Mateusz Morawiecki na tle sali sejmowej
Morawiecki ma miliony, a mimo to nie kupi sobie partii. Sprawdziłem, ile musiałby wydać, by zaistnieć Fot. Alexandros Michailidis / Shutterstock / Piotr Cierkosz / Unsplash / Montaż: InnPoland.pl

Temperatura sporu wewnątrz Prawa i Sprawiedliwości rośnie. Wiele osób zastanawia się, co planuje były premier Mateusz Morawiecki. Założenie nowej partii w Polsce brzmi porywająco, ale rzeczywistość finansowa błyskawicznie chłodzi głowy. Niewielu wyborców zdaje sobie sprawę, że zbudowanie ogólnokrajowej formacji od zera to wydatek dziesiątek milionów złotych. Prześwietlamy, na co Mateusz Morawiecki musiałby wyskrobać gotówkę i dlaczego własne miliony wcale mu nie pomogą.

REKLAMA

W Prawie i Sprawiedliwości wrze, a scenariusze dotyczące przyszłości ugrupowania zmieniają się już nie z tygodnia na tydzień, ale z godziny na godzinę. Bez względu na to, czy obóz Mateusza Morawieckiego zostanie ostatecznie wypchnięty z Nowogrodzkiej, czy sam zdecyduje się na kontrolowany "rozwód", w kuluarach coraz głośniej mówi się o stworzeniu nowej, umiarkowanie konserwatywnej i technokratycznej siły politycznej.

Wiele osób uważa, że majątek rodziny Morawieckich wystarczy do sfinansowania nowej siły politycznej. To nie tak: polskie prawo finansowania partyjnego stworzyło pułapkę, o której bogaci politycy wolą nie pamiętać. Nawet jeśli były premier ma dostęp do fortuny, przepisy zabraniają mu po prostu przelać kilkudziesiąt milionów na konto nowego ugrupowania.

Rachunek za polityczne marzenia. Ile kosztuje stworzenie "Partii Morawieckiego"?

Zbudowanie od zera formacji, która mogłaby realnie powalczyć o wejście do Sejmu, to nie tylko kwestia charyzmy, znanych twarzy i programu. To przede wszystkim gigantyczne przedsięwzięcie logistyczne i finansowe. Prześwietliliśmy finanse polskich partii i policzyliśmy, z jakimi kosztami musiałby zmierzyć się były premier, gdyby chciał stworzyć nową partię.

Aby to zrozumieć, trzeba zobaczyć, jakimi zasobami dysponują dzisiejsi liderzy. W polskim systemie politycznym pozycję dominującą gwarantują coroczne subwencje budżetowe, wywalczone w poprzednich wyborach parlamentarnych.

Z oficjalnych wyliczeń Państwowej Komisji Wyborczej wynika, że roczne kroplówki z budżetu państwa dla największych graczy wyglądają następująco:

  • Prawo i Sprawiedliwość: ok. 25,9 mln zł rocznie,
  • Koalicja Obywatelska: ok. 23,6 mln zł rocznie (z czego dla PO idzie ok. 22,5 mln zł),
  • Trzecia Droga: ok. 15,0 mln zł rocznie (dzielone po połowie na PSL i Polskę 2050),
  • Lewica: ok. 9,8 mln zł rocznie,
  • Konfederacja: ok. 8,4 mln zł rocznie.
  • W trakcie pełnej, czteroletniej kadencji Sejmu dwie największe partie – PiS i KO – akumulują z samej tylko subwencji po ponad 90–100 milionów złotych. To potężny bufor, który pozwala im finansować sztaby, zamawiać cotygodniowe badania opinii publicznej i utrzymywać stałe biura w każdym mieście powiatowym.

    Nowa partyjna inicjatywa na starcie ma w tej kasie dokładnie zero. Warto przypomnieć, że po wyborach 2023 roku rekordowe subwencje partyjne najwięcej dały PiS, ale to Polska 2050 zyskała najbardziej – łącznie partie podzieliły wtedy między siebie 84,2 mln zł rocznie.

    Skąd partie w Polsce biorą pieniądze? Sztywne gorsety prawne

    Polska ustawa o partiach politycznych jest jedną z najbardziej rygorystycznych w Europie. Po aferach z lat 90. całkowicie zakazano sponsorowania polityki przez firmy i przedsiębiorstwa. Główne źródła finansowania ugrupowań to dziś subwencja budżetowa (wypłacana co kwartał partiom, które w wyborach do Sejmu przekroczyły próg 3 proc. głosów lub 6 proc. dla koalicji), dotacja podmiotowa (jednorazowy zwrot z budżetu za każdy zdobyty mandat), składki członkowskie oraz darowizny od osób fizycznych – wyłącznie obywateli Polski z prawem wyborczym.

    Ta ostatnia kategoria od lat budzi największe emocje. Opisywaliśmy m.in., jak konto PiS puchło o 325 tys. zł w 2 tygodnie dzięki prezesom państwowych spółek – to praktyka w pełni legalna, ale pokazująca, że budowa sieci zamożnych darczyńców jest w polityce absolutną koniecznością.

    Na co idą te miliony? Struktura wydatków partii

    Prowadzenie partii politycznej przypomina zarządzanie rozbudowaną korporacją, która dodatkowo co cztery lata musi przeprowadzić gigantyczną operację marketingową. Wydatki dzielą się na dwie główne grupy.

    Koszty stałe, poza okresem wyborczym, to przede wszystkim infrastruktura terenowa (wynajem biur i lokali w każdym z 41 okręgów wyborczych), wynagrodzenia (działy prawne, analitycy, eksperci od social mediów, rzecznicy prasowi, księgowi), marketing i PR (bieżące kampanie w sieci, organizacja konwencji, konferencji i wyjazdów regionalnych) oraz sondaże i ekspertyzy, bo praca na twardych danych socjologicznych kosztuje setki tysięcy złotych miesięcznie.

    Drugą grupę stanowią koszty kampanii wyborczej. Ustawowy limit wydatków dla jednego komitetu w wyborach do Sejmu i Senatu wynosi około 35–40 milionów złotych. Najsilniejsze partie wykorzystują ten limit niemal do ostatniego grosza, inwestując w bilbordy, reklamy telewizyjne, maile, ulotki i płatne zasięgi w mediach społecznościowych.

    Szacunkowy koszt startu nowej partii do pierwszych wyborów:

  • Budowa struktur i biur w 41 okręgach: ok. 3–5 mln zł
  • Bieżąca obsługa, PR, badania, konwencje: ok. 5–8 mln zł
  • Ogólnokrajowa kampania wyborcza: ok. 15–20 mln zł (minimum dla realnej walki)
  • Łączny budżet wejścia do gry: ok. 23–33 mln zł
  • Złoty próg 6 proc. Na jaką subwencję mógłby liczyć Morawiecki?

    Przełamaniem finansowego klinczu dla nowego ugrupowania jest przekroczenie progu subwencyjnego w wyborach parlamentarnych. System wyliczania subwencji w Polsce ma charakter degresywny – za pierwsze głosy państwo płaci najwięcej za sztukę, za kolejne stawkę obniża. Do 5 proc. głosów jest to 5,77 zł za każdy głos, a od 5 do 10 proc. – 4,61 zł. Dokładnie ten mechanizm rozkładaliśmy już na czynniki pierwsze: wybory parlamentarne 2019 pokazały, jak wyglądają subwencje i pieniądze dla partii za głosy.

    Załóżmy scenariusz, w którym nowa formacja Mateusza Morawieckiego idzie do wyborów samodzielnie, przekracza próg wyborczy i zdobywa 6 proc. głosów. Przy frekwencji na poziomie około 19 milionów wyborców, 6 proc. przekłada się na około 1,14 miliona ważnych głosów.

    Pierwsze 5 proc. głosów (950 tys.×5,77 zł) daje ok. 5,48 mln zł, kolejny 1 proc. (190 tys.×4,61 zł) – ok. 0,88 mln zł. Łącznie mówimy więc o około 6,36 mln zł rocznie.

    W trakcie całej 4-letniej kadencji daje to sumę ponad 25,4 mln zł. Taki wynik sprawia, że nowa partia z miejsca staje się podmiotem samofinansującym, a początkowa inwestycja całkowicie się zwraca. Co ciekawe, ten scenariusz wcale nie jest fantazją – w najnowszym sondażu PiS ma ledwo 17,7 proc., a nowa partia Morawieckiego namieszałaby z wynikiem 6,2 proc.

    Majątek Morawieckiego a ściana prawa. Dlaczego własne miliony nie pomogą?

    W tym miejscu dochodzimy do najbardziej intrygującego wątku całej układanki. Mateusz Morawiecki uznawany jest za jednego z najzamożniejszych ludzi w polskiej polityce. Przed wejściem do rządu zarabiał miliony jako prezes BZ WBK (dzisiejszy Santander). Z oficjalnych oświadczeń majątkowych wynika, że posiada kilka milionów złotych w gotówce i obligacjach.

    Ponadto znaczna część majątku nieruchomościowego (szacowanego przez media na kilkadziesiąt milionów złotych) została przepisana na jego żonę, Iwonę Morawiecką – szczegółowo analizowaliśmy to, gdy Mateusz Morawiecki złożył swoje oświadczenie majątkowe.

    Intuicja podpowiadałaby: "Skoro były premier i jego rodzina mają dziesiątki milionów, to mogą sami sfinansować nowy projekt!". Nic bardziej błędnego. Polskie prawo nakłada tu blokadę. Morawiecki nie może wyłożyć pieniędzy przez żadną ze spółek czy podmiotów biznesowych.

    Ustawa stanowi też, że łączna suma wpłat od jednej osoby fizycznej na rzecz partii politycznej w jednym roku nie może przekroczyć 15-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę, a wpłata na Fundusz Wyborczy w roku wyborczym – 25-krotności pensji minimalnej (jeśli odbywają się więcej niż jedne wybory).

    Przy minimalnej pensji na poziomie około 4600–4800 zł jeden obywatel (nawet jeśli nazywa się Mateusz Morawiecki albo Iwona Morawiecka) może przelać na partię i jej fundusz wyborczy maksymalnie około 145 – 190 tysięcy złotych w ciągu roku wyborczego. Oznacza to, że były premier – nawet gdyby chciał wydać z własnej kieszeni 20 milionów złotych – nie może tego zrobić legalnie w prostym przelewie.

    Aby zgromadzić 20 milionów złotych, Morawiecki musiałby zbudować sieć co najmniej stu kilkudziesięciu zamożnych sympatyków i przedsiębiorców, z których każdy wpłaciłby maksymalny dopuszczalny limit. Alternatywą jest masowy crowdfunding – czyli przekonanie kilkudziesięciu tysięcy drobnych darczyńców do wpłat po 100 czy 200 złotych.

    A co ze stowarzyszeniem "Rozwój Plus"?

    Morawiecki faktycznie takowe założył i ściągnął do niego część parlamentarzystów. I to z jego strony bardzo dobry, przyszłościowy ruch. Stowarzyszenie to genialny instrument do budowania politycznego zaplecza "na przedpolu", ale w momencie ogłoszenia kampanii wyborczej natrafia na prawny mur.

    W przeciwieństwie do partii politycznej, do której wpłaty od osób fizycznych są drastycznie ograniczone ustawowym limitem, prawo o stowarzyszeniach nie nakłada takich kagańców. Jeśli Mateusz Morawiecki (lub jego zamożna rodzina i sprzyjający mu biznesmeni) zechce przeznaczyć na stowarzyszenie 10, 20 czy 50 milionów złotych w formie darowizny, może to zrobić w pełni legalnie, z zachowaniem kwestii podatkowych. Ponieważ stowarzyszenie nie jest partią, PKW nie kontroluje bieżących wpłat na jego konto tak rygorystycznie.

    Na co te miliony mogą iść przed wyborami?

    Przede wszystkim na budowę "ukrytych" struktur, czyli tworzenie lokalnych kół, klubów i oddziałów w całej Polsce. Dalej: na finansowanie zaplecza (wynajem biur, zatrudnienie analityków, ekspertów, prawników i agencji PR), na marketing i media (drogie sondaże, potężne konwencje, konferencje i wyjazdy w teren pod szyldem think-tanku) oraz na tworzenie baz danych, czyli zbieranie kontaktów do sympatyków i wolontariuszy.

    Mówiąc krótko: przez stowarzyszenie były premier może wybudować całą "maszynerię" i napompować ją prywatnymi milionami bez łamania prawa o partiach.

    Czar pęka w dniu ogłoszenia wyborów

    Sytuacja zmienia się w momencie, gdy prezydent ogłasza termin wyborów parlamentarnych, a politycy rejestrują Komitet Wyborczy. Stowarzyszenie nie może po prostu przelać swoich milionów na konto komitetu – pieniądze na kampanię mogą wpłacać wyłącznie osoby fizyczne ze swoich prywatnych kont, i to znowu z zachowaniem sztywnego limitu (ok. 115–120 tys. zł od osoby).

    Obowiązuje też zakaz ukrytego finansowania kampanii: stowarzyszenie nie może drukować ulotek konkretnym kandydatom, stawiać im bilbordów ze zdjęciem i numerem na liście ani płacić za ich reklamy na Facebooku.

    Jeśli PKW udowodni, że stowarzyszenie wydawało miliony na promowanie konkretnych kandydatów w czasie kampanii z pominięciem Funduszu Wyborczego, uznaje to za nielegalne finansowanie komitetu. Skutek? Odrzucenie sprawozdania finansowego komitetu, ogromne kary i utrata prawa do jakichkolwiek późniejszych subwencji budżetowych.

    Stowarzyszenie takie jak "Rozwój Plus" jest więc dla Morawieckiego idealnym pomostem. Daje mu możliwość legalnego wykorzystania prywatnego majątku do utrzymania przy sobie ludzi, budowania struktur i promowania własnego nazwiska. Jednak kiedy przyjdzie do samego starcia wyborczego, stowarzyszenie musi zakręcić kurek z pieniędzmi. Ostatnia prosta – czyli sama kampania – i tak musi zostać sfinansowana z tysięcy legalnych, indywidualnych wpłat od zwolenników.

    Dlaczego Konfederacji się udało, a Morawieckiemu może nie wyjść?

    Konfederacja jest jednym z młodszych ugrupowań, które szturmem wdarły się do Sejmu. Teoretycznie wbiła się tam w 10 miesięcy od powstania, ale ta partia nie powstała z niczego. To nie był projekt budowany od zera przez jednego lidera, a fuzja kilku środowisk, które na polskiej prawicy orały ugór od dekad. Janusz Korwin-Mikke, Robert Winnicki, Grzegorz Braun czy Krzysztof Bosak mieli za sobą lata budowania struktur, rozpoznawalność i przede wszystkim lojalny, twardy elektorat.

    Ugrupowanie miało też posag w postaci subwencji, jaką dostawała partia KORWiN (przez cztery lata było to ok. 4,2 miliona złotych rocznie). Gdy powstawała Konfederacja, to właśnie pieniądze zgromadzone przez środowisko Korwin-Mikkego stanowiły główny silnik finansowy wspólnego funduszu wyborczego. W tej partii od lat obowiązuje też twarda zasada: chcesz wysokie miejsce na liście? Musisz sam przelać na Fundusz Wyborczy maksymalny dopuszczalny limit lub zebrać go od rodziny i znajomych.

    Środowiska wolnościowe i narodowe od lat miały opanowane zbiórki w sieci. Tysiące sympatyków wpłacały po 50, 100 czy 200 złotych. Poza tym Konfederacja weszła do Sejmu, prowadząc najtańszą kampanię spośród wszystkich ogólnopolskich komitetów. Zamiast kupować drogie billboardy przy autostradach i zamawiać spoty w telewizjach, partia postawiła na cyfrową partyzantkę. Sławomir Mentzen i Krzysztof Bosak zdominowali TikToka, YouTube'a i Facebooka, a do tego doszły mordercze trasy koncertowo-wiecowe w terenie.

    Gdyby Mateusz Morawiecki chciał zainspirować się drogą Konfederacji, bardzo szybko zderzyłby się ze ścianą. Konfederacja miała armię młodych działaczy i wolontariuszy, którzy za darmo ulotkowali miasta i wieszali banery na własnych płotach. Morawiecki wokół siebie ma głównie urzędników, ekspertów i polityków przyzwyczajonych do funkcjonowania w bogatym, państwowym aparacie. Oni nie pójdą kleić plakatów o 3:00 w nocy za darmo – tam za wszystko trzeba będzie zapłacić agencjom i podwykonawcom.

    Elektorat Morawieckiego (umiarkowani wyborcy prawicowi, technokraci, starsi wyborcy PiS) nie siedzi na TikToku w takim stopniu jak wyborcy Mentzena. Do nich trzeba dotrzeć tradycyjnymi, bardzo drogimi kanałami: banerami, prasą, telewizją, lokalnymi spotkaniami w wynajętych salach. No i Konfederacja miała na start miliony z poprzedniej subwencji KORWiN-a. Morawiecki – wychodząc z PiS-u – zostawia całą subwencję (ponad 25 mln zł rocznie) w rękach Jarosława Kaczyńskiego. Startuje z czystym kontem.

    Polityczny start-up wysokiego ryzyka

    Stworzenie nowej siły politycznej przez Mateusza Morawieckiego to nie tylko decyzja czysto polityczna, ale przede wszystkim gigantyczne wyzwanie organizacyjno-finansowe.

    Nie wystarczy mieć gotówki na koncie – trzeba posiadać zaplecze ludzkie zdolne legalnie przepompować te fundusze przez gąszcz przepisów PKW. Rachunek za wejście do gry wynosi minimum 20–30 milionów złotych. Bez gwarancji sukcesu jest to inwestycja wysokiego ryzyka, w której stawką jest albo zdobycie 6 proc. i stałego finansowania z budżetu, albo całkowita polityczna i finansowa marginalizacja.