
Donald Tusk ogłosił na platformie X historyczny sukces: "Polska właśnie wyprzedziła Hiszpanię w dochodzie na jednego mieszkańca. Jesteśmy już w europejskiej elicie gospodarczej i wygrywamy w niej z Hiszpaniami. Vamos!". Brzmi wspaniale, i nie chciałbym psuć premierowi humoru, jednak nieco przesadził.
Z najnowszych danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) faktycznie płyną doskonałe wieści. Naprawdę wyprzedziliśmy Hiszpanię w jednym ze wskaźników: dochodzie na mieszkańca z uwzględnieniem realnej siły nabywczej walut narodowych (PPP). To dobra wieść. Tyle że z tym radosnym okrzykiem o wkraczaniu do "europejskiej elity" premier chyba odrobinę się pospieszył.
Historyczny skok: to nam pięknie wyszło
Owszem, wykonaliśmy gigantyczny skok, a trend jest absolutnie pozytywny, ale do unijnej pierwszej ligi wciąż brakuje nam kilku ładnych tysięcy dolarów. Zobaczmy, co dokładnie kryje się w najnowszych statystykach i dlaczego huraoptymizm warto na razie zastąpić chłodną satysfakcją.
Nie da się ukryć – mamy powody do dumy. Zaledwie w jedno pokolenie zrobiliśmy coś, co w wielu krajach zajmuje całe stulecia. Według MFW dochód na mieszkańca w Polsce (liczony według parytetu siły nabywczej – PPP) wyniósł 58,56 tys. dol., podczas gdy w Hiszpanii osiągnął 58,35 tys. dol.
W 2025 r. polska gospodarka urosła o solidne 3,6 proc. Prognoza na ten rok to 3,5 proc., podczas gdy Hiszpania rozwijała się w ubiegłym roku w tempie 2,8 proc., a w tym ma spowolnić do 2,3 proc.
Zasypaliśmy gospodarczą przepaść. W 1989 roku, gdy upadał komunizm, byliśmy najbiedniejszym państwem Europy zaraz po Albanii, a nasze PKB stanowiło zaledwie 21 proc. poziomu hiszpańskiego. Obecnie Polska zaliczana jest do grona dwudziestu największych gospodarek świata i prześcignęła pod względem dochodu na mieszkańca nie tylko Hiszpanię, ale też Izrael czy Nową Zelandię.
Kiedyś Polacy jeździli do Hiszpanii głównie do prac fizycznych w rolnictwie, opiece czy na budowach. Dziś nasi rodacy (których w Hiszpanii jest ok. 100-120 tys.) to czołowi nabywcy tamtejszych nieruchomości – tylko w ciągu ostatnich pięciu lat kupili ich około 17 tysięcy. Z kolei do Polski zjeżdżają Hiszpanie (jest ich u nas ok. 10 tys.), których przyciągają lepsze perspektywy zawodowe i jedno z najniższych bezroboci w całej Unii Europejskiej.
Zimny prysznic: do elity wciąż nam daleko
Choć premier nazywa Polskę "gospodarczą elitą", matematyka bywa bezlitosna. Wrzucanie nas do jednego koszyka z najbogatszymi to na razie czyste myślenie życzeniowe.
Dlaczego? Bo unijna średnia wciąż nam ucieka. Żeby w ogóle móc nazywać się europejskim "średniakiem", musielibyśmy dobić do poziomu 66,8 tys. dol. dochodu na mieszkańca (PPP). Taka jest właśnie średnia w całej UE. Brakuje nam więc ponad 8 tysięcy dolarów na osobę.
Zobacz także
Zanim zaczniemy prężyć muskuły przed Zachodem, warto spojrzeć na inne kraje. Wyższe wskaźniki od nas notują m.in. Włochy (64,8 tys. dol.) czy Czechy (62,3 tys. dol.). Wyprzedzają nas także Litwa i Słowenia, gdzie dochód na mieszkańca wynosi około 59,9 tys. dolarów.
Nie da się ukryć, że nasz sukces to też słabość Madrytu. Warto pamiętać, że wyprzedzenie Hiszpanii to w dużej mierze efekt ich wewnętrznych problemów. Tamtejszy rząd mniejszościowy tonie w kompromisach koalicyjnych i brakuje mu swobody do przeprowadzania głębokich reform strukturalnych. Hiszpański wzrost gospodarczy (2,8 proc. w 2025 r.) wynika głównie z rosnącej populacji, podczas gdy Polska rośnie zdrowiej – dzięki wysokiej produktywności, stabilnemu rynkowi pracy i inwestycjom.
Nasz dzisiejszy sukces to efekt bolesnej, ale skutecznej "terapii szokowej" i rynkowych reform po 1989 roku. Jesteśmy na doskonałej drodze i mamy pełne prawo czuć satysfakcję. Trzymajmy się jednak faktów: Polska to dziś niesamowicie dynamiczny, solidny europejski gracz, ale prestiżowy klub "elity" musi na nas jeszcze trochę poczekać.
