Dostajesz 10 km/h za darmo, znak stoi jak stodoła. W fotoradary i tak wpada milion osób rocznie
Dostajesz 10 km/h za darmo, znak stoi jak stodoła. W fotoradary i tak wpada milion osób rocznie Fot. canon_photographer / Shutterstock / Montaż: InnPoland.pl

Trzeba wielkiego talentu i niesamowitej uporczywości, żeby dostać mandat z polskiego fotoradaru lub odcinkowego pomiaru prędkości. System ostrzega nas niebieskimi znakami, nawigacje wyją na kilometr wcześniej, a prawo daje darmowy bufor 10 km/h. A jednak w zaledwie pół roku wpadło ponad ćwierć miliona kierowców. Jak to w ogóle możliwe?

REKLAMA

Od lat słyszymy o "fotoradarowych pułapkach" i "polowaniu na portfele kierowców". Problem w tym, że w Polsce fotoradar nie łapie za przekroczenie o 3 km/h – tu naprawdę trzeba się postarać. Gdyby polskie fotoradary były egzaminem, byłby to sprawdzian z otwartą książką, w której odpowiedzi podkreślono jaskrawym markerem. Mimo to rekordowy odcinek A4 wykrywa 24 tysiące przekroczeń w pół roku.

Tylko 71 odcinkowych pomiarów prędkości w Polsce wystarczyło, by w ciągu sześciu miesięcy zeszłego roku wyłapać 264 tysiące wykroczeń.

Darowane 10 km/h, znaki wielkości stodoły, a mandaty sypią się w tysiącach

Żyjemy w kraju, w którym narzekanie na fotoradary i odcinkowe pomiary prędkości należy do dobrego tonu. To stały punkt wesołej twórczości na forach internetowych i przy imieninowym stole. Słuchając opowieści niektórych kierowców, można by pomyśleć, że polskie drogi to jedno wielkie pole minowe, na którym ukryci w krzakach urzędnicy polują na uczciwych ludzi, wlepiając mandaty za przekroczenie prędkości o grubość włosa.

Gdyby jednak odrzeć tę martyrologię z emocji i spojrzeć na przepisy oraz statystyki, wyłania się obraz tak groteskowy, że aż śmieszny. W rzeczywistości dostanie mandatu z polskiego fotoradaru czy odcinkowego pomiaru prędkości wymaga tak potężnego nakładu złej woli i ignorancji, że powinno być nagradzane dyplomem za upór.

Polska tolerancja, jakiej nie ma na Zachodzie

Zacznijmy od faktu, który u naszych zachodnich czy południowych sąsiadów wywołałby szok i niedowierzanie. W Polsce kierowca dostaje od ustawodawcy oficjalny "prezent". Zgodnie z rozporządzeniem, urządzenia rejestrujące są ustawione tak, by całkowicie ignorować przekroczenia prędkości do 10 km/h włącznie.

Przepis ten wprowadzono z myślą o uwzględnieniu ewentualnego błędu kierowcy w utrzymaniu stałej prędkości. Jeśli na drodze obowiązuje ograniczenie do 120 km/h, możesz spokojnie jechać 130 km/h i żaden radar nawet nie błyśnie. Jeśli limit wynosi 70 km/h, jazda ze średnią 80 km/h jest darmowa.

Tu naprawdę nie ma mowy o mściwym aparacie państwowym, który łapie kogoś za przekroczenie o 2 czy 3 km/h. Żeby fotoradar w ogóle uniósł brew, trzeba ten limit wyraźnie złamać. Co więcej, jak wylicza naTemat, legalny sposób na odcinkowy pomiar prędkości istnieje, wystarczy jeden przycisk i działa zawsze – tempomat ustawiony na 124 km/h przy limicie 120 km/h daje realną prędkość zgodną z przepisami, bo licznik w aucie i tak zawyża wskazania.

Warto pamiętać: bufor 10 km/h działa wyłącznie jako "próg aktywacji" urządzenia. Jeśli przekroczysz limit o 11 km/h (np. pojedziesz 131 km/h przy limicie 120 km/h), mandat dostaniesz za pełne 11 km/h – bufor nie jest wtedy odejmowany od wyniku.

Test na spostrzegawczość. Znak, mapa i wycie w telefonie

Tolerancja sprzętowa to dopiero początek. Żeby wpaść na odcinkowym pomiarze prędkości, trzeba zignorować system ostrzegawczy, którego nie powstydziłaby się baza wojskowa.

  • Znaki drogowe: każdy fotoradar i każdy odcinkowy pomiar prędkości jest zapowiedziany jasnym, wielkim niebieskim znakiem D-51 ("automatyczna kontrola prędkości").
  • Nawigacja i aplikacje: Yanosik, Google Maps, Waze, Apple Maps – każda z nich na kilometr przed kamerami zaczyna pikać, świecić na czerwono i miłym głosem lektora ostrzegać: "Za 500 metrów odcinkowy pomiar prędkości".
  • Co więcej, odcinkowy pomiar prędkości to najbardziej sprawiedliwa forma kontroli na świecie. Nie mierzy prędkości chwilowej w jednym punkcie. Dwa zestawy kamer z systemem rozpoznawania tablic rejestracyjnych (ANPR) liczą średnią prędkość z całego odcinka, który może mieć od kilku do nawet kilkunastu kilometrów.

    Gdybyś na chwilę wcisnął gaz do deski i jechał 180 km/h, ale potem zwolnił do 100 km/h, a twoja średnia z całej trasy zmieściła się w limicie z buforem – system wyrzuca twoje zdjęcie do kosza. Nie ma tu przypadku. Żeby dostać mandat z OPP, trzeba wciskać gaz konsekwentnie, długo i z pełną premedytacją.

    Tysiące wpadek. Statystyka zwala z nóg

    A teraz zderzmy tę pobłażliwą rzeczywistość z danymi Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego za pierwszą połowę 2025 roku. Tak, to rok temu, ale w przepisach nic się nie zmieniło.

    Zaledwie 71 miejsc w całym 38-milionowym kraju wygenerowało 264 tysiące mandatów w sześć miesięcy. Słynny odcinek na autostradzie A4 pod Wrocławiem łapał średnio 135 kierowców dziennie.

    I nie mówimy tu o drobnych pomyłkach. Średnie przekroczenie prędkości wyłapywane przez bramki wynosi 21 km/h powyżej dozwolonego limitu. To znaczy, że na odcinku z ograniczeniem do 120 km/h przeciętny ukarany kierowca pędził ze średnią prędkością ponad 141 km/h przez kilka lub kilkanaście kilometrów. A niespełna 2 proc. wariatów drogowych potrafiło przekroczyć limit o ponad 50 km/h na całym mierzonym odcinku.

    W całym zeszłym roku fotoradary, odcinkowe pomiary prędkości i systemy rejestrujące przejazd na czerwonym świetle wykryły łącznie 1 mln 307 tys. 200 naruszeń. To o 11,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Mandatów wystawiono jeszcze więcej – 685 tys. wobec 568 tys. 500 rok wcześniej, czyli o 20,5 proc. więcej.

    Nie wszystkim przypada ten sam los

    Warto przy tym pamiętać, że system bywa dziurawy w zupełnie innym miejscu. Jak opisywaliśmy, fotoradary są cięte na polskich kierowców, a cudzoziemcy mają taryfę ulgową – wobec ponad 120 tys. wykroczeń popełnionych przez kierujących spoza Unii Europejskiej wystawiono zaledwie 3443 mandaty.

    Kolejnym problemem jest przepustowość urzędu. Dlatego właśnie sposoby na mandat z fotoradaru idą na złom, a rząd Tuska szykuje nowy bat – planowana jest opłata administracyjna nakładana wprost na właściciela pojazdu, bez ustalania, kto siedział za kierownicą.

    To nie pułapka, to test na podstawową logikę

    Odcinkowe pomiary prędkości okazały się najbardziej wydajnym narzędziem temperowania ułańskiej fantazji polskich kierowców. I całe szczęście, bo drastycznie uspokajają ruch na najbardziej niebezpiecznych odcinkach tras.

    Efekty widać w liczbach: historyczny rekord na polskich drogach – w pierwszej połowie 2026 roku odnotowano najmniejszą liczbę wypadków od początku prowadzenia statystyk, a liczba ofiar śmiertelnych spadła do 666 osób. Skala kontroli rośnie zresztą dalej: podczas majówki 2026 i nowych odcinkowych pomiarów prędkości radziliśmy zdjąć nogę z gazu, bo CANARD uruchomił wtedy 44 nowe instalacje.

    Pora jednak skończyć z mitologizowaniem "fotoradarowych pułapek". Jeśli jedziesz drogą, widzisz z wyprzedzeniem wielki niebieski znak, twoja nawigacja krzyczy o kontroli, urządzenie daje ci 10 km/h ekstra bez kary, a ty i tak przejeżdżasz cały kilkukilometrowy odcinek ze średnią wyższą o 20 km/h od limitu – to pismo z mandatem nie jest dowodem na opresyjność państwa. Jest wyłącznie rachunkiem za własną, całkowicie nieprzymuszoną bezmyślność.