Tor Poznań w 1980 roku
Tor Poznań ginie przez "zaskoczonych". Czy ktoś w końcu ukróci tę bezmyślną roszczeniowość? Fot. Stiopa / Wikipedia / CC-BY-SA-4.0

Najstarszy, kultowy i de facto ostatni profesjonalny tor wyścigowy w Polsce, Tor Poznań, odchodzi do historii. Powód? Ten sam, który od lat z mapy Polski wycina lotniska, strzelnice i wiatraki: hałas. Hałas, który nagle zaczął przeszkadzać ludziom, wprowadzającym się dobrowolnie, świadomie i tanio w jego bezpośrednie sąsiedztwo.

REKLAMA

Kto doprowadził do zamknięcia de facto jedynego polskiego toru wyścigowego z prawdziwego zdarzenia? Tak, zgadliście: roszczeniowi sąsiedzi, którzy najpierw skorzystali z niskich cen pobliskich działek, a potem odkryli, że przeszkadza im dźwięk silników.

To sytuacja tak absurdalna, że gdyby była scenariuszem komedii, uznalibyśmy ją za zbyt naciąganą. Ale w Polsce to nasza codzienność. Dodam tylko, że ten tor powstał w 1977 roku i dopiero później w jego okolicach zaczęto budować domy. Jego istnienie nie jest żadnym zaskoczeniem dla mieszkańców pobliskich zabudowań. Młodsza niż Tor Poznań jest ponad połowa Polaków! Mediana wieku w Polsce to ok. 43 lata.

Poza tym Tor stoi tuż obok lotniska, którego początki sięgają... 1913 roku. Otwierał je cesarz Wilhelm II. I tu też nagle komuś zaczął przeszkadzać hałas...

Logika działki pod pasem startowym

Mechanizm jest zawsze ten sam. Deweloper znajduje tanie grunty w pobliżu samotnego obiektu, który generuje uciążliwy hałas (tor, lotnisko, poligon). Buduje tam domy, zachęcając atrakcyjną ceną. Ludzie kupują, wprowadzają się, a po pierwszym weekendzie z ryczącymi silnikami biegną do prawnika. Ryk silnika na torze lub lotnisku? No kto by się spodziewał!

Ale i sami się budują w miejscach, które na zdrowy rozum kompletnie się do tego nie nadają. Pamiętacie lotnisko Krzesiny? Gdy w 2006 roku wylądowały tam polskie F-16, nagle wybuchła afera. Mieszkańcy okolicznych osiedli, które deweloperzy pobudowali wokół bazy wojskowej (działającej tam od dekad!), zaczęli żądać odszkodowań i wyciszenia samolotów wielozadaniowych. To tak, jakby kupić mieszkanie nad piekarnią i składać skargi, że rano pachnie chlebem.

Podobnie było z Torem Kielce w Miedzianej Górze. Kultowy obiekt został niemal zduszony przez protesty mieszkańców, którzy zbudowali się przy samym asfalcie. To samo spotkało dziesiątki mniejszych obiektów. Budujemy się gdziekolwiek, byle taniej, a potem żądamy, by świat wokół nas przestał istnieć. Przecież to idiotyzm, ale u nas niestety również codzienność.

"Zaskoczeni" przez rzekę i chaos budowlany

Ta bezmyślna roszczeniowość nie dotyczy tylko hałasu. To samo dzieje się z wodą. W Polsce mamy setki przykładów ludzi, którzy wybudowali domy na terenach zalewowych, polderach czy w starorzeczach (bo widok na rzekę był taki ładny!). A kiedy przychodzi woda stuletnia (która statystycznie zdarza się co dekadę), pojawia się święte oburzenie: "Jak to nas zalało? Gdzie było państwo?! Daj odszkodowanie!".

Ile ostatnio słychać o miastowych, którzy przeprowadzili się na wieś i marudzą, że im gnojówką śmierdzi? To realne dramaty rolników i procesy sądowe. W Polsce były już przypadki, gdzie sądy nakazywały rolnikom płacenie gigantycznych odszkodowań nowym mieszkańcom, bo... zapach świń przeszkadzał im w grillowaniu.

To czysty absurd. Człowiek świadomie i z własnej woli wprowadza się na teren rolniczy, który w planach zagospodarowania od dekad służy do produkcji żywności, a potem skarży rolnika za to, że ten zajmuje się rolnictwem. To tak, jakby wprowadzić się do portu i pozwać morze o to, że jest mokre. Efekt? Rolnicy, przerażeni wizją bankructwa przez kary, likwidują hodowle. Wieś zamienia się w sypialnię, a my dziwimy się, że żywność w sklepach drożeje, bo musimy ją sprowadzać z zagranicy.

Problem tkwi głębiej – w absolutnym chaosie przestrzennym. W Polsce buduje się wszędzie, bez ładu i składu. Rozproszona zabudowa to nasza zmora. Chcemy mieszkać w lesie, z dala od sąsiada, ale jednocześnie żądamy, by gmina dociągnęła tam asfalt, wodociąg i światłowód za grosze. To przez ten brak "strefowania" nie da się w Polsce postawić wiatraka. Gdziekolwiek nie wbijesz łopaty, w promieniu 500 metrów stoi jakiś dom, którego właściciel właśnie namiętnie pisze petycje o zakaz wszystkiego.

Szybowce na Bemowie i policyjny Blackhawk

Sam to znam z własnego (praktycznie dosłownie) podwórka. Mieszkam tuż obok warszawskiego lotniska na Bemowie. Ono tu jest od stu lat. Obrosło blokami i widok szybowca na niebie jest tak naturalny, jak dzik na trawniku. Każdy, kto w tej okolicy mieszka, lotnisko lubi. Latają tu szybowce, awionetki, są imprezy lotnicze. Jest też jednostka Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Owszem, śmigłowce trochę hałasują, ale nikt przy zdrowych zmysłach nie protestuje przeciwko obecności latających ratowników, bo nie wiadomo, czy nie będzie sam musiał skorzystać z ich pomocy. Wszyscy najbardziej narzekają na policję. Stróże prawa trzymają tu swojego Blackhawka, potwornie głośną maszynę, po której przelocie alkohol w barku zmienia się w gazowany.

Ale to lotnisko jest tu od ponad 100 lat i nikomu nie przychodzi na myśl jego likwidacja. Co jakiś czas pojawia się jednak jakaś tajemnicza inicjatywa, której przedstawiciele twierdzą, że lotnisko przeszkadza mieszkańcom. Za każdym razem okazuje się, że za inicjatywą stoją deweloperzy, którzy ostrzą sobie zęby na piękny teren, który można byłoby zapełnić pięknymi, wielkimi betonowymi blokami.

Wróćmy jednak do torów wyścigowych. Ich zamykanie jest kompletnym absurdem. Tak, na bemowskim lotnisku działają też szkoły nauki i doskonalenia jazdy, odbywają się tu imprezy motoryzacyjne. Czasem nawet hałaśliwe, ale nie aż tak, jak koncerty. Komuś to przeszkadza? Połowa mieszkańców to właśnie tu robiła prawo jazdy i tu może doskonalić umiejętności jazdy, których Polakom niesamowicie brakuje. Wiedzą, że woda jest mokra i gdzie zdecydowali się zamieszkać.

Można inaczej? Można, więc czemu nie próbujemy

W Niemczech czy Holandii sprawa jest jasna: są strefy przemysłowe, są strefy rolnicze i są strefy mieszkalne. Jeśli budujesz się w strefie rolniczej, podpisujesz zgodę na to, że będzie śmierdzieć, będzie głośno i będą latać muchy. Koniec kropka. U nas każdy chce mieć wszystko naraz: leśną ciszę w mieście, luksus wsi w centrum i niskie ceny wszystkiego przy jednoczesnym blokowaniu lub likwidowaniu każdej inwestycji. Także tej, która była tu pierwsza, a dopiero potem przyszli deweloperzy.

Spójrzmy na Wielką Brytanię. Tam torów wyścigowych są dziesiątki. Słynne Silverstone, Brands Hatch, Donington Park – często otoczone domami, ale nikt ich nie zamyka. Dlaczego? Bo to ogromny przemysł, miejsca pracy i kultura bezpieczeństwa. Brytyjczycy wiedzą, że jeśli chcesz mieć mistrzów F1 (jak Hamilton czy Russell) i bezpieczne drogi, musisz mieć gdzie szkolić kierowców.

U nas policja i media powtarzają jak mantrę: "Chcesz się ścigać? Idź na tor!". Tylko pytanie brzmi: na który, skoro właśnie zamknęliście ostatni?

Zamykając Tor Poznań, wysyłamy jasny komunikat: w Polsce nie ma miejsca na pasję, profesjonalny sport i doskonalenie jazdy. Jest za to miejsce na patodeweloperkę pod pasem startowym i wieczne narzekanie na efekty własnych decyzji. Ręce opadają, bo za chwilę jedynym miejscem do jazdy w tym kraju będzie korek na trasie S8. Tory i lotniska potrzebują takiej ochrony przed deweloperami i ludźmi skuszonymi tanimi mieszkaniami, jak rolnicy przed roszczeniowymi miastowymi. Natychmiast.