kierowca przewozów na aplikację
Jeżdżące trumny i kierowcy-widma. Mroczny sekret tanich przejazdów w Warszawie Fot. Paul Hanaoka / Unsplash / Montaż: InnPoland.pl

Zamawiasz przejazd, wsiadasz do auta i myślisz, że bezpiecznie wrócisz do domu? Błąd. Połowa kierowców łamie przepisy, co trzeci jeździ złomem, a co dziesiąty w ogóle nie ma prawa jazdy. Warszawska drogówka skontrolowała zaledwie 200 aut na aplikację i odkryła patologię na niespotykaną skalę.

REKLAMA

Ponad 10 procent szoferów bez uprawnień lub z fałszywym prawkiem. Prawie 30 procent aut w stanie technicznym, który zagraża życiu. Do tego za kółkiem poszukiwani przestępcy i pijani kierowcy. Tak wyglądają "bezpieczne przewozy" w stolicy, gdy tylko policja postanowi wziąć je pod lupę. Ten raport to nie jest ostrzeżenie. To jest alarm, po którym policja powinna zatrzymywać każdą taksówkę z aplikacją.

Rosyjska ruletka na aplikację. My do tych aut wsiadamy codziennie

Straż Graniczna, policja i pracownicy ratusza zrobili w lipcu mały rajd po warszawskich ulicach. Skontrolowali ledwie 200 aut przewożących ludzi. Efekt? Masowe odbieranie dowodów rejestracyjnych, prawa jazdy z drukarki i wnioski o deportację. Jeśli tak wygląda "próbka" badawcza, to aż strach pomyśleć, co dzieje się na ulicach każdego dnia.

Wyobraźcie sobie prostą sytuację. Jest wieczór, wracacie ze spotkania, wyciągacie telefon i klikacie "zamów przejazd". Na mapce pojawia się samochodzik, po pięciu minutach podjeżdża pod wasze nogi. Wsiadacie do środka z przekonaniem, że za chwilę bezpiecznie znajdziecie się w domu. Jesteście pewni, że wielka korporacja technologiczna sprawdziła człowieka, któremu właśnie powierzacie swoje życie, prawda?

Błąd. Jesteście naiwni jak dzieci. Wsiadając do tego auta, właśnie zaczęliście grać w drogową rosyjską ruletkę, a w bębnie wcale nie ma tylko jednej kuli.

Akcja "Bezpieczne przewozy" obnażyła skalę patologii

Warszawska drogówka pochwaliła się wynikami lipcowej akcji o kryptonimie "Bezpieczne przewozy". Policjanci, wspierani przez Straż Graniczną, skontrolowali nieco ponad 200 kierowców świadczących usługi przez popularne aplikacje. Zaledwie dwieście aut w dwumilionowej metropolii. Promil tego, co jeździ po stolicy każdej doby.

I wiecie co? Włosy stają dęba na głowie. Te dane są absolutnie porażające. To nie jest raport o drobnych uchybieniach. To jest obraz patologii wywalonej na całkowity rympał. Zdejmijmy z tego urzędową nowomowę i policzmy.

Co dziesiąty kierowca na aplikację to oszust bez prawka

Z 200 skontrolowanych kierowców tanich przewozów aż 22 w ogóle nie miało uprawnień do kierowania pojazdami, a kolejnych czterech posługiwało się prawem jazdy wydrukowanym chyba w punkcie ksero (fałszywki).

Zatrzymajmy się przy tym. 26 osób na 200 to jest równe 13 procent. Ponad co dziesiąty kierowca, do którego auta wsiadacie, nie ma prawa do prowadzenia samochodu! Powierzacie swoje życie człowiekowi, który równie dobrze mógł uczyć się jeździć na konsoli PlayStation. Jak to możliwe, że algorytmy wielkich firm, wycenianych na miliardy dolarów, dopuszczają do systemu ludzi bez elementarnych uprawnień?

Dokumenty widma. Od fałszywek po papiery z nieistniejącego państwa

Przepisy miały ukrócić tę patologię już dawno – od 17 czerwca 2024 roku kierowca musi mieć polskie prawo jazdy właśnie po to, by policjant mógł jednym kliknięciem sprawdzić jego uprawnienia w krajowej bazie.

Jak widać część rynku po prostu ominęła ten wymóg szerokim łukiem. Ciekawy przypadem miał miejsce rok temu: podczas kontroli policji kierowca okazał prawo jazdy z ZSRR – dokument wydany przez państwo, które przestało istnieć w 1991 roku.

Jeżdżące trumny, czyli stan techniczny aut na aplikację

Myślicie, że chociaż samochody są bezpieczne? Nic z tych rzeczy. Na te 200 skontrolowanych aut policja zatrzymała 59 dowodów rejestracyjnych, a 19 pojazdów trzeba było odholować na lawetach, bo nie nadawały się do dalszej jazdy.

Prawie 30 procent – co trzecie auto na aplikację! – to techniczny złom, który nie ma prawa poruszać się po drogach publicznych, a co dopiero świadczyć usługi przewozu osób. Łyse opony, niesprawne hamulce, wycięte DPF-y, choinka błędów na desce rozdzielczej. Płacicie za usługę transportową, a dostajecie przejażdżkę w pędzącej, rozklekotanej trumnie.

Mam zresztą taki mały prywatny sport. Jak wsiadam do tzw. przewozu na aplikację, to rzucam okiem na deskę rozdzielczą. W przynajmniej połowie aut świeci się kontrolka "check engine", czyli coś, co u normalnego kierowcy powoduje stan przedzawałowy. A kierowcy tzw. przejazdów robią z nią setki, jeśli nie tysiące kilometrów. Oczywiście nie wszyscy, wielu z nich ma sprawne auta i są profesjonalni. Ale jak pokazała akcja służb, znaczna część z nich nie powinna w ogóle wsiadać za kierownicę.

Poszukiwani, pijani, do deportacji

Żeby dopełnić tego koszmaru, spójrzmy na resztę towarzystwa. Wśród tej elitarnej dwusetki znalazło się dwóch pijanych (którzy, przypominam, byli akurat w pracy i wozili ludzi). Znaleziono też trzech poszukiwanych listami gończymi oraz pięciu obcokrajowców, wobec których natychmiast wszczęto procedurę deportacyjną, bo przebywali tu nielegalnie. Summa summarum – policja wlepiła 112 mandatów. Ponad połowa skontrolowanych kierowców złamała prawo.

Państwo próbowało to okiełznać już kilka lat temu, kiedy zapowiedziano kary dla Bolta i Ubera sięgające miliona złotych za brak osobistej weryfikacji kierowców. Papier przyjął wszystko. Lipcowa akcja pokazuje, ile z tego zostało w praktyce.

To jest granda i plucie w twarz każdemu uczciwemu uczestnikowi ruchu drogowego, który dba o przeglądy, płaci gigantyczne OC i robi legalne prawo jazdy. Jeśli kontrola marnej próby 200 samochodów w jednym miesiącu daje tak koszmarne wyniki, to aż strach pomyśleć, ilu kryminalistów, ilu pijanych i ilu ludzi bez prawa jazdy wozi nas gruchotami właśnie teraz, w tej chwili, po ulicach Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy Poznania.

To nie może być tylko wakacyjna akcja "Bezpieczne przewozy" zrobiona pod publiczkę i statystyki. Policja powinna te samochody trzepać bez litości. Dzień w dzień, noc w noc, na każdym rogu. Pewnie ktoś pomyśli: a co z tymi pełnoprawnymi kierowcami w zadbanych i sprawnych autach?

Cóż, przypuszczam, że większość z nich podeszłaby do tego spokojnie. Pozbyliby się dość szybko ludzi, którzy zwyczajnie psują im rynek. Bo dziś wzywając auto kompletnie nie mam pojęcia, kto przyjedzie i jakim autem. Może będzie to pan Oleg, sympatyczny gość w czystym aucie, z którym lubimy sobie pogadać o dzieciach i polityce. A może ponury pan w brzydko pachnącym wozie, który nie zna lub olewa przepisy? Ruletka.

Ceny kursów kontra bezpieczeństwo pasażera

Wiem, jaki argument padnie: że po każdym zaostrzeniu przepisów będzie drożej i dłużej. Owszem – już przy poprzedniej nowelizacji eksperci wieszczyli, że Uber i Bolt droższy o 50 procent to cena za wymóg polskich uprawnień. Podobnie było, gdy malała liczba taksówkarzy w Polsce, a popyt zostawał na tym samym poziomie. Tyle że tanio i szybko nie może oznaczać: bez hamulców i bez prawka.

Ale uważam, że skoro same korporacje mają problem z weryfikacją swoich "partnerów" i puszczają na miasto bandę ludzi bez uprawnień w złomie zagrażającym życiu, to państwo musi wejść tam z buta. Skoro statystycznie co trzecie auto to grat, a w co dziesiątym siedzi przebieraniec bez prawka, to każdy taki samochód powinien być traktowany przez służby jak obiekt podwyższonego ryzyka.