
Wiem, że wiele osób wkurzają reklamy, szczególnie takie, które promują niezdrowe produkty. Krew mnie zalewa, gdy przed meczem (w sumie innych rzeczy w TV nie oglądam) widzę, że dumnymi sponsorami haratania w gałę jest fabrykant paszowego jedzenia fast food, producent czipsów i wytwórca rozpuszczającego zęby napoju.
I tak sobie siedzę z moim kilkuletnim synem i widzę, jak chłonie te ogłupiające obrazki. A potem podczas podróży widzi różne fast foody i sugeruje, że może by coś przekąsić. I nagle okazuje się, że może nie cały, ale spora część wysiłku ukierunkowanego na zapewnienie dziecku zbilansowanego pożywienia idzie w diabły.
Widzę, jak dzieciaki na podwórku wcinają chipsy i zalewają je colą. Albo biegają z kolejnymi promowanymi przez internetowych pseudocelebtyrów "soczkami" napompowanymi cukrem jak była żona pewnego polityka silikonem. Na Trygława i Swaroga! Widzę dziecięce imprezy, na których rodzice nie przewidzieli dla dzieciaków wody do picia, ale cola i soczki leją się hektolitrami.
Reklamy śmieciowego jedzenia. Brytyjczycy poszli po rozum do głowy
I wiem, że mamy problem. Ten problem, prawdopodobnie w jeszcze większej skali, mają też Brytyjczycy. W ich najnowszej historii wiele rzeczy poszło nie tak, ale teraz naprawdę jednego im zazdroszczę. Zakazali właśnie reklam śmieciowego jedzenia. Serio, da się to zrobić.
Ogólnobrytyjski zakaz zabrania reklamowania żywności i napojów o wysokiej zawartości tłuszczu, soli i cukru (HFSS) w telewizji przed godziną 21:00 oraz online (całkowicie). Dotyczy on produktów uważanych za główne przyczyny otyłości u dzieci, w tym napojów bezalkoholowych, czekolad i słodyczy, pizzy i lodów. Oprócz bardziej ewidentnie niezdrowej żywności, zakaz obejmuje również niektóre płatki śniadaniowe i owsianki, słodzone pieczywo oraz dania główne i kanapki.
Brytyjczycy uruchomili specjalne narzędzie, punktację, które ocenia zawartość m.in. tłuszczów nasyconych, soli lub cukru w żywności. Produkty, które załapią się na listę, nie mogą być reklamowane we wspomniany wyżej sposób. Zakaz nie wyklucza samych marek. Mówiąc obrazowo – reklama marki "restauracji pod złotymi łukami" jest dopuszczalna, ale promowanie na przykład frytek lub burgera już nie. Sałatki może da się reklamować, chociaż biorąc pod uwagę ich kaloryczność, to przekonany nie jestem.
Brytyjczycy zrobili mądrą rzecz. Zauważyli, że rodzice i dzieciaki przegrywają w starciu z potężnymi siłami reklam. A kampanie, które mogłyby odwrócić trend tycia młodzieży, są kosztowne i pracochłonne. Jednocześnie leczenie skutków złego odżywiania się jest droższe, niż wpływy podatkowe od wytwórców takiej paszy dla ludzi.
Szlak przetarty, do dzieła!
Zjednoczone Królestwo wie o co walczy. Tam prawie co dziesiąte (9,2 proc.) dziecko w wieku przedszkolnym cierpi na otyłość, a co piąte dziecko do piątego roku życia ma próchnicę zębów. Ichni NFZ na leczenie skutków otyłości wydaje ponad 11 miliardów funtów rocznie. Rząd szacuje, że zakaz reklam zapobiegnie około 20 000 przypadków otyłości u dzieci.
Może i my byśmy zaczęli tak robić, by nie obudzić się z ręką w nocniku. Bo dobrze wiemy, że już dziś z otyłością dzieci jest u nas po prostu źle. A i dorosłym nie zaszkodzi, jeśli ich silna wola będzie mniej wystawiana na próbę.
Zobacz także
