Jarosław Kaczyński, Mariusz Błaszczak i Przemysław Czarnek na tle dymiącego komina
Przeczytałem najnowszą, gorącą ustawę PiS. Głupota i pseudonauka skąpane w absurdzie Fot. Chris LeBoutillier / Unsplash / PiS / Montaż: InnPoland.pl

Projekt ustawy podpisany przez posłów Prawa i Sprawiedliwości miał być nokautującym ciosem w unijny system handlu emisjami EU ETS. A czym naprawdę jest? Historycznym, spektakularnym pokazem niekompetencji, pseudonaukowych teorii spiskowych i błędów w odejmowaniu z poziomu drugiej klasy szkoły podstawowej.

REKLAMA

Posłowie opozycji postanowili napisać ustawę "wyciągającą Polskę z systemu ETS" i stworzyli dokument, który przejdzie do historii. Ale nie z powodu jego wagi, lecz zawartych w nim bzdur. Autorzy powołują się denialistyczne think tanki finansowane przez koncerny naftowe i gubią zera w prostej matematyce, przez co miliony stają się miliardami. Albo odwrotnie. W sumie wszystko jedno, prawda?

Ekspert od silników, wulkany i mylenie milionów z miliardami

Kiedy do laski marszałkowskiej trafia poselski projekt ustawy podpisany przez najważniejszych polityków opozycji – z Mariuszem Błaszczakiem, Przemysławem Czarnkiem, Jarosławem Kaczyńskim i reprezentującym wnioskodawców Jackiem Sasinem na czele – należy spodziewać się przemyślanej manifestacji programowej. Projekt ustawy o uchyleniu ustaw dotyczących systemu zarządzania emisjami i handlu uprawnieniami EU ETS miał być wotum nieufności wobec unijnej polityki klimatycznej.

Jednak lektura tego 44-stronicowego dokumentu nie wywołuje grozy. Wywołuje opad szczęki oraz rąk i śmiech. To prawdopodobnie najbardziej kompromitujący, dziurawy i przepełniony pseudonauką dokument, jaki trafił do polskiego Sejmu w tej dekadzie. A musicie wiedzieć, że projektów ustaw widziałem w życiu wiele. Ten jest jednym z najbardziej tragikomicznych.

Zapowiedzi projektu znamy od dawna. Już wcześniej zdradził go Przemysław Czarnek – razem z Kaczyńskim stwierdzili, że wyjście z ETS miałoby obniżyć ceny prądu w Polsce nawet o połowę. Teraz mamy przed sobą papierową wersję tej obietnicy.

Kogo cytują autorzy projektu?

Politycy PiS lansują tezę, że człowiek nie ma żadnego wpływu na klimat, a dwutlenek węgla jest bezproblemowy. Aby tego dowieść musieli stworzyć własną, alternatywną rzeczywistość naukową. Zignorowali 99 proc. recenzowanych prac z fizyki atmosfery, a w zamian wyciągnęli z kapelusza postacie i organizacje, których prześwietlenie wprawia w zażenowanie.

W uzasadnieniu czytamy powołanie się na "prof. Wolańskiego", który twierdzi, że "zaprzestanie emisji CO2 przez człowieka nie wpłynie na zmianę klimatu". Kim jest ten ekspert? Autorom chodzi zapewne o prof. dr hab. inż. Piotra Wolańskiego.

To zasłużony i wybitny naukowiec z Politechniki Warszawskiej, ale... z zakresu napędów lotniczych, silników spalinowych i techniki wybuchów. Powoływanie się na inżyniera od silników odrzutowych w kwestii skomplikowanej fizyki atmosfery to jak proszenie mechanika samochodowego o przeprowadzenie operacji na otwartym sercu. Co zabawne, w cytacie z prof. Wolańskiego autorzy sami sobie zaprzeczyli, dopisując, że gazy cieplarniane jednak mają wpływ na klimat.

Projekt cytuje też Petera Warda z US Geological Survey na dowód, że CO2 podąża za temperaturą. Ward to emerytowany geofizyk, który stworzył kuriozalną, solową hipotezę, jakoby ocieplenie wywoływane było przez dziurę ozonową pochodzącą od wybuchów wulkanów. Środowisko klimatologów wielokrotnie i bezlitośnie wykazało fundamentalne błędy w jego obliczeniach.

Autorzy powołują się także na wyniki "Panelu o Zmianach Klimatu (NIPCC)" pod wodzą Craiga Idso. NIPCC to sztucznie stworzony podmiot, który nazwą ma udawać prawowity, międzynarodowy zespół naukowy ONZ (IPCC). Idso i jego organizacje przez lata były bezpośrednio sponsorowane przez koncerny naftowe (w tym ExxonMobil) oraz konserwatywne fundacje prawicy w USA.

Uzasadnienie z pełną powagą cytuje również The Heartland Institute. To prawicowy amerykański think tank polityczno-biznesowy. W latach 90. wsławił się zatrudnianiem ekspertów, którzy na zlecenie koncernów tytoniowych przekonywali, że bierne palenie papierosów nie wywołuje raka płuc. Gdy temat tytoniu przestał chwytać, biznes gładko przestawił się na negowanie ocieplenia klimatu za pieniądze miliarderów z branży paliwowej.

Manipulacja naukowcami z Princeton i "Newsweekiem" z 1975 roku

Projektodawcy z dumą powołują się na naukowców z Uniwersytetu Princeton, którzy mieli wykazać, że "nawet całkowite zatrzymanie emisji gazów nie spowoduje odwrócenia trendu". To wybitna manipulacja. Badacze z Princeton opisali tzw. bezwładność cieplną oceanów – fakt, że raz wpuszczone CO2 grzeje planetę przez wieki. Dla naukowców jest to dramatyczny apel o zatrzymanie emisji już teraz, bo skutki będą nieodwracalne. Dla autorów ustawy z PiS stało się to dowodem na to, że nie warto nic robić.

Wisienką na tym pseudonaukowym torcie jest przywołanie artykułu z tygodnika "Newsweek" z 1975 roku o "globalnym ochłodzeniu". Powoływanie się na gazetę sprzed pół wieku jako dowód na brak współczesnego konsensusu naukowego to akademicki kabaret. Zresztą tezę o rychło nadchodzącym ochłodzeniu czy wręcz zlodowaceniu lansowali pod koniec lat 70. również naukowcy radzieccy.

Matematyczny nokaut: 153 minus 42 równa się... 11?

Jeśli myślicie, że naukowy odlot to wszystko, spójrzmy na matematykę, którą posłowie zaprezentowali na stronie 10 uzasadnienia (oraz str. 23 DSR). Autorzy postanowili policzyć, ile polska gospodarka wydała na zakup uprawnień w 2023 roku. Oto cytat z oficjalnego dokumentu złożonego w Sejmie:

"W 2023 roku emisja rzeczywista raportowana do EU ETS przez polskie firmy wyniosła 153 mln ton CO2. [...] przydziela się bezpłatne uprawnienia [...] 42,4 mln uprawnień, co oznacza, że firmy musiały kupić 11,6 mln uprawnień. Przy średniej cenie 8,47 euro i kursie euro oscylującym wokół 4,5 złotego, polska gospodarka straciła z tego tytułu prawie 42 mld złotych."

Też wam coś tu haczy? Policzmy to spokojnie, tak jak uczy się dzieci w podstawówce. 153 mln ton odjąć 42,4 mln ton to 110,6 mln ton do kupienia. A u posłów? 11,6 mln. Gdzieś zgubili cyfrę 0. Nie tylko ją.

Podają, że średnia cena uprawnień w 2023 roku wynosiła 8,47 euro. W rzeczywistości cena rynkowa wynosiła wtedy ok. 83–85 euro. Pomylili się dziesięciokrotnie. Ale nie tylko tu. Gdybyśmy podstawili do wzoru liczby podane przez samych autorów w tekście, otrzymalibyśmy 442,1 mln zł, a im wyszło 42 miliardy. Rozbieżność między wyliczeniem z podanego wzoru a końcowym wynikiem wynosi zaledwie... 41,5 miliarda złotych.

Dla porządku: prawdziwy rachunek za prąd w Polsce pokazuje, że koszt ETS dla przeciętnego gospodarstwa domowego to około 300 zł rocznie realna kwota, którą można policzyć bez gubienia zer.

Gospodarczy absurd: 65 miliardów złotych kar rocznie

A teraz najważniejsze: co stałoby się, gdyby ten projekt jakimś cudem wszedł w życie od 1 stycznia 2027 roku?

Autorzy naiwnie sądzą, że polską ustawą można "anulować" obowiązywanie unijnej dyrektywy bez opuszczania Unii Europejskiej. Zgodnie z prawem europejskim unijny system handlu emisjami nadal uznawałby polskie elektrownie i huty za podmioty objęte obowiązkiem rozliczania CO2.

Gdyby polskie firmy przestały umarzać uprawnienia, Unia Europejska nałożyłaby na nie automatyczną karę finansową w wysokości 100 euro za każdą nieumorzoną tonę CO2 – nie zwalniając ich przy tym z obowiązku zakupu samego uprawnienia w przyszłości.

Dla polskich emisji na poziomie 150 mln ton oznacza to kary przekraczające 15 miliardów euro, czyli około 65 miliardów złotych rocznie. Taki pomysł nie "uwolniłby" polskich firm od opłat, ale doprowadziłby polską energetykę i przemysł do natychmiastowej licytacji komorniczej i bankructwa w ciągu kilku miesięcy.

Bruksela i tak sama zwalnia tempo

Najbardziej gorzkie w całej tej historii jest to, że system i bez ustawowego samobójstwa idzie w stronę oczekiwaną przez polski przemysł. Bruksela wciska hamulec, Komisja Europejska chce zwolnić tempo walki o klimat – liczba dostępnych uprawnień ma spadać wolniej, niż planowano, a darmowe przydziały dla energochłonnych sektorów zostaną przedłużone. Osobno przesunięto też start ETS2, o którym pisaliśmy w kontekście doniesień, że może podwyższyć ceny energii w Polsce nawet o 150 proc.

Kompromitacja na czterech poziomach

Projekt ustawy opublikowany w sierpniu 2026 roku to podręcznikowy przykład populistycznej legislacji pisanej kolanem. Dokument kompromituje wnioskodawców na każdym możliwym poziomie:

  • naukowym: czerpie z odrzuconych hipotez i opłacanych przez przemysł naftowy think tanków,
  • matematycznym: gubi zera i myli miliony z miliardami w prostym odejmowaniu,
  • formalnym: zawiera nieprzejrzyste szablony art. (POŚ) w samej treści przepisów – choć w dokumencie roboczym można to jeszcze jakoś wybaczyć,
  • gospodarczym: w realiach prawnych doprowadziłby Polskę do finansowej katastrofy.
  • Wisienką na torcie jest zamykające projekt zdanie: "Projekt ustawy jest zgodny z prawem Unii Europejskiej". No nie jest. I żeby to wiedzieć, nie trzeba być Sherlockiem Holmesem.

    Jeśli tak ma wyglądać "merytoryczna alternatywa" i dbanie o polski interes narodowy, to pozostaje mieć głęboką nadzieję, że projekt ten trafi do sejmowej niszczarki szybciej, niż autorzy zdążą policzyć, ile to jest 153 minus 42.

    Sonda

    Uważasz, że wyjście Polski z ETS...

    17 odpowiedzi