
Decyzją sądu Polska musi zapłacić blisko 6 miliardów złotych za zamówione, ale nieodebrane szczepionki firmy Pfizer przeciwko koronawirusowi. Chodzi o 60 milionów dawek w 2022 roku. Podczas gdy reszta Europy, która podczas pandemii też złożyła zbyt duże zamówienia, pokornie zapłaciła Pfizerowi "frycowe" i renegocjowała kontrakty, Polska pokazała mu środkowy palec. Efekt? Miliardy złotych kary, które musimy zapłacić, podczas gdy polscy politycy przerzucają się winą jak gorącym kartoflem.
To, co słyszymy teraz z ust polityków, to stek bzdur. Tusk mówi, że to wina Morawieckiego, chociaż raczej zawalił Dworczyk. Dworczyk z kolei od dawna mówi, że to przecież minister zdrowia w rządzie PiS, a nie on, zamawiał szczepionki.
PiS krzyczy, że kara za niedotrzymaną umowę z Pfizerem to wina Tuska, bo wiadomo, przecież Ursula von der Leyen, czyli jego koleżanka, zmusiła Polskę do kupienia milionów nadmiarowych szczepionek. Gdyby głupota miała skrzydła, część polityków (głównie) prawicy szybowałaby właśnie nad Andami.
Kto jest winny temu, że Polska prawdopodobnie będzie musiała zapłacić blisko 6 miliardów złotych Pfizerowi za zerwanie kontraktu na szczepionki? Cóż, ja widzę całą listę nazwisk, ale większość ludzi popełniła zupełnie inne błędy niż te, które im się zarzuca. I widzę, że każdy umoczony w tę sprawę usiłuje swoją odpowiedzialność rozmywać.
Niepotrzebne szczepionki to wina Morawieckiego? Cóż, trochę tak, ale będę go bronił
Przypomnijmy: podczas pandemii koronawirusa zakupy szczepionek koordynowały najwyższe władze Unii Europejskiej. Negocjowały z koncernami farmaceutycznymi, ale nie narzucały, ile kto ma wziąć. Nie jest więc tak, że Ursula von der Leyen powiedziała do szefa rządu PiS: "Mateusz, bierzesz 200 milionów dawek albo ani jednej, co wybierasz?"
Unia Europejska wynegocjowała z firmami cenę i warunki, ale to państwa członkowskie decydowały, ile dawek chcą zamówić. Polski rząd dobrowolnie podpisał zamówienie na taką, a nie inną liczbę szczepionek.
Fakt jest jednak taki, że cała Unia zakontraktowała po prostu za dużo szczepionek. Ich liczba sięgnęła aż 4,6 miliarda. Jako że we Wspólnocie mieszka 450 mln ludzi, aby wykorzystać te dawki, każdy mógłby być zaszczepiony po 10 razy i jeszcze by zostało. W błoto poszły miliardy euro. Unia potem renegocjowała kontrakty, ale i tak kilkaset milionów dawek (szacunki redakcji "Politico") poszło po prostu do kosza.
Ważny jest jednak kontekst. W 2021 roku COVID-19 pokazał swoje zabójcze oblicze. Panował strach i gdy tylko wynaleziono szczepionki, każdy wolał zamówić ich więcej, niż narażać się na to, by miało ich zabraknąć. Doskonale pamiętam też, że państwa UE planowały odsprzedaż szczepionek oraz przekazywanie ich biedniejszym krajom.
Rządy państw członkowskich dosłownie biły się o jak najwyższe wolumeny. Kiedy jedno państwo rezygnowało z jakiejś liczby szczepionek, jego pulę momentalnie wyszarpywały sobie inne kraje. I wtedy UE była chwalona za zabezpieczenie potrzeb swoich obywateli. Ale mimo wszystko gremialnie zamówiliśmy po prostu za dużo.
Nie można też nie zauważyć, że sam proces opracowywania szczepionek był po prostu majstersztykiem. Normalnie zajmuje to jakieś 10-15 lat. Dzięki wysiłkom naukowców i inżynierów (trzeba było przecież opracować również metody magazynowania i transportu szczepionek) ten okres został skrócony do kilkunastu miesięcy.
Na świecie i w Polsce panował wtedy potworny chaos. Jak czytamy w raporcie NIK na temat szczepionek, polski minister zdrowia pisał do unijnych urzędów alarmujące pisma, że zamawiamy za dużo i szczepionki się zmarnują, ale jednocześnie zamawiał kolejne miliony dawek. Rozdwojenie jaźni na pełnej.
Rząd PiS zamówił za dużo szczepionek na COVID. Bezmyślność czy próba przewału?
Za zamawianie szczepionek odpowiadał w Polsce formalnie minister zdrowia (najpierw Łukasz Szumowski, potem Adam Niedzielski), ale musiał działać w porozumieniu z Michałem Dworczykiem (koordynatorem programu szczepień) i premierem Mateuszem Morawieckim. Jednocześnie wiemy, że członkowie i podwładni tej ekipy podczas pandemicznych zakupów popełniali nie tylko głupie błędy, ale zahaczali o działania bezrefleksyjne i obarczone korupcją.
Widzieliśmy na przykład piękny, wielki samolot wypełniony bezwartościowymi maseczkami, miliony przewalone na szwalnie, które nie szyły maseczek i gigantyczne szpitale polowe bez pacjentów. W błoto poszły miliardy złotych, wydawane już nawet nie bez jakiejś głębszej refleksji, ale po prostu wbrew ostrzeżeniom, logice i zdrowemu rozsądkowi.
Jest tu jeszcze jeden ważny wątek. Rządząca wtedy prawica z jednej strony namawiała do szczepień, a z drugiej dopieszczała środowiska antyszczepionkowe. To było kolejne rozdwojenie jaźni.
Owszem, mam pełną świadomość, że za antyszczepionkowcami stała i stoi ruska propaganda. To była wspaniała operacja kremlowskich oficerów: rozbić jedność Unii, osłabić zdrowy rozsądek, sycić foliarzy i podkopywać zaufanie do państwa, władzy, nauki i zdrowego rozsądku.
Zobacz także
Z szacunków z końca 2023 roku wynikało, że Polska ma jeden z najniższych poziomów zaszczepienia społeczeństwa w Unii Europejskiej (59 proc. zaszczepiło się co najmniej jedną dawką, a 51 proc. społeczeństwa jest w pełni zaszczepiona). Gorszy wynik w UE mają jedynie Chorwacja, Słowacja i Rumunia.
To dane pokazujące dramatyczne niedouczenie rodaków i podatność na idiotyczną propagandę. Dla porównania: wedle unijnych danych w pełni zaszczepionych zostało 80 proc. dorosłych obywateli UE.
Szczepionki Pfizer. Polska jak zwykle sama na placu boju
Wróćmy jednak do pieniędzy. Jak to możliwe, że tylko Polska i Rumunia zdecydowały się zerwać kontrakt bez żadnego trybu? I dlaczego tylko my stoimy dziś pod pręgierzem Pfizera, podczas gdy reszta Europy przygląda się temu widowisku z ciekawością?
Ważne są tu dwie kwestie. Jedna to umowy z Pfizerem. Unia Europejska, negocjując w imieniu państw członkowskich, zgodziła się na warunki, które w cywilnym obrocie i normalnych okolicznościach nazwalibyśmy lichwiarskimi.
Większość kontraktów z tą firmą podlega prawu belgijskiemu, które jest niezwykle rygorystyczne w kwestii dotrzymywania umów (pacta sunt servanda). A Pfizer to nie Caritas, tylko korporacja, która ma armię prawników lepszą niż niejedno państwo.
I jakoś tak wyszło, że inne kraje zdały sobie sprawę z faktu, że przed belgijskim sądem nie mają szans na wygraną, więc wybrały mniejsze zło. W maju 2023 roku Komisja Europejska doprowadziła do renegocjacji kontraktów. Zawarta została ugoda i większość państw UE na nią przystała. Państwa zapłaciły Pfizerowi opłatę za anulowanie części dostaw (taki "haracz" za nieodebranie towaru) i rozłożyły resztę dostaw na lata.
My w Polsce uznaliśmy, że jakoś to będzie. No i znowu nie jest.
Polska pod wodzą ministra Niedzielskiego powiedziała, że nie. Uznaliśmy, że nie zapłacimy ani grosza i powołaliśmy się na siłę wyższą. Jaką? No pewnie, że wojnę Rosji przeciw Ukrainie. Jakim cudem w tęgich głowach ministrów rządu Zjednoczonej Prawicy zrodził się pomysł, że nie zapłacimy za zamówione szczepionki z powodu ataku sołdatów Putina na Ukrainę?
Tylko Polska użyła argumentu siły wyższej (force majeure). Rumunia i Węgry powołały się na inne kwestie, gdy w kwietniu 2022 roku zdecydowała się zerwać umowę. Pfizer uznał to za pierwszą salwę w potężnej batalii prawnej.
Władze Polski twierdziły, że skoro wydajemy miliardy na pomoc uchodźcom, to nie mamy już pieniędzy na szczepionki, których nikt nie chce. Problem w tym, że w prawie handlowym "brak pieniędzy" to rzadko kiedy siła wyższa. Dla Pfizera wojna w sąsiednim kraju nie zwalnia z płacenia faktur. To był ryzykowny hazard, który właśnie przegrywamy.
Nie da się jednak nie zauważyć, że Prokuratura Europejska (EPPO) zajmowała się sprawą braku przejrzystości w negocjacjach na szczycie UE. To on sprawił, że kraje członkowskie dostały gotowy produkt (umowę), którego nie mogły zmienić. Mamy przecież słynne SMS-y Ursuli von der Leyen do szefa Pfizera, Alberta Bourli. One nie są wymysłem i to rzuca cień na całą procedurę, ale – co ważne – nie zwalnia z odpowiedzialności finansowej państwa, które na tę umowę przystało.
Gorący kartofel nowej ekipy
Prawica pyta dziś, dlaczego rząd Tuska nie dogadał się z Pfizerem zaraz po przejęciu władzy. Cóż, sprawa jest w miarę prosta. Był koniec 2023 roku, a sprawa niedotrzymanej przez Polskę umowy na szczepionki była już wtedy w sądzie w Brukseli. Ugoda na tym etapie oznaczałaby przyznanie się do błędu i konieczność zapłacenia miliardów "z ręki", co politycznie jest nie do sprzedania.
Tusk i kolejni ministrowie zdrowia wolą czekać na wyrok i zwalić winę na "zaszłości po PiS", niż teraz wyłożyć blisko 6 miliardów na stół. W sumie Polska i tak będzie musiała zapłacić, bo to, że nie dotrzymała warunków umowy, jest oczywiste. Pokazał to wyrok pierwszej instancji, w drugiej nie możemy spodziewać się cudów.
I tak oto stoimy w rozkroku: między dawną ekipą PiS, która uznała, że prawo międzynarodowe to tylko sugestia, a obecną, która boi się przeciąć ten wrzód, bo w budżecie widać już dno. Inne kraje zapłaciły "frycowe" i już dawno zapomniały o sprawie. My, z ułańską fantazją i Rumunami u boku, idziemy na czołowe zderzenie z korporacją, która nie zna litości.
Finał? Pfizer i tak dostanie te pieniądze. Tylko że my zapłacimy je z gigantycznymi odsetkami i kosztami procesowymi, o których politycy w telewizji na pewno nie wspomną, kłócąc się o to, kto pierwszy podał rękę Ursuli, jakby to miało jakiekolwiek znaczenie.
