
Wężyk umów sponsorskich w polskim futbolu właśnie pękł. Przez afery i kiepski wizerunek prezesa z listy partnerów związku znikają tacy giganci jak Orlen, Biedronka czy InPost, a w ich miejsce wchodzi poznańska firma doradztwa finansowego. Polityka "leśnych dziadków" daje betonową władzę w związku, ale zamienia reprezentację w wizerunkowe aktywo podwyższonego ryzyka.
W wyborach związkowych nie głosują zarządy Orlenu ani Biedronki, lecz terenowi działacze, którym wystarczy obiecać odpowiednie wpływy, stanowiska i darmowe bilety. I Cezary Kulesza w PZPN, i aresztowany za domniemaną korupcję w aferze z ZondaCrypto Radosław Piesiewicz w PKOl opanowali tę sztukę do perfekcji. Problem pojawia się wtedy, gdy wielki biznes ma dość afer, pakuje walizki i zabiera ze sobą setki milionów złotych.
Władza silna baronami, ale portfel pusty
Model PKOl wjechał do PZPN? Cezary Kulesza, niemal równie wszechwładny jak Piesiewicz, przegrał miliony na polski sport. Wężyk umów sponsorskich w polskim futbolu właśnie pękł. Z listy partnerów PZPN wypisali się tacy giganci jak Orlen, Biedronka czy InPost. W ich miejsce wchodzi poznańska firma doradztwa finansowego.
To pokłosie polityki "leśnych dziadków", która daje betonową władzę w związku, ale zamienia reprezentację w wizerunkowe aktywo podwyższonego ryzyka.
Ponad 170 milionów złotych z samej umowy z Orlenem, 16 lat tradycji z Biedronką i miliony od InPostu – to wszystko przechodzi do historii. PZPN wchodzi w nowy sezon z dziurą budżetową, której nie ma czym zasypać.
Baronowie zachwyceni, biznes przerażony
Cezary Kulesza w PZPN oraz Radosław Piesiewicz w PKOl uczyli się z dokładnie tego samego podręcznika władzy sportowej. Zasada numer jeden głosi w nim: jeśli chcesz długo i bezstresowo rządzić, nie musisz dbać o kibiców, wizerunek ani o relacje z biznesem. Musisz dbać wyłącznie o betonowe zaplecze w terenie.
Wybory na szefa związku wygrywa się w regionalnych księstwach i niszowych związkach dyscyplinowych, dając lokalnym działaczom etaty, obietnice oraz darmowe wejściówki na mecze.
Ten polityczny majstersztyk ma jednak jeden bolesny skutek uboczny. Gdy prezes zabezpieczy już swoje głosy i śpi spokojnie, strategiczni sponsorzy uciekają gdzie pieprz rośnie. Nikt w wielkim biznesie nie chce płacić rachunków za nieudolność i nosić łatki kumpla prezesa.
Model Piesiewicza w pigułce
Jak to wygląda w praktyce, pokazała choćby sprawa nagród olimpijskich, gdy PKOl podjął decyzję ws. nagród dla sportowców, a dla nich to finał afery Zondacrypto – medaliści z Mediolanu mieli otrzymać bezwartościowe tokeny upadłej giełdy, a gotówkę udało się wyszarpać dopiero od prywatnych sponsorów.
Wielka ewakuacja gigantów z polskiej piłki
Skala exodusu firm wspierających dotąd Polski Związek Piłki Nożnej jest olbrzymia i wali w finanse piłkarskiej centrali z siłą taranu.
Łatkę po koncernach operujących miliardowymi budżetami ma wziąć na siebie poznańska firma doradztwa finansowego Phinance. To tak, jakby dziurę po wyburzonym filarze mostu próbować załatać taśmą klejącą.
Szczególnie bolesna jest dziura po Biedronce. Wielu Polaków pamięta jeszcze, jak śp. trener Smuda czytał w reklamie Biedronki listę powołanych: "Adamiak Ada, Adamiak Adrian...". Warto też przypomnieć skalę największej umowy z koncernem paliwowym – gdy Orlen zasilił PZPN zawrotną kwotą, poznaliśmy kulisy kontraktu i wiało grozą, bo w negocjacjach obu stron mieli uczestniczyć ludzie związani z tym samym biznesmenem, którym zajmowało się CBA.
Łatkę po koncernach operujących miliardowymi budżetami ma wziąć na siebie poznańska firma doradztwa finansowego Phinance. To tak, jakby dziurę po wyburzonym filarze mostu próbować załatać taśmą klejącą.
Odejście InPostu było sygnałem ostrzegawczym
Najgłośniejsze rozstanie miało miejsce z końcem lipca. Opisywaliśmy, jak InPost kończy współpracę z PZPN, gdy Brzoska stracił cierpliwość do "leśnych dziadków" – firma nie wycofała się z futbolu, tylko przeniosła budżet do PKO BP Ekstraklasy na trzy kolejne sezony. Pieniądze nie zniknęły z piłki. Zmienił się odbiorca, bo tam biznes widzi realną wartość marketingową.
Zobacz także
Prowincjonalna polityka kontra twarda ekonomia
Główny problem polega na tym, że ani zarząd Orlenu, ani prezes Biedronki czy InPostu nie mają karty do głosowania na Walnym Zgromadzeniu Sprawozdawczo-Wyborczym PZPN. Głosują terenowi baronowie. A tym do szczęścia wystarczą pamiątkowe grawertony, wycieczki z reprezentacją i poczucie, że "nasz człowiek" siedzi na Miodowej.
Problem pojawia się wtedy, gdy trzeba zapłacić za czartery, luksusowe hotele i rozbudowaną biurokrację. Działacze z terenu pieniędzy nie mają – mają je wyłącznie komercyjne spółki i państwowe giganty. A te ze zgrozą obserwują potknięcia wizerunkowe:
Ten ostatni przypadek był podręcznikowy. Dopiero gdy pojawiły się nowe fakty o aferze w PZPN i ujawniono, która firma zaprosiła Stasiaka, Kulesza publicznie przeprosił wszystkie firmy współpracujące ze związkiem za bezpodstawne podejrzenia, jakie na nie ściągnął.
Nikt w biznesie nie wyłoży setek milionów złotych na instytucję, która w momencie kryzysu czyni ze swojego mecenasa kozła ofiarnego. Zwłaszcza że pieniądze mają dokąd uciec – Orlen właśnie negocjuje koniec PGE Narodowego i własny rebranding stadionu za grubo ponad 10 mln zł rocznie. Ten sam koncern, ta sama piłka, tylko partner znacznie mniej kłopotliwy.
Brak planu B i widmo zaciskania pasa
Przed reprezentacją mecze w Lidze Narodów z Bośnią i Hercegowiną (25 września w Warszawie), wyjazd ze Szwecją oraz starcie z Rumunią. Kibice będą emocjonować się formą piłkarzy na boisku, ale w gabinetach związku trwa właśnie paniczne szukanie oszczędności.
Cezary Kulesza, wypisz wymaluj jak Radosław Piesiewicz w PKOl, udowodnił, że potrafi bez trudu wygrać każde wybory wewnątrz obozu związkowego. Zapomniał jednak o fundamentalnej zasadzie wolnego rynku: o ostatecznym sukcesie organizacji nie decydują obietnice składane leśnym dziadkom, lecz zaufanie i wiarygodność. A te zostały w polskim sporcie zlicytowane za bezcen.






