
Spektakularny podział największej partii opozycyjnej i publiczne obrzucanie się guanem przez niedawnych kolegów nie uszło uwagi zagranicznych ekonomistów. Uznali, że z jednej strony to całkiem niezła wiadomość dla polskiej gospodarki i waluty, ale długofalowe konsekwencje wcale nie są tak różowe.
Analitycy giganta finansowego Commerzbank wzięli pod lupę tarcie na polskiej prawicy i sprawdzili, co rozłam w PiS oznacza dla naszych portfeli. Okazuje się, że to, co dla jednych jest nadzieją na spokój, dla rynków finansowych może oznaczać chaos.
Inwestorzy z całego świata polską scenę polityczną obserwują z chłodną kalkulacją. Mogłoby się wydawać, że osłabienie widma powrotu PiS do władzy w 2027 roku automatycznie wywoła entuzjazm na rynkach walutowych. Eksperci Commerzbanku wydali jednak ostrzeżenie: rozdrobnienie sceny politycznej to pożywka dla partyjnych radykałów i prosty przepis na paraliż rządu. Sam rozłam stał się faktem, gdy 44 osoby stanęły po stronie Morawieckiego i odeszły z partii Jarosława Kaczyńskiego.
Wnioski bankierów są dalekie od prostych zachwytów czy prostych ubolewań. Wpadamy tu w klasyczny ekonomiczny dwugłos: to, co z jednej strony wygląda na szansę, z drugiej potrafi okazać się rynkowym koszmarem.
Co dokładnie napisali analitycy Commerzbanku?
Eksperci z Frankfurtu przyjrzeli się prognozom na kolejne lata, w tym perspektywie wyborów parlamentarnych w 2027 roku. W oficjalnym raporcie czytamy:
"Ponieważ PiS ulega rozłamowi, pierwszą pokusą jest uznanie tego za czynnik pozytywny dla złotego. Gdyby prawicowy ruch w Polsce uległ rozpadowi, zmniejszyłoby to prawdopodobieństwo bezproblemowego powrotu PiS do pełnej władzy w wyborach w 2027 roku, a tym samym obniżyłoby strukturalną premię za ryzyko polityczne związane ze złotym. Taki wniosek byłby jednak przedwczesny" – napisano w raporcie.
Analitycy natychmiast pokazują drugą stronę medalu.
"Z drugiej strony rozdrobniona prawica mogłaby sprawić, że tworzenie koalicji stałoby się bardziej skomplikowane, a nie łatwiejsze, zwłaszcza gdyby partie radykalne stały się niezbędne w tej układance. Na razie konsekwencje dla złotego są niejasne: rozwój sytuacji z pewnością zasługuje na obserwację, ale nie jest to jeszcze jednoznacznie pozytywny sygnał dla PLN".
Dwa scenariusze. Czy rozłam prawicy umocni walutę?
Gdy przełożymy urzędniczy język bankierów na nieco bardziej zrozumiały, okaże się, że rynki finansowe stoją przed poważnym dylematem.
Dlaczego słabość PiS mogłaby umocnić złotego? Zagraniczni inwestorzy dysponujący miliardowymi funduszami nie przepadają za nieprzewidywalnością. Lata rządów PiS kojarzyły im się ze stałymi sporami z Komisją Europejską, ryzykiem blokowania funduszy unijnych oraz luźną polityką budżetową i socjalną.
Jeśli PiS ulega rozłamowi i traci szansę na samodzielne rządzenie po 2027 roku, w oczach zagranicy spada tzw. strukturalna premia za ryzyko polityczne. Inwestor uznaje wtedy: "Polska staje się przewidywalnym, spokojnym miejscem w Unii, więc chętniej kupię polskie obligacje". A żeby je kupić, musi wymienić swoje euro czy dolary na polskie złote – co podbija wartość naszej waluty.
Czemu rozłam PiS niekoniecznie będzie dobry
Ale rozłam może też złotemu zaszkodzić. Rynek ponad wszystko na świecie nienawidzi chaosu i braku stabilności. Rozdrobniona prawica oznacza, że zbudowanie jakiejkolwiek stabilnej większości w przyszłym parlamencie graniczy z cudem.
Jeśli do utworzenia rządu potrzebne będą ugrupowania skrajne lub radykalne, proces uchwalania budżetu czy ważnych ustaw biznesowych staje pod znakiem zapytania. Dla zagranicznego kapitału widmo paraliżu decyzyjnego w Warszawie to czerwona lampka ostrzegawcza. Wtedy, zamiast kupować złotówki, inwestorzy uciekają z pieniędzmi do bezpiecznych przystani – USA czy Niemiec.
Tego rozdrobnienia obawia się zresztą cała prawica – jak zauważał naTemat, rozpad PiS to dla Sławomira Mentzena najgorszy scenariusz, bo nowa partia Morawieckiego podbierze głosy nie tylko Nowogrodzkiej, ale i Konfederacji.
Zobacz także
Popyt, podaż i strach przed nieznanym
Żeby zrozumieć, dlaczego w ogóle polityka rządzi kursami walut, wystarczy spojrzeć na mechanizm popytu i podaży. Gdy inwestorzy wierzą w państwo, przywożą waluty obce, kupują za nie złote, by zainwestować w polskie firmy czy obligacje skarbowe. Złoty staje się towarem rozchwytywanym, więc jego cena rośnie (zyskujemy silną walutę).
Z kolei, gdy w kraju rośnie ryzyko polityczne, inwestorzy rozpoczynają masową wyprzedaż polskich aktywów. Chcą pozbyć się złotówek i odzyskać bezpieczne dolary lub franki szwajcarskie. Na rynku pojawia się gigantyczna nadpodaż polskiej waluty, której nikt nie chce – jej wartość natychmiast spada. Ten mechanizm widać przy każdym wstrząsie, o czym pisaliśmy, gdy USA i Iran poszły na noże, RPP nie ścięła stóp, a złoty znalazł się pod presją – wtedy dolar wystrzelił do poziomu najwyższego od listopada 2024 roku.
Warto pamiętać, że nasza waluta bywa wyjątkowo wrażliwa także na czynniki zewnętrzne. Opisywaliśmy, jak skończył się sen o tańszych kredytach – dla waluty z rynku wschodzącego, jaką jest złoty, nałożenie się ryzyka wewnętrznego i zewnętrznego bywa wyjątkowo toksyczne.
Co to wszystko oznacza przy kasie w dyskoncie?
Kurs walutowy to nie abstrakcyjna cyfra na ekranie maklera. To reżyser naszych codziennych wydatków. Polska jest gospodarką opartą na ogromnym imporcie surowców, towarów i technologii.
Gdy złoty słabnie przez polityczny chaos, drożeje ropa i paliwo, elektronika i odzież, a także wakacje. Ropę naftową na świecie kupuje się niemal wyłącznie w dolarach. Słaba złotówka oznacza, że Orlen i prywatne sieci płacą za surowiec więcej. Cena na pylonie idzie w górę, a droższy transport podbija cenę chleba, mleka i warzyw w sklepie.
Komputery, smartfony czy ubrania produkowane w Azji są rozliczane w amerykańskiej walucie, więc słaby złoty szybko przekłada się na wyższe ceny na półkach ze sprzętem. Wyjazd do Grecji, Hiszpanii czy Egiptu staje się odczuwalnie droższy, bo biura podróży przeliczają koszty po wyższym kursie euro.
A gdy złoty rośnie dzięki stabilizacji? Im silniejszy złoty, tym taniej importujemy ropę, gaz i gotowe towary. Hurtownie płacą mniej za sprowadzane produkty, co ogranicza inflację, pozwala sieciom handlowym na organizowanie promocji i sprawia, że nasz portfel na zagranicznych wakacjach staje się bardziej zasobny.
To nie tylko teatr dla wyborców
Cała ta walutowa układanka to zresztą jeden z argumentów w szerszej debacie o tym, czy euro wejdzie do Polski – wspólna waluta eliminowałaby bowiem ryzyko kursowe, ale odbierała narzędzia reagowania na kryzysy.
Czysto polityczna walka i rozłamy w partiach nie są więc wyłącznie teatrem dla wyborców. Rynki finansowe wystawiają polskiej polityce rachunek w czasie rzeczywistym. I choć osłabienie widma powrotu PiS do władzy teoretycznie odejmuje Polsce punktów ryzyka, to widmo politycznego paraliżu i chaosu koalicyjnego sprawia, że analitycy z Frankfurtu wciąż radzą zachować chłodną ostrożność.






