
Aktywiści wystosowali do prezydenta Krakowa petycję o zastąpienie tradycyjnych dorożek i wycofanie koni z Rynku Głównego. W ich miejsce podobnie jak w Zakopanem miałyby wjechać elektryczne pojazdy stylizowane na powozy. Dorożkarze nie są zachwyceni i pytają się, czy koń jest ważniejszy od nich.
Kwestia dobrostanu zwierząt to temat delikatny. Organizacje walczące o sprawiedliwość dla naszych braci mniejszych ścierają się z ludźmi, dla których praca ze zwierzęciem jest dorobkiem życia. W Krakowie powrócił spór wraz z nową petycją o zastąpienie tradycyjnych dorożek na Rynku Głównym pojazdami elektrycznymi. Zapoznałem się z argumentami obu stron.
Jakie są argumenty dorożkarzy?
Jak poinformowało Radio Kraków, temat ten ciągnie się w stolicy Małopolski od lat, a władze miasta do tej pory nie zajęły jednoznacznego stanowiska. Również nie padła jednoznaczna odpowiedź na petycję wystosowaną od Krakowskiego Stowarzyszenia Obrony Zwierząt, chociaż część radnych zapowiedziała przygotowanie projekty uchwały w tej sprawie.
Wedle aktywistów, miasto nie jest naturalnym środowiskiem dla koni i po historycznej części miasta lepiej, by turystów (których liczba rośnie z roku na rok) woziły elektryczne pojazdy, stylizowane na dorożki. Pomysł podobny jak ws. Zakopanego, gdzie transport na Morskie Oko miały przejąć auta. I wybrzmiewają niemal bliźniacze argumenty po obu stronach.
Dorożkarze podnieśli głos, że wycofanie koni z Rynku Głównego będzie końcem ich kariery oraz tradycji tego zawodu, mającego stanowić część tożsamości Krakowa. Dorożkarstwo ma swoje tradycje i nawet próbowano (bez powodzenia) je wpisać na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Woźnica bez konia stanie się po prostu kierowcą, niewiele różniącym się od tego za kołami meleksa, wożącego turystów po Krakowie.
W Krakowie funkcjonuje złożony system, którym zachwieje brak zaprzęgów – dostawy paszy, kontrole weterynaryjne, serwisowanie pojazdów. Zdaniem dorożkarzy pracę stracą nie tylko woźnicy.
Jakie są argumenty aktywistów?
Z jednej strony żywa tradycja. Z drugiej? Liczne badania pokazujące szkodę dla zdrowia zwierząt, w tym średnią ich życia krótszą o 2/3 z powodu obciążenia pracą w mieście i wdychaniem spalin. Ciężko się z tym spierać.
Spotkałem się również z argumentami powołującymi się na walkę o zdrowie koni z zaprzęgów z XIX i początku XX wieku. W kontekście dorożek warto jednak wziąć tutaj małą poprawkę na rewolucję motoryzacyjną z tamtych czasów. Bo nie każdy wie, że aby zachęcić ludzi do przesiadki do aut, promowano je jako... cichsze i czystsze od koni. Podkreślano, że od dorożek, powozów i tak dalej miasta były pełne nieznośnego hałasu kopyt, rżenia oraz, cóż, zapachu końskich bobków. A do tego konie są niebezpieczne, bo się płoszą i wypadki powodują. Nie to, co auta, nie?
Dlatego argumenty historyczne przyjmuję z dużym dystansem, bo wtedy również wołano, aby wycofać konie dla ich zdrowia, bo przecież wchodzą samochody spalinowe. Dorożki jednak zostały, a teraźniejszość jest, jaka jest. W tym ma nieznośne upały, a nieodpowiednia wilgoć i temperatury wpływają negatywnie na wiele zwierząt.
Nie mówiąc o tym, jak nagrzewa się cały rynsztunek, który nosi na sobie para koni w powozie. To jest problem, który warto zaadresować. Tak jak zrobiliśmy to z pozostawianiem psów samych w nagrzanym aucie.
Zobacz także
Fakt również, że coraz więcej dużych miast, w tym Bruksela, odchodzi od pracujących koni w turystyce.
Jednak inny aspekt sporu podkreślił dr Marek Tischner z Uniwersytetu Rolniczego: gdy już dorożki wycofamy, co potem z końmi? Realne konsekwencje zmiany mogą być takie, że aby zachować płynność finansową, dorożkarze przeniosą się w inne miejsca. Bądź odsprzedadzą zwierzęta tam, gdzie już nie będą obwarowane przepisami i pod tak ścisłą kontrolą.
Inne wyzwania z wycofywaniem koni z turystyki
Warto pamiętać, że przy zakazach trzeba jeszcze rozważyć, co dalej stanie się z tymi zwierzętami. Doktor Tischner nie wyklucza skrajnego przypadku, gdy konie mogą trafić do rzeźni.
Wracając znów do Zakopanego, widzimy również, że nawet najlepsze chęci mogą rozbić się o prozaiczne bariery. Jak chociażby koszty zakupu nowych pojazdów i infrastruktury do ich serwisowania. W efekcie rewolucja u fiakrów opóźnia się, bo zamiast planowanych 20 elektrycznych busów kupiono ledwo cztery.
