
Za każdym razem, gdy słyszę o kolejnej piramidzie finansowej, której twórcy puścili tysiące Polaków z torbami, zastanawiam się, jak to możliwe, że wciąż wierzymy w pieniądze spadające z nieba. Najnowszy raport FinKids tylko utwierdził mnie w smutnym przekonaniu: nie uczymy dzieci jak mądrze zarządzać pieniędzmi, bo sami tego nie umiemy. Czas przestać udawać, że rodzice zawsze wiedzą najlepiej i pilnie oddać te lekcje profesjonalistom w szkołach... zanim nasze dzieci powtórzą nasze najgłupsze i najbardziej kosztowne błędy.
Kiedy patrzę na bilans polskich afer – od Amber Gold po GetBack – czuję coś w rodzaju irytacji. Te ludzkie tragedie nie wzięły się z kosmosu – wyrosły na podatnej glebie naszej powszechnej, ekonomicznej naiwności.
Uważam, że jedyną szansą na to, by kolejne pokolenie nie stało z płaczem przed prokuraturą, jest wprowadzenie obowiązkowych lekcji ekonomii do każdej szkolnej klasy. Ale nie ekonomii teoretycznej, akademickiej, lecz jak najbardziej praktycznej i codziennej. Skoro moje pokolenie dało się złapać na lep chciwości, nauczmy przynajmniej dzieciaki, jak demaskować oszustów.
Kto kogo powinien uczyć o pieniądzach?
Przyznam, że dane z najnowszego raportu FinKids bardzo mnie rozbawiły, choć to raczej śmiech przez łzy. Wynika z nich bowiem, że zaledwie 14 procent rodziców (!) miało odwagę porozmawiać z dzieckiem o funduszach czy ETF-ach. Patrzę na te statystyki i dochodzę do wniosku, że w tej sytuacji tradycyjny model edukacji musimy postawić na głowie.
Wprowadźmy ekonomię do szkół nie tylko po to, by uczyć dzieci, ale z nadzieją, że to one wrócą do domów i uświadomią finansowo swoich rodziców. Oczywiście nie wszystkich, ale zdecydowaną większość, bo statystyka jest dość bolesna.
Czasem mam wrażenie, że jako dorośli jesteśmy w stanie bez zająknienia wytłumaczyć dzieciom wszystko – od budowy pantofelka po tajemnice czarnych dziur – oprócz tego, jak działa procent składany i podatek dochodowy.
Dziwi mnie ten powszechny, domowy lęk przed tematem pieniędzy. Oszczędności Polaków wypadają niemal najgorzej w Europie – odkładamy średnio zaledwie 2 procent dochodu. Skoro rzucanie dzieciom kieszonkowego bez żadnych zasad po prostu nie działa, myślę, że jako państwo musimy przestać liczyć na cud i po prostu wpisać ekonomię do kanonu najważniejszych lekcji życia.
Szkoła musi nauczyć dzieci ekonomii, skoro rodzice bezradnie rozkładają ręce
Amber Gold, GetBack, piramidy finansowe obiecujące 50 procent zysku w tydzień, czy wreszcie "promocje" w parabankach na chwytliwy procent. Polskie kroniki afer finansowych ostatnich dekad czyta się jak zbiorowy akt oskarżenia przeciwko naszej powszechnej niewiedzy.
Jako społeczeństwo wciąż boleśnie udowadniamy, że nie rozumiemy, skąd biorą się pieniądze, nie odróżniamy przychodu od dochodu, a bezczelne oszustwo potrafimy entuzjastycznie pomylić z życiową okazją. Najgorsze jest to, że historia lubi się powtarzać – co jakiś czas rośnie nam nowy Amber Gold, a skala działania piramid finansowych bywa gigantyczna.
Powiedzmy to głośno: znaczna część dorosłych Polaków pod względem świadomości ekonomicznej jest już niemal stracona. Szansą na systemową zmianę jest potężna, państwowa inwestycja w edukację finansową dzieciaków. I to bezpośrednio w szkolnych ławkach. Skoro rodzice nie potrafią, to właśnie szkoła musi stać się miejscem, gdzie wychowamy pokolenie odporne na finansowych naciągaczy.
Przepaść między deklaracjami a praktyką. Co mówi raport?
Najnowsze badanie "Edukacji Finansowej Dzieci 2026" opublikowane przez FinKids.pl obnaża brutalną prawdę o tym, jak wygląda domowa nauka o pieniądzach. Intencje mamy świetne, ale na tym sukcesy się kończą.
Aż 83 proc. rodziców uznaje edukację finansową swoich pociech za kluczową dla ich przyszłości. Mimo to zaledwie połowa z nich podejmuje w tym kierunku jakiekolwiek regularne działania. Jeśli rodzic już "uczy" dziecko finansów, to nauka ta polega głównie na wspólnych zakupach lub pozwalaniu maluchowi na skanowanie produktów przy kasie samoobsługowej. Co jest fajne i przydatne, ale powinno iść dużo dalej.
Zagadnienia, które decydują o bezpieczeństwie życiowym w dorosłości – takie jak system emerytalny, mechanizmy ubezpieczeń czy podstawy inwestowania – są w polskich domach systematycznie i całkowicie pomijane.
Luka kompetencyjna, czyli dorosły potrafi tylko kliknąć w aplikację
Dlaczego rodzice unikają rozmów o poważnych pieniądzach? Odpowiedź jest prosta: sami ich nie rozumieją, a strach przed popełnieniem błędu i obnażeniem własnej ignorancji paraliżuje ich działania.
Spójrzmy na samoocenę wiedzy finansowej polskich rodziców. W obszarze e-bankowości (płatności, aplikacje, BLIK) aż 87 proc. czuje się pewnie. Ale gdy przechodzimy do inwestowania (giełda, fundusze, ryzyko), pewność siebie deklaruje już tylko 50 proc. – połowa błądzi we mgle.
Większość dorosłych myli sprawność techniczną (to, że potrafią wysłać przelew w telefonie) z realną wiedzą ekonomiczną. Kobiety oceniają swoje kompetencje inwestycyjne jeszcze surowiej niż mężczyźni.
W efekcie rodzice uznają, że o pomnażaniu kapitału można zacząć rozmawiać dopiero z nastolatkami, a temat funduszy inwestycyjnych czy prostych funduszy ETF poruszyło z dzieckiem zaledwie... 14 proc. badanych! To gigantyczne zaniedbanie, biorąc pod uwagę, że własnymi pieniędzmi dysponuje aż 77 proc. dzieci w Polsce, a ich głównym źródłem dochodu jest kieszonkowe.
Problem ciągnie się zresztą w kolejne pokolenia – jak opisywaliśmy, pokolenie Z nie umie rozmawiać o pieniądzach, bo w szkole zabrakło tej edukacji.
Zobacz także
Edukacja ekonomiczna. Dlaczego szkoła musi przejąć stery i zastąpić rodziców?
Nie możemy zostawić edukacji ekonomicznej w rękach rodziców, którzy sami są podatni na manipulacje i finansowy analfabetyzm. Edukacja finansowa w szkołach powinna stać się polską racją stanu z trzech kluczowych powodów.
Po pierwsze, szkoła wyrównuje szanse. Dziecko z domu, w którym żyje się od pierwszego do pierwszego na debecie, nie wyniesie zdrowych nawyków finansowych. Państwo musi wejść tam z profesjonalnym programem.
Po drugie, to koniec z metodą "na oko". Rodzice dają kieszonkowe, by uczyć samodzielności (56 proc.) i odpowiedzialności (51 proc.), ale jednocześnie przyznają, że nie ustalają z dziećmi żadnych jasnych zasad jego wydatkowania. Szkoła może dać dzieciakom twarde narzędzia do planowania budżetu.
Po trzecie, to strategia konia trojańskiego. Dobrze wyedukowane dzieci to najlepszy sposób na... edukację ich własnych rodziców. Dziecko, które na lekcji przedsiębiorczości dowie się, jak działa procent składany i ryzyko inwestycyjne, wróci do domu i zapyta: "Mamo, tato, a w co wy odkładacie na emeryturę? Czy ten fundusz, który obiecuje zyski bez ryzyka, to nie jest czasem piramida?".
Finansowy analfabetyzm rodzi demony
Brak twardej edukacji ekonomicznej w szkołach to bezpośrednie zaproszenie dla oszustów. Ludzie, którzy nie rozumieją relacji między ryzykiem a zyskiem, zawsze będą idealnymi ofiarami dla kolejnych mutacji Amber Gold. Jeśli ktoś wierzy, że instytucja finansowa może legalnie wypłacać kilkanaście procent zysku gwarantowanego w czasach, gdy stopy procentowe są niskie, to znaczy, że nie opuścił mentalnie ekonomicznego przedszkola.
To zresztą problem, który zaczyna się bardzo wcześnie – jak zauważają eksperci naTemat, młodzi Polacy żyją na kredyt, bo brakuje im edukacji finansowej, a postawy wobec pieniędzy dzieci przejmują wprost od rodziców.
Jak zauważa Dorota Wiśniewska z FinKids.pl: "Kluczem do poprawy sytuacji jest wsparcie rodziców gotowymi, powszechnie dostępnymi narzędziami, atrakcyjnymi dla dzieci. Niezwykle ważna jest także edukacja finansowa samych rodziców, zwłaszcza w obszarach takich jak podatki, ubezpieczenia oraz inwestowanie".
Skoro głównymi barierami w domach są brak wiedzy merytorycznej dorosłych (17 proc.) oraz nieznajomość metod dydaktycznych (16 proc.), czas skończyć z fikcją domowych lekcji zarządzania pieniędzmi. Rząd powinien wprowadzić obowiązkowy, nowoczesny i praktyczny przedmiot o finansach osobistych od najmłodszych klas szkoły podstawowej.
Bez nudnych regułek, za to z nauką zarządzania własnym kieszonkowym, obsługi budżetu i demaskowania internetowych oszustw. Warto przy tym korzystać z prostych, sprawdzonych ram – choćby takich jak zasada 50/30/20, będąca genialnym sposobem na oszczędzanie, którą bez trudu zrozumie nawet dziecko.
Inwestycja w edukację ekonomiczną dzieciaków to najtańsza i najskuteczniejsza tarcza antykryzysowa, jaką państwo może podarować przyszłym pokoleniom. W przeciwnym razie za kilka lat znowu będziemy oglądać w telewizji reportaże o tysiącach ludzi płaczących przed prokuraturą, bo "znowu ktoś ich oszukał".
Czy w szkołach powinien być przedmiot "Edukacja finansowa"?
16 odpowiedzi






