Janusz Kowalski, Dariusz Matecki i Ewa Zajączkowska-Hernik: dla nich nieważne, co piszą w social mediach, byle pisać dużo i kontrowersyjnie
Prawda się nie klika, ale kłamstwo nieźle płaci. Witamy w cyfrowym cyrku z Wiejskiej Fot. Mariia Shalabaieva / Unsplash / Dariusz Matecki / X.com / Janusz Kowalski / X.com / Ewa Zajączkowska-Hernik / X.com / Montaż: INNPoland.pl

Kiedyś za kłamstwo w polityce płaciło się dymisją, dziś dostaje się za nie dolary. Im więcej poseł zrobi zamieszania w sieci, tym (dla niego) lepiej. Komentujący wytykający kłamstwo mile widziani, bo każda riposta pod wpisem polityka, który wygaduje bzdury, to mała cegiełka do jego zysku. Wybrańcy narodu opanowali do perfekcji sztukę zamieniania nienawiści w twardą walutę. Jeśli nie chcesz się denerwować, lepiej nie czytaj...

REKLAMA

Pamiętacie czasy, gdy politycy w mediach społecznościowych ze sobą dyskutowali, próbowali merytorycznie punktować przeciwników? No dobra, ja też nie, ale kiedyś przynajmniej udawali. Robili coś, co miało sens z politycznego punktu widzenia. Wszystko zepsuły pieniądze.

Jak to? Pewnie ty też masz wrażenie, że politycy wpadają na X czy Facebooka tylko po to, by walnąć coś głupiego i kontrowersyjnego, a potem znikają. Nie reagują, nie dyskutują. Wiecie dlaczego? Bo im się to opłaca. Dosłownie.

Mechanizm mediów społecznościowych jest prosty, genialny i głęboko niemoralny: im więcej osób napisze pod twoim wpisem "co za bzdury?!", tym więcej reklam wyświetli się w komentarzach, a ty dostaniesz od Elona Muska albo Marka Zuckerberga soczysty procent od przychodów.

W efekcie polska polityka zamieniła się w wyścig o to, kto napisze coś głupszego, bardziej obraźliwego lub absurdalnego. Bo prawda jest nudna i słabo się klika. Podobnie dobre wychowanie. Kiedyś polityk pisał bzdury, bo chciał przypodobać się twardemu elektoratowi. Dzisiaj pisze bzdury, bo na tym zarabia. Nie walczy o wyborców, ale swoją farmę.

Jak politycy zarabiają na internautach w mediach społecznościowych?

Od razu zaznaczę: bardzo trudno jest sprawdzić, którzy z polskich polityków mają tzw. monetyzowane konta w mediach społecznościowych. Aby zarabiać na swoim kontencie, czyli tym, co się wrzuca, trzeba mieć odpowiednią liczbę fanów, często publikować i budzić emocje. Nie da się też sprawdzić, ile ktoś zarobił. Na ogół nie są to kwoty wysokie, ale kilkadziesiąt dolarów z jednego serwisu, kilkadziesiąt z drugiego, kilkaset z trzeciego i robi się skórka warta wyprawki.

W polityce nie zarabia się kokosów, jeśli nie jest się u władzy. Owszem, eurodeputowani dostają świetne pieniądze, ale szeregowi posłowie utrzymujący się z zasiadania w Sejmie z pewnością pochylą się nad tymi kilkoma stówkami zielonych, jakie mogą wpaść na ich konto łatwo i bez wysiłku.

Monetyzacja wpisów to jedno. Jednak twórcy polityczni zarabiają też na angażowaniu. Im więcej ludzi coś skomentuje, tym bardziej lubią to algorytmy mediów społecznościowych. Kontrowersyjny, a nawet głupi wpis budzi większe emocje i jest częściej wyświetlany i proponowany innym. A więc opłaca się pisać głupio, by dotrzeć do większej liczby ludzi. Głupie? Tak. Skuteczne? Aż za bardzo.

Jest jeszcze jedna przyczyna, dla której politycy (teraz skupiamy się na polskich) sadzą w społecznościówkach takie kocopoły. To metoda wymyślona kiedyś w sztabie Donalda Trumpa. Nazywa się "flood the zone (with shit)", czyli "zalać strefę (g*wnem)". Celem tej manipulacji medialnej i komunikacyjnej jest sparaliżowanie debaty publicznej poprzez zalanie jej ogromną ilością bzdur, sprzecznych informacji, teorii spiskowych i szumu informacyjnego.

Nie chodzi o przekonanie odbiorców do jednej, konkretnej kłamliwej wersji wydarzeń, ale doprowadzenie do sytuacji, w której prawda staje się niemożliwa do odróżnienia od fałszu. Odbiorca, zmęczony chaosem, przestaje wierzyć komukolwiek. Prawdziwe informacje tracą znaczenie i znikają w informacyjnym szumie. Tym lepiej dla patopolityków.

Gwiazdy klików za bzdury

W cyrku na Wiejskiej mamy dyżurnych akrobatów, którzy dla zasięgów zrobią niemal wszystko. Dla części z nich może się to wiązać z dochodem finansowym, do bilansu zysków dopisujemy jednak przede wszystkim rozpoznawalność.

  • Dariusz Matecki (PiS): To król polskiego X-a, jeśli chodzi o masową produkcję postów. Jego strategia to "zasypać przeciwnika kontentem". Wrzuca dziesiątki wpisów dziennie, z których większość ma jeden cel: wywołać wściekłość po drugiej stronie. Każda "burza pod postem" Mateckiego to dla niego konkretne pieniądze.
  • Janusz Kowalski (PiS): Mistrz emocjonalnego Caps Locka. Jego wpisy o "suwerenności" czy "niemieckich spiskach" są tak przerysowane, że aż proszą się o komentarz. I właśnie o to chodzi – Kowalski nie potrzebuje, żebyś się z nim zgadzał. On potrzebuje, żebyś mu odpisał, choćbyś miał go tylko wyśmiać. Gdy patrzy na swoje konto, to on śmieje się ostatni.
  • Ewa Zajączkowska-Hernik (Konfederacja) to przypadek podręcznikowy. Jej wpisy są skrojone pod algorytm – są ostre, polaryzujące i uderzające w najczulsze struny emocjonalne. To model "polityka-influencera", który wie, że jedno kontrowersyjne nagranie z Parlamentu Europejskiego, obudowane odpowiednio "zaczepnym" opisem, wygeneruje zasięgi warte tysiące euro. Dla niej X to nie tablica ogłoszeniowa – to dodatkowy etat. Często gada bzdury, rzadko polemizuje. Interes się kręci.
  • Roman Giertych (KO): Po drugiej stronie barykady mamy mecenasa-posła, który w budowaniu zasięgów na zwalczaniu PiS-u osiągnął mistrzostwo. Jego "sieć na PiS" to maszyna do robienia zasięgów (i potencjalnie pieniędzy), oparta na nieustannym grillowaniu przeciwnika.
  • Lista polityków z włączoną monetyzacją rośnie, a wraz z nią spada poziom debaty. Nie da się też nie zauważyć, że naprawdę mnóstwo polityków "pisze AI-em". Serio: ich wpisy nie są ich wpisami, ale tworami sztucznej inteligencji.

    Modeli jest wiele, ale wszystkie mają wbudowane pewne kalki językowe i podobnie tworzą strukturę wpisu. Uwierzcie mi: znam się na tym, sam często korzystam z AI i doskonale wiem, jak rozpoznać wpisy generowane przez sztuczną inteligencję. Większość polityków nawet nie stara się poprawić jej błędów… W końcu czas to pieniądz.

    Największym absurdem jest to, że my – wyborcy – sami finansujemy kłamstwa i szczucie polityków swoim oburzeniem. Każdy "cytat podaj dalej" z dopiskiem "zobaczcie, co on znowu napisał" to przelew na konto tego polityka. Opłaciło się.

    Politycy odkryli, że bycie "merytorycznym posłem sprawozdawcą" to finansowe samobójstwo. Prawda się nie sprzedaje. Lepiej wrzucić kłamstwo o "jedzeniu robaków" albo "mafiach VAT-owskich", bo to gwarantuje tysiące komentarzy. Doszliśmy do momentu, w którym polski poseł zarabia na tym, że otwarcie robi z nas durniów. I robi to całkowicie legalnie, w przerwie między głosowaniami, za które też mu płacimy. Nic, tylko pleść co ślina na język przyniesie, a potem klikać "publikuj".

    Na czym i jak zarabia poseł-influencer?

    Kiedyś od polityki był X. Taka była niepisana umowa. Dziś mamy wiele platform, na których politycy kuszą i mogą zarabiać. Jest TikTok z szybką adrenaliną i "live’ami". To tutaj królują Sławomir Mentzen i Ewa Zajączkowska-Hernik. Tu rządzą krótkie, 15-sekundowe cięcia, dynamiczne napisy i "masakrowanie" przeciwnika, którego słowa wcześniej wyrwało się z kontekstu.

    Poza zasięgami, które budują markę, na TikToku dochodzą prezenty podczas transmisji na żywo. To surrealistyczny widok: poseł mówi o podatkach, a na ekranie wyskakują mu cyfrowe "róże" czy "diamenty" od fanów, które zamieniają się na realną gotówkę.

    Z kolei Facebook to bastion Dariusza Mateckiego czy Janusza Kowalskiego. Tutaj liczy się udostępnienie. Obrazki z mocnymi napisami, ankiety pod kliki ("Kto jest za Polską, daje lajka!") i granie na silnych, narodowych lub rodzinnych emocjach. Poza tym... Facebook płaci politykom za tzw. in-stream ads w dłuższych materiałach wideo. Im więcej osób "skomentuje dla zasięgu", tym dłużej film krąży w sieci, generując przychody z reklam.

    YouTube to platforma, na której politycy stają się redaktorami naczelnymi. Mamy więc programy publicystyczne, komentarze do bieżących wydarzeń, a nawet vlogi z kulis Sejmu. I tutaj pieniądze są największe. Są tu AdSense (reklamy przed filmem), płatne subskrypcje kanału i tzw. superchaty podczas transmisji live (widz płaci, żeby jego komentarz wyświetlił się na kolorowo). To kopalnia złota dla formacji takich jak Konfederacja czy poszczególnych posłów z ogromnymi zasięgami.

    Instagram zaś służy do ocieplania wizerunku. Tutaj politycy pokazują swoje psy, domowe obiady i "harówkę" za biurkiem. Ale i tu nie ma nic za darmo – budowanie "ludzkiej twarzy" pozwala na łatwiejsze przemycenie politycznego przekazu w relacjach (Stories), które mają najwyższą klikalność.

    Stworzyliśmy system, w którym politycy są opłacani przez gigantyczne, zagraniczne korporacje technologiczne za to, że maksymalnie skłócają polskie społeczeństwo. Im bardziej jesteśmy podzieleni, tym wyższe słupki w panelu monetyzacyjnym u naszych reprezentantów. To tragiczny paradoks – płacimy politykom publicznie w złotówkach za budowanie zgody, a oni zarabiają prywatnie i w obcej walucie na napędzaniu nienawiści, kłótni i chaosu.