ściągnąć choćby złotówkę. Wszystkie jego restauracje, marki i biznesy były (i są) rejestrowane na spółki celowe, żonę, synów czy innych członków rodziny. Facet teoretycznie jest bezdomny i zarabia tyle, że nie ma mu z czego zabierać.
Ten sam mechanizm znamy z innych głośnych spraw – choćby wtedy, gdy zatrzymano Michała Sapotę z HRE Investments, firmy wcześniej już karanej, gdzie ryzyko przerzucono na inwestorów kupujących udziały w spółkach celowych.
Adam Gessler płacił tylko wtedy, gdy odbierano mu klucze
Adam Gessler nie jest ofiarą. Miasto nie zaczęło nasyłać komorników na sprawnie działający biznes, żeby go zniszczyć. Egzekucje i próby usunięcia restauratora z lokali były skutkiem tego, że przez całe lata czynsz nie wpływał na konta ZGN (Zakładu Gospodarowania Nieruchomościami).
Oczekiwanie, że wierzyciel pozwoli dłużnikowi bezpłatnie korzystać z lokalu przez kolejne dekady w nadziei, że ten "kiedyś zacznie spłacać", stoi w sprzeczności z jakąkolwiek logiką biznesową. Ba, on nawet jak miał należność rozłożoną na raty, to nie płacił. Takich przypadków było sporo.
Zresztą argumenty Gesslera są śmieszne, bo dobrze wiemy, że komornicy ścigają go nie tylko na zlecenie miasta. Ze sprzedaży domu Gesslera za 4 mln zł Warszawa odzyskała tylko milion, bo okazało się, że wierzycieli jest mnóstwo. Tu nie płacił za ochronę nieruchomości, tam nie chciał zapłacić za wynajem, tu "zapomniał" o podatkach, tam o racie za nieruchomość.
Nic dziwnego, że eksperci przypominają, jak wygląda obrona przed windykatorem i komornikiem oraz kiedy dług się przedawnia – bo Gessler wykorzystywał każdą proceduralną furtkę, by tylko komuś nie zapłacić. Jeśli wgryźć się w temat, można się przerazić: nie wiem, czy ktokolwiek wyszedł dobrze na interesach z Gesslerem oprócz niego samego.
Do dziś na przykład nie wiadomo, gdzie się podziała kolekcja dzieł sztuki, którą Gessler "wyprowadził" z przejętego siłą lokalu galerii. Facet nie chciał nawet zapłacić za wynajęcie fortepianu z filharmonii! Zdesperowana filharmonia dała nawet ogłoszenie do prasy ostrzegające przed kupnem fortepianu, który – jak podejrzewała – Gessler może zechcieć sprzedać.
Rozumiecie? Znany restaurator, elegancki i elokwentny pan, wypożyczył z filharmonii fortepian i nie dość, że za niego nie płacił, to jeszcze odmawiał zwrotu…
Kto stołuje się u Gesslera, ten dotuje cynizm
To, czy Adam Gessler zna się na jedzeniu i potrafi stworzyć klimatyczne miejsce, nie ma dziś najmniejszego znaczenia. To człowiek, który od lat bezkarnie oszukuje Państwo polskie, samorządy oraz swoich bezpośrednich współpracowników.
Z historii jego procesów wynika jeden, wyjątkowo obrzydliwy wniosek: Gessler płacił swoje zobowiązania tylko w dwóch przypadkach – gdy groziło mu więzienie lub gdy fizycznie odbierano mu klucze do lokali. Podobną drogą podąża zresztą jego nowy kompan: Palikot mówił InnPoland, że "chce mu się płakać", bo licytacja go zdruzgotała, a przecież długi należą do firmy, a nie do niego.
Dlatego widok eleganckiego starszego pana, który na Facebooku z uśmiechem zaprasza do kolejnych nowych lokali firmowanych swoim nazwiskiem, powinien budzić w nas czyste, konsumenckie oburzenie. Stołowanie się w miejscach powiązanych z Adamem Gesslerem to nie jest wspieranie polskiej gastronomii – to bezpośrednie dotowanie wyrachowanego cynizmu i finansowej partyzantki, która od dekad żeruje na uczciwych obywateli płacących podatki. Omijanie tych restauracji szerokim łukiem to po prostu kwestia elementarnej przyzwoitości.






