
Podczas gdy cała Polska mierzy się z ubytkiem naturalnym, jedynie Małopolska odnotowała symboliczny wzrost liczby ludności. Analizujemy najnowszy raport GUS, który pokazuje postępujące starzenie się społeczeństwa i ucieczkę mieszkańców z miast.
Liczby są nieubłagane: na koniec roku populacja Polski liczyła 37,3 mln osób, co oznacza spadek o 156 tys. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Choć 0,42 proc. spadku w skali kraju może wydawać się wartością marginalną, to dynamika tego procesu oraz rozbieżność z oficjalnymi prognozami budzą uzasadniony niepokój.
Prognozy nie doszacowały skali problemu
Jeszcze w połowie 2023 roku GUS przewidywał, że w 2025 roku liczba ludności wyniesie około 37,412 mln. Rzeczywistość zweryfikowała te założenia – różnica wyniosła aż 80 tys. osób na niekorzyść. Co gorsza, błąd prognozy powiększa się z każdym rokiem: z 15 tys. w 2023 roku do 80 tys. obecnie. To sygnał, że modele demograficzne, na których opieramy planowanie usług publicznych czy systemów emerytalnych, mogą być zbyt optymistyczne.
Głównym powodem tego stanu rzeczy jest drastyczny spadek dzietności. Wskaźnik ten, oscylujący w 2021 roku na poziomie 1,330, w 2024 roku runął do rekordowo niskiego poziomu 1,099. Eksperci od dawna alarmują, że Polska się wyludnia rekordowo. To "demograficzne tsunami" najbardziej uderzyło w grupę najmłodszą – liczba dzieci w wieku 0-14 lat jest o 140 tys. niższa, niż zakładano jeszcze trzy lata temu.
Choć ubytek naturalny (przewaga zgonów nad urodzeniami) odnotowano we wszystkich województwach, w miastach zmiana populacji jest bardziej widoczna (-0,55 proc. r/r) niż na terenach wiejskich (-0,22 proc. r/r). Jedynym regionem, który utrzymał symboliczną dynamikę dodatnią (0,01 proc.), jest województwo małopolskie.
Zobacz także
Ekonomiczne konsekwencje starzenia się
Dane GUS potwierdzają utrwalanie się trendu starzenia się społeczeństwa. Podczas gdy ubywa dzieci, populacja osób powyżej 65. roku życia jest o 30 tys. większa, niż przewidywały modele.
Łącząc to z wolniejszym, ale trwałym wydłużaniem się życia – warto zerknąć, jak długo żyje się w Polsce. GUS podał najnowsze dane, pokazujące rekordowe wskaźniki – otrzymujemy obraz gospodarki, w której coraz mniejsza grupa pracujących będzie musiała utrzymać rosnącą liczbę emerytów.
To zjawisko stanowiące wyzwanie dla coraz większej liczby krajów na świecie, w tym naszych niemieckich sąsiadów. Z najnowszych analiz wynika, że poziom życia Niemców szybko leci w dół, sytuacja jest dramatyczna, a kryzys demograficzny stanowi jeden z głównych czynników osłabiających tamtejszą gospodarkę.
Scenariusze na przyszłość – co czeka Polskę?
Jeśli współczynnik dzietności utrzyma się na poziomie z 2024 roku, już w 2030 roku populacja Polski spadnie poniżej 37 mln, a w 2060 roku może nas być zaledwie 28,4 mln. Według prognoz GUS w 2060 roku Polaków będzie jedynie 30 milionów – a to wariant środkowy, bo w wariancie pesymistycznym ma nas być jeszcze mniej. To nie tylko problem statystyczny, ale przede wszystkim wyzwanie dla stabilności finansów publicznych, rynku nieruchomości i wzrostu PKB.
Demografia dawno przestała być tematem teoretycznych dyskusji. Niż demograficzny udowadnia, że dawne prognozy przeludnienia to były jedynie mrzonki. Za to depopulacja staje się palącym problemem ekonomicznym "tu i teraz". Co ciekawe, Polaków coraz mniej, ale mieszkań ciągle brak – tę pozorną sprzeczność tłumaczy postępujące osamotnienie społeczeństwa i koncentracja popytu w wielkich miastach.
W Polsce mamy przykład tzw. Polski C. Gminy uważane za nienadążające gospodarczo za resztą kraju wyludniają się jeszcze szybciej. "Polska C dla mnie – jako demografa – to ta Polska, gdzie w ciągu ćwierćwiecza zniknęło po 20-25 proc. mieszkańców" – powiedział w wywiadzie dla INNPoland dr Piotr Szukalski, profesor Uniwersytetu Łódzkiego z Katedry Socjologii Wsi, Miasta i Zmiany Społecznej.
Źródło: Tygodnik Gospodarczy
