dzikie koty i wąż na tle panoramy Tatr
W lesie kolejna puma, w Łomiankach jeżozwierz. Też masz wrażenie, że coś tu nie gra? Fot. Denice Alex / Unsplash / Lakshmi Narasimha / Unsplash / Priscilla Du Preez / Unsplash / Crissta Ames-Walle / Unsplash / Wojciech Wyszkowski / Pexels / Montaż: InnPoland.pl

Ledwo służby uporały się z obławą na pumę pod Koszalinem, pod Ciechanowem pojawiła się kolejna. A straż miejska w Łomiankach musiała mierzyć się z... jeżozwierzem. Polskie domy i ogródki zamieniają się w prywatne, nielegalne menażerie, w których nieodpowiedzialni ludzie trzymają lwy, tygrysy i śmiertelnie jadowite węże. Czarny rynek dzikich zwierząt rośnie, a państwo nie radzi sobie z tym procederem. Cierpią na tym zarówno ludzie, jak i zwierzęta, nie mówiąc już o powadze państwa.

REKLAMA

Każdego tygodnia z polskich domów i prywatnych hodowli uciekają serwale, pytony, boa, a nawet potężne kotowate. Nasze państwo nie stworzyło zapowiadanego Centralnego Azylu, a policja i prokuratura przymykają oczy na nielegalny handel zwierzętami w sieci. Bogaci i głupi Polacy próbują bawić się w Escobara, a my wszyscy płacimy za to strachem (swoim, zwierząt) i absurdalnymi obławami, które angażują zasoby państwa.

Festiwal ucieczek dzikich zwierząt w Polsce. Od pumy pod Koszalinem po jeżozwierza w Łomiankach

Przyznam uczciwie: żyjemy w czasach, w których nagłówki serwisów informacyjnych coraz częściej przypominają absurdalny scenariusz komedii albo wstęp do filmu katastroficznego. W zasadzie nie ma już tygodnia, żeby polskie służby nie zostały postawione w stan pełnej gotowości z powodu jakiegoś egzotycznego, absolutnie niepasującego do naszego klimatu i potencjalnie niebezpiecznego stworzenia.

Dopiero co media żyły obławą na drugą już w ostatnich miesiącach pumę, a chwilę wcześniej ganialiśmy za serwalami, strusiami czy lamami. Opisywana przez nas puma w Polsce podchodziła pod ambony myśliwych, nie reagowała na krzyki, a strzał ostrzegawczy zrobił na niej wrażenie dopiero po chwili – eksperci sugerowali, że zwierzę może być starsze i przygłuche. I to nie koniec, bo niedawno okazało się, że kolejna puma grasuje na Mazowszu, a władze boją się o dzieci – to już trzeci przypadek w tym roku.

I kiedy wydawało się, że nic nas już nie zaskoczy, do akcji wkroczyła straż miejska w podwarszawskich Łomiankach, ujmując na osiedlowej uliczce... jeżozwierza.

Z tego miejsca należy się strażnikom z Łomianek absolutny szacunek. Ja na ich miejscu, widząc uzbrojonego w wielkie kolce, afrykańsko-azjatyckiego gryzonia spacerującego koło polskiego dyskontu, udałbym się wprost do najbliższego gabinetu psychiatrycznego by sprawdzić, czy z moją percepcją wszystko w porządku. Ci ludzie nie uczą się tego na kursach przygotowawczych, a jednak dali radę bezpiecznie odłowić egzotyczne zwierzę.

Pamiętacie sprawę tygrysa? Kilka lat temu było głośno od takich podejrzeń, bo znajdowano charakterystyczne ślady, ale samego zwierzęcia nie znaleziono. Patrząc na to, co się dzieje, być może jest to tylko kwestia czasu. A problem jest i narasta.

Węże na smyczy i wyższa szkoła łamania prawa

Nie mówimy tu przecież o niegroźnych sytuacjach, w których komuś uciekł chomik albo ktoś posadził krzaczek z ziarenka przywiezionego z Amsterdamu. Mówimy o wejściu na pełnej petardzie w brutalny, międzynarodowy świat przemytu i przestępczości zorganizowanej.

Powiedzmy to głośno: handel dzikimi zwierzętami to zajęcie brutalnych, zorganizowanych mafii. To nie tylko krew lwów, tygrysów czy podpiętych pod cewniki niedźwiedzi, to też zabójstwa, porwania i korupcja.

Zwykły obywatel rzadko zdaje sobie sprawę, jak wyglądają polskie przepisy. Zwierzęta niebezpieczne dzielą się na kategorie:

  • kategoria II – mniej groźne gady czy pajęczaki. Można je przy odrobinie papierologii trzymać legalnie, za zgodą urzędu.
  • kategoria I – wielkie koty (lwy, tygrysy, pumy), jadowite węże, krokodyle czy małpy człekokształtne. Tu prawo jest jednoznaczne: domowa hodowla jest bezwzględnie zakazana. Prawo do ich trzymania mają wyłącznie profesjonalne ogrody zoologiczne, placówki naukowe i azyle.
  • Warto podkreślić, że legalna terrarystyka to zupełnie inna bajka. Kiedy pisaliśmy o atrakcjach na światowy dzień węża, widać było wyraźnie, jak prężnie działają w Polsce parki edukacyjne i targi terrarystyczne, na których pasjonaci tłumaczą, jak odpowiedzialnie prowadzić hodowlę. Czarny rynek podszywa się pod tę pasję, ale gra według zupełnie innych, krwawych reguł.

    Furtka cyrkowa i inne przekręty

    Żeby trzymać w polskim domu lub na podwórku pumę czy tygrysa, trzeba z pełną premedytacją połamać całą gałąź przepisów. Przez lata powszechnym przekrętem była tzw. furtka cyrkowa – cwaniacy zakładali jednoosobową działalność gospodarczą zarejestrowaną jako "cyrk", kupowali młodego kociaka w Czechach, po czym zawieszali firmę, a drapieżnika pokazywali na wiejskich festynach czy sesjach na Instagramie (pamiętacie głośną sprawę pumy Nubii i obławę z udziałem helikoptera w lesie?).

    Luka w prawie została w 2021 r. załatana, ale szary i czarny rynek wciąż kwitną w najlepsze.

    Pablo Escobar z polskiego osiedla. Co oni mają w głowach?

    Zastanawiam się, co dzieje się w głowie człowieka, który postanawia iść w ślady kultowego barona narkotykowego. Przypomnijmy: Kolumbijczyk sprowadził do swojej prywatnej posiadłości Hacienda Nápoles m.in. słonie, żyrafy i hipopotamy. Gdy po jego śmierci zoo popadło w ruinę, hipopotamy uciekły do lokalnych rzek. Dziś stanowią potężny, agresywny gatunek inwazyjny, z którym Kolumbia nie potrafi sobie poradzić, a samowolka barona stała się katastrofą ekologiczną dla całego państwa.

    W Polsce mamy własnych "Escobarów". Wystarczy wspomnieć historię z Małopolski, gdy właściciel prywatnej posesji trzymał w klatkach w ogródku dwa lwy i tygrysa, karmiąc je z ręki i twierdząc przed sądem, że to z "miłości do zwierząt".

    Cztery typy ludzkiej głupoty

    Kilka dni temu czytałem w "Polityce" tekst Roberta Jurszo, w którym wypowiadał się doktor Andrzej Kepel z Państwowej Rady Ochrony Przyrody. Wskazał na cztery główne motywacje stojące za procederem przemytu dzikich zwierząt.

    1. Brudny biznes. Tygrys jest cennym towarem. Młody kosztuje na czarnym rynku kilkadziesiąt tysięcy złotych. A jak padnie? Zmielone kości, skóry czy pazury przemyca się do Azji (na tzw. wino tygrysie czy na potrzeby medycyny tradycyjnej). Na truchle można zarobić nawet 300 tysięcy złotych.
    2. Szpan i dreszczyk emocji. Bezrefleksyjne pragnienie zaimponowania znajomym tygrysem w klatce na podwórku albo śmiertelnie jadowitym pająkiem na biurku.
    3. Zakręceni kolekcjonerzy. Ludzie traktujący żywe, drapieżne stworzenia jak znaczki pocztowe: "muszę mieć komplet okazów z danego gatunku".
    4. Domorośli anarchiści. Typy spod znaku "nikt mi nie będzie mówił, co ja mogę trzymać na swoim własnym podwórku!".

    Dr Kepel twierdzi też, że żeby kupić dziś w Polsce tygrysa, pumę czy krokodyla, student na zajęciach akademickich potrzebuje wyszukiwarki i około 15 minut. To nie kwestia dostępu – to wyłącznie kwestia posiadania pieniędzy.

    Fabryki tygrysiego wina u sąsiadów i bezradność w Warszawie

    Główne zaplecze dla polskich osiedlowych drapieżników stanowią nasi sąsiedzi: Czechy i Słowacja, gdzie przepisy są i były znacznie bardziej liberalne. Kiedy czeskie służby celne i policja w 2018 roku rozbiły wietnamsko-czeską mafię hodowlaną, odkryto rzeczy przerażające.

    W magazynie pod Pragą znaleziono zamrażarki pełne rozkładających się ciał tygrysów, lwów i pum. Zwierzęta zabijano strzałem w oko (by nie uszkodzić cennej skóry), a z ich kości gotowano kostki bulionowe przeznaczone na czarny rynek medycyny azjatyckiej.

    Zwierzęta z tamtych hodowli trafiają do Polski i wreszcie – co było do przewidzenia – uciekają albo są porzucane. A wtedy wychodzi na jaw najsmutniejsza prawda: polskie państwo jest wobec tego procederu całkowicie bezradne i niegotowe.

    Kiedy myśliwy pod Koszalinem spotkał w lesie pumę, z przerażenia zaczął do niej krzyczeć "do budy!" i strzelać w powietrze. Co na to państwo? Gdy służby dowiadują się o nielegalnej hodowli, w większości przypadków policja i prokuratura po prostu... umarzają postępowanie. Hulaj dusza, prawa nie ma.

    Centralny Azyl, którego nie ma

    Za tym paraliżem stoją systemowe zaniechania. Mimo, że od 2022 roku obowiązuje ustawa o Centralnym Azylu dla Zwierząt, obiekt do dziś fizycznie nie powstał. Zwykłe zoo nie ma wolnych klatek dla tygrysów odbieranych nieodpowiedzialnym ludziom. Prokurator wie, że jeśli zabierze hodowcy drapieżnika, nie ma go gdzie umieścić. A do domu go przecież nie weźmie, do celi nie wsadzi.

    Sprawy nielegalnych hodowli i czarnego rynku trafiają do wydziałów walki z przestępczością gospodarczą na prowincji. Policjanci znający się na oszustwach podatkowych dostają akta dotyczące śmiertelnie jadowitych węży czy rzadkich ssaków, o których nie mają zielonego pojęcia.

    Paradoks jest tym większy, że przy zwierzętach domowych państwo potrafi być bardzo drobiazgowe. Senat zdecydował w sprawie KROPiK i państwo chce wiedzieć więcej o twoim pupilu – powstaje centralna baza psów i kotów, obowiązkowe czipowanie, a za brak wpisu grzywny do 5 tys. zł. Rejestr chomika: jest. Rejestr tygrysa na podwórku: ktoś, coś?

    Czas skończyć z tą amatorszczyzną

    Dzisiaj kończy się na strachu, śmiechu w mediach i bohaterskich akcjach strażników z Łomianek chwytających jeżozwierza. Ale co stanie się, gdy z prywatnej menażerii domorosłego Escobara ucieknie stado hybryd wilka z psem, które nie czują lęku przed człowiekiem, albo śmiertelnie jadowita mamba, która ukryje się w szybie wentylacyjnym blokowiska?

    Warto pamiętać, że nawet z rodzimymi gatunkami mamy spory kłopot. Gdy pisaliśmy o tym, jak dziki w Krakowie zmusiły miasto do zaostrzenia procedur, okazało się, że reakcja ruszyła dopiero po przewróceniu wózka z dzieckiem. Przy pumie czy jadowitym wężu tryb "najpierw wypadek, potem procedura bezpieczeństwa" jest nie do przyjęcia.

    Czas, aby państwo przestało udawać, że problemu nie ma. Potrzebujemy natychmiastowego wybudowania zapowiedzianego Centralnego Azylu, wyspecjalizowanych komórek w służbach oraz bezwzględnego ścigania handlarzy zwierzętami z przemytu. Bo jeśli tego nie zrobimy, to niedługo zamiast po grzyby będziemy do polskiego lasu chodzić z bronią palną i modlitwą na ustach.

    Sonda

    Czy państwo powinno bardziej ścigać za przemyt dzikich zwierząt?

    3 odpowiedzi