Donald Tusk na tle pracującego w warsztacie mężczyzny. Sorry, premierze. Sprawę zmiany śmieciówek w etaty skopaliście koncertowo.
Sorry, premierze. Sprawę zmiany śmieciówek w etaty skopaliście koncertowo. fot. Dan Morar / Shutterstock / Maxime Agnelli / Unsplash / Montaż: INNPoland.pl

Czytam, jak to premier Tusk po raz kolejny "się wściekł", że zrobił awanturę na posiedzeniu rządu i jednoosobowo utrącił genialny pomysł przekształcania umów śmieciowych w etaty. Sorry, ale na miejscu Tuska też bym się wściekł. I nie dlatego, że jestem zwolennikiem śmieciówek czy oszukiwania pracowników. Ten projekt był po prostu zły. A był zły również dlatego, że Tusk nie dopilnował jakości tego, co wychodzi z jego rządu.

REKLAMA

Zacznijmy od początku. Plan jest taki: w Polsce ma nie być umów śmieciowych, czyli cywilnoprawnych i B2B. Śmieciowych, przez które pracownik dostaje tylko gołą pensję i żadnego ubezpieczenia. Na śmieciówce nie ma prawa do urlopu, nie liczy mu się staż pracy do emerytury, nie ma ZUS-u czy ubezpieczenia zdrowotnego. Wiele zależy oczywiście od rodzaju umowy.

Dlaczego pracodawca nie chce dać umowy o pracę

Ale generalnie chodzi o to, że taka umowa jest tańsza dla pracodawcy, bo nie musi płacić wielu składowych tzw. pozapłacowych. To są dla niego realne oszczędności. Jeśli dziś firma chce zatrudnić pracownika z wypłatą 5 000 złotych na rękę, to jego wynagrodzenie brutto wynosi wtedy 6 850 złotych. Ale firma miesięcznie musi na niego wydawać 8 253 złote – bo do pensji brutto dochodzą jeszcze kolejne składki i daniny.

I jakkolwiek byśmy nie narzekali na skąpych pracodawców i wyzyskiwaczy, to są to po prostu duże kwoty, szczególnie dla mniejszych firm. A i większe muszą liczyć się z tym, że firma (jako cały twór) musi wypracować tyle, by takie kwoty na pracownika wygospodarować. Czyli płacenie musi się jej opłacić, bo inaczej człowieka zwolni.

Spójrzmy na to jeszcze ze strony państwa, które musi zbierać składki i bilansować wydatki na ochronę zdrowia, emerytury i renty. Im wyższe składki, tym (teoretycznie) lepsze świadczenia dostajemy. Więc w interesie państwa jest to, by jak najwięcej umów było w pełni oskładkowanych.

Jest jeszcze jeden ważny element. Reforma umów może mieć poważne konsekwencje dla Polski. To jeden z tzw. "kamieni milowych" w ramach Krajowego Planu Odbudowy (KPO). Jeśli przepis o przekształcaniu umów cywilnoprawnych w etat nie zostanie wprowadzony, Polska może stracić możliwość wypłaty znacznych środków z KPO. Nieoficjalnie mówi się nawet o 2 mld euro, czyli około 8 mld zł.

Tusk ma rację? Moim zdaniem ma

Problem w tym, że Tusk ma rację. Odrzucony przez niego projekt ustawy zakładał, że Państwowa Inspekcja Pracy może decyzją administracyjną zmienić umowę tzw. śmieciową w etat. Wiele z tych decyzji nie utrzymałoby się w sądach. A sądy z pewnością zostałyby zalane takimi sprawami. Pracy dużo, zysk zerowy.

Reforma PIP i szeroko pojętego problemu umów śmieciowych jest absolutnie konieczna. W Polsce nie może być miejsca na wyzysk pracownika. Ale trzeba to zrobić z głową. Tymczasem z Ministerstwa Pracy wyszedł projekt mocno kontrowersyjny prawnie.

Żeby być uczciwym, muszę przyznać, że zdania w tej sprawie podzielone. Ja nie muszę mieć racji. Protestowali przeciw niemu pracodawcy, grozili serią upadłości i tym podobnymi konsekwencjami. Za były związki zawodowe, które słusznie domagają się ukrócenia patologicznych praktyk na rynku pracy.

Tusk ponosi winę? Moim zdaniem ponosi

Zaskakiwać może fakt, że Tusk czuje się zaskoczony tym projektem. Szef rządu prawdopodobnie nie kontrolował tego procesu, skoro wydaje się nim zaskoczony i "wściekł się" na pomysł resortu.

A przecież Ministerstwo Pracy musiało podczas tworzenia tych przepisów konsultować się z innymi ministerstwami, bo to nie jest kosmetyczna zmiana, która dotyczy jednej ustawy. Chodzi o zmianę wielu dotychczas obowiązujących przepisów. Wygląda więc na to, że w prace rządu wkradł się jakiś chaos.

Założenie, że likwidujemy czy marginalizujemy umowy cywilnoprawne i B2B jest słuszne. Tyle, że powinniśmy robić to z głową, z planem, w zgodzie z przepisami i zdrowym rozsądkiem, a nie na zasadzie "teraz prędko, zanim dojdzie do nas, że to bez sensu".

Założenie, że musimy wzmocnić rolę Państwowej Inspekcji Pracy również jest/było niezwykle słuszne. Dziś inspektorów jest jak na lekarstwo. W zasadzie PIP nie zajmuje się jakimiś planowymi kontrolami czy prewencją, tylko reaguje na donosy. Przecież dziś w Polsce mamy ok. 1500 inspektorów pracy! Na 17 milionów pracowników. Jeden inspektor na ponad 11 tysięcy osób, to nawet nie jest śmieszne.

Wyszło, że (na razie) mamy chaos, utrącone złe przepisy i żadnej sensownej propozycji w sytuacji, gdy piekielnie szybko goni nas czas. Abyśmy nie stracili ogromnej kasy z KPO, ustawa musi wejść w życie w styczniu. Za oknem mróz, ale robi się naprawdę gorąco.