rolnik z dokumentem do podpisu
Zapach obornika pod wieżowcem? Resort chciał chronić wieś, wywołał miejską farsę Fot. sweet marshmallow / Shutterstock

Ministerstwo Rolnictwa chciało uciąć pozwy o zapach nawozu i pracę kombajnem po nocy. Idea słuszna, ale urzędnicy mocno przeszarżowali – stworzyli bubel prawny, przez który kupując dom na obrzeżach Warszawy czy Wrocławia, trzeba będzie u notariusza przysięgać, że akceptujemy pisk świń i zapach gnojowicy.

REKLAMA

Kiedy słyszę o kolejnych próbach pacyfikowania wielkomiejskich letników narzekających na pianie kura i wzywających policję do kombinatów rolniczych, zastanawiam się, jak głęboko sięga urzędnicza wyobraźnia. Sam pomysł ochrony polskich rolników przed roszczeniowymi sąsiadami jest szczytny, ale wykonanie poraża.

Zamiast precyzyjnej tarczy dla wsi stworzono prawno-biurokratycznego potworka, który rykoszetem uderzy w mieszkańców... Warszawy, Wrocławia i innych metropolii. Notariusze rwą włosy z głowy, a zwykli ludzie przy zakupie bliźniaka w mieście dostaną do podpisania absurdy, których nikt nie potrafi zinterpretować.

Miało być uciszenie miastowych na wsi, a wyszła wielkomiejska farsa

Spór między "prawdziwymi rolnikami" a "miejskimi letnikami", którzy wyprowadzają się na wieś i natychmiast zaczynają nasyłać policję, nadzór budowlany czy ochronę środowiska na pracujących w pocie czoła sąsiadów, trwa w Polsce od lat.

Scenariusz niemal zawsze wygląda tak samo: ktoś kupuje urokliwy dom pod miastem, po czym ze zdumieniem odkrywa, że wieś to nie jest milczący skansen, tylko zakład produkcyjny na świeżym powietrzu. Pojawia się hałas ciągników, ranny pisk świń, zapach gnojowicy i nocne koszenie zbóż.

I zaczyna się wojna na pozwy. Symbolem tego konfliktu stała się sprawa, w której zasądzono 120 tys. zł za zapach z chlewni, a PSL zapowiedział, że zapłaci karę za rolnika.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi postanowiło raz na zawsze ukrócić ten proceder i dać gospodarzom prawną tarczę. Powstał projekt nazywany potocznie "lex rolnik". Koncepcja była prosta: chcesz mieszkać na wsi? To podpisz u notariusza papiery, że wiesz, gdzie się wprowadzasz, i nie będziesz ciągał rolnika po sądach za to, że śmierdzi albo hałasuje. Podobną filozofię opisywaliśmy, gdy ruszyła rewolucja w budowie domów na wsi. Problem w tym, że przy pisaniu ustawy "coś mocno nie pykło".

Bydło w centrum stolicy? Wszystko przez plany ogólne

Jak to możliwe, że przepis stworzony dla obrony gospodarzy z Podlasia czy Wielkopolski dopadnie kogoś, kto kupuje segment na warszawskiej Białołęce albo we wrocławskim Jagodnie?

Wszystko rozbiło się o tzw. kryterium terytorialne. Urzędnicy z ministerstwa uznali, że nie będą dzielić Polski według prostego, administracyjnego podziału na "wieś" i "miasto". Zamiast tego powiązali obowiązek składania oświadczenia z dokumentami planistycznymi – czyli miejscowymi planami zagospodarowania przestrzennego oraz planami ogólnymi.

Intencją była ochrona rolników przed pozwami o uciążliwości zapachowe i hałas. Narzędziem ma być obowiązkowe oświadczenie kupującego dom u notariusza. Szkopuł w tym, że powiązanie przepisów z planami zagospodarowania zamiast granic wsi nijak się ma do rzeczywistości. Efekt? Przepis obejmuje formalnie rolne tereny w granicach miast.

I tu ujawnia się cały absurd. W granicach administracyjnych największych polskich miast znajdują się tysiące hektarów gruntów, które w dokumentach planistycznych wciąż figurują jako tereny o funkcji rolniczej – mimo że od dekad stoją tam osiedla, a najbliższe żywe zwierzę gospodarskie widziano tam w poprzednim stuleciu.

W efekcie człowiek kupujący zwykły dom w granicach metropolii będzie musiał przed notariuszem uroczyście oświadczyć, że ma pełną świadomość "możliwości prowadzenia działalności rolniczej na sąsiednich nieruchomościach" oraz że zgadza się na "hałas, zapachy, ruch maszyn oraz okresowe prace polowe". Jak opisywał naTemat, ten nowy wymóg dla kupujących nieruchomości to obowiązkowe oświadczenie u notariusza, które w zamyśle miało dotyczyć wyłącznie wsi.

Notariusze alarmują: nadchodzi biurokratyczny paraliż

Nowe propozycje spotkały się z natychmiastowym i wyjątkowo chłodnym przyjęciem ze strony środowiska notarialnego. Prawnicy zwracają uwagę, że projekt w proponowanym kształcie przyniesie drastyczny wzrost biurokracji i stworzy gigantyczne problemy interpretacyjne.

Przy każdej transakcji konieczne może być analizowanie dokumentów dotyczących nie tylko sprzedawanej nieruchomości, ale całego obrębu ewidencyjnego. Jak pisze "Wprost", wątpliwości budzi również brak precyzyjnych zasad ustalania niezbędnych informacji oraz faktyczna skuteczność samego oświadczenia.

Przedstawiciele rejentów podkreślają, że plany zagospodarowania przestrzennego w Polsce bywają niejednoznaczne i bardzo rzadko oddają rzeczywisty sposób użytkowania gruntów. Zmuszenie notariuszy do badania przeznaczenia wszystkich okolicznych działek przy rutynowej sprzedaży domu jednorodzinnego wydłuży transakcje, podniesie ich koszty i wprowadzi potężną niepewność prawną. Cała ta legislacja to zresztą element wyścigu o wieś – opisywaliśmy, jak prezydent ściga się z rządem o serca rolników w cieniu zapachu gnojowicy i znikających głosów.

Co z immisjami i sądami?

Projekt "lex rolnik" zawiera również zapisy, które wzbudzają nieco mniej emocji, a dotyczą tzw. immisji, czyli wpływu jednej nieruchomości na drugą (np. hałasem czy zapachem).

Przepisy wprowadzają domniemanie zgodności z prawem dla tradycyjnej działalności wytwórczej w rolnictwie – obejmując tym produkcję roślinną, zwierzęcą, sadowniczą, ogrodniczą czy rybną. W założeniu ma to ukrócić sytuacje, w których sądy nakładały na rolników kary za pracę po zmroku w trakcie żniw. Podobne roszczeniowe absurdy opisywaliśmy zresztą przy innej okazji, gdy okazało się, że Tor Poznań ginie przez "zaskoczonych" roszczeniowych.

Jednak nawet tu ustawodawca musiał zostawić furtkę. W przypadku ewentualnego sporu to wciąż sąd będzie każdorazowo badał, czy dana działalność rolnicza nie przekracza dopuszczalnych norm i czy jest prowadzona zgodnie z dokumentami planistycznymi.

Podsumowując: intencja obrony polskiej wsi przed absurdalnymi roszczeniami nowobogackich przesiedleńców z miast była w pełni zrozumiała. Jednak wylewanie dziecka z kąpielą i zmuszanie mieszkańców miejskich metropolii do podpisania zgody na gnojowicę pod oknem to podręcznikowy przykład na to, jak zepsuć dobrą koncepcję nieprzemyślaną legislacją.