Płacę w złotówkach, ale liczę w euro. Państwo ciągle płaci miliardy za sentyment
Płacę w złotówkach, ale liczę w euro. Państwo ciągle płaci miliardy za sentyment Fot. InnPoland.pl

Często łapię się na tym, że podejmując decyzje o zakupach, przeliczam w głowie złotówki na euro. Czy transakcja mi się opłaca? A może sprzedawca chce ze mnie zedrzeć? Mikroprzelicznik w głowie sprawia, że mogę porównać ceny różnych produktów w Polsce i krajach strefy euro. Szkoda, że podobnych rachunków nie prowadzi nasze państwo. Gdyby to robiło, w Polsce od dawna mielibyśmy euro. A tak płacimy – i to słono. Ceną za irracjonalne obstawanie przy złotówce są wysokie koszty długu publicznego i zduszenie rozwoju kraju.

REKLAMA

Niemcy oddali markę, Francuzi franka, a Włosi liry – i nikt na Zachodzie z tego powodu nie płacze, bo wygrał rachunek ekonomiczny. Przyglądamy się polskiemu długowi publicznemu i sprawdzamy, dlaczego przeliczanie codziennych wydatków na euro obnaża największą słabość naszych finansów państwowych.

Euro w Polsce – kosztowna nieobecność. Co łączy Twój portfel z budżetem państwa?

Łapię się na tym coraz częściej. Stoję w sklepie, patrzę na półkę, na której leży suszarka do grzybów albo jakiś drobny sprzęt AGD, i zanim podejmę decyzję o zakupie, w głowie uruchamia się automatyczny kalkulator. Przeliczam złotówki na euro. To będzie jakieś 10 euro. Tyle dokładnie kosztuje kanapka i czarna kawa na stacji benzynowej w Niemczech. Skoro bez mrugnięcia oka potrafię wydać tyle na szybkie śniadanie w podróży, to wydanie tej samej kwoty na rzecz, która posłuży mi przez lata, nie jest żadnym "przypałem".

I działa to w drugą stronę. Kiedy jadę przez Niemcy, Austrię czy Hiszpanię, wzrok sam ucieka na pylony przy stacjach paliw. Od razu przeliczam litr benzyny na polskie realia i sprawdzam, czy tankowanie u nas wciąż jest okazją, czy może dystans cenowy znowu się skurczył.

Z pewnością nie jestem w tym odosobniony. W tej chwili miliony Polaków spędzają wakacje za granicą, a kolejne setki tysięcy pracują w strefie przygranicznej lub krążą między Polską a Zachodem w pogoni za pracą. Dla ogromnej części z nas "myślenie w euro" stało się czymś naturalnym, wygodnym i całkowicie przezroczystym.

I tu pojawia się pytanie: skoro w codziennym życiu korzystamy z unijnego przelicznika, dlaczego na poziomie państwowym wciąż klękamy przed polskim złotym? To pytanie wraca zresztą jak bumerang, bo choć minister finansów nie pozostawia złudzeń co do tego, czy euro wejdzie do Polski, a sama debata o takiej możliwości rozpala emocje niezależnie od liczb.

O pieniądzach powinien decydować rachunek ekonomiczny. Ciągle płacimy podatek od sentymentu

Rozumiem argumenty o tożsamości. Złoty to symbol, część historii, tradycja i powód do dumy. Tylko że z purystycznie historycznego punktu widzenia, gdybyśmy chcieli być idealnie wierni korzeniom, powinniśmy zapewne wrócić do denarów bitych przez Mieszka I. Na przestrzeni wieków na naszych ziemiach płaciło się przecież markami polskimi, złotymi reńskimi czy walutami bitymi przez zaborców.

Niemcy porzucili potężną markę, która była fundamentem ich powojennego cudu gospodarczego. Francuzi pożegnali franka, a Włosi liry. Czy robili to bez żalu? Pewnie jakiś sentyment był. Ale usiedli z kalkulatorem w ręku i chłodno przeliczyli, co im się bardziej opłaca. A w Polsce z rozumem wciąż wygrywają emocje. Kosztowne emocje.

Dyskusja o euro w Polsce wciąż wywołuje rozedrganie. Rzadko jednak rozmawiamy o tym, ile płacimy za to, że trzymamy się złotówki. A kosztuje miliardy złotych rocznie, które wyciągane są bezpośrednio z kieszeni podatników, czyli nas wszystkich.

Nie bez powodu prof. Marek Belka rozprawia się z największym mitem, jakoby to złoty uratował nas przed recesją podczas wielkiego kryzysu finansowego – argument o "elastyczności" własnej waluty bywa mocno przereklamowany.

Drogi złoty, czyli cena polskiego długu

Wielu komentatorów i polityków marudzi dziś – i poniekąd słusznie – że Polska zadłuża się w szybkim tempie. Dług publiczny rośnie. Jednym z najskuteczniejszych, najbardziej bezpośrednich sposobów na zmniejszenie kosztów tego zadłużenia jest wejście do strefy euro.

Dlaczego? To czysta matematyka. Państwa strefy euro, emitując własne obligacje (czyli pożyczając pieniądze od inwestorów), płacą odsetki na poziomie około 3–4 proc. Polska, trzymając się odrębnej waluty i żyjąc poza strefą euro, musi doliczyć tak zwaną premię za ryzyko walutowe. W efekcie za płynność finansową musimy oferować inwestorom oprocentowanie rzędu ponad 5, a momentami nawet 6 proc.

Ta różnica 1,5–2 punktów procentowych na papierze wygląda niepozornie. Ale przy długu idącym w setki miliardów złotych mówimy o gigantycznych kwotach, które co roku zamiast na ochronę zdrowia, edukację czy infrastrukturę, trafiają do zagranicznych i krajowych instytucji finansowych wyłącznie jako obsługa odsetek.

Skala problemu właśnie się materializuje, bo najnowsze dane pokazują, że Polska jest w czołówce wzrostu długu w UE, a ekonomiści łapią się za głowy – rosnący deficyt uruchomił już wobec nas unijną procedurę nadmiernego deficytu.

Paragraf 22: za dużo pożyczamy, by pożyczać tanio

I w tym miejscu wpadamy w klasyczny, urzędniczy Paragraf 22. Gdyby Polska weszła do strefy euro, koszty obsługi naszego zadłużenia drastycznie by spadły, dając budżetowi ogromny oddech. Problem w tym, że nie możemy przyjąć euro właśnie dlatego... że pożyczamy za dużo.

Żeby wejść do strefy euro, trzeba spełnić tak zwane kryteria z Maastricht. Jednym z nich jest zachowanie długu publicznego poniżej progu ostrożnościowego wynoszącego 60 proc. PKB. Tymczasem potrzeby polskiego budżetu rosną tak szybko, że ten pułap właśnie przekraczamy. Widać to czarno na białym w projekcie, o którym pisaliśmy, że budżet Polski na 2026 rok przekroczy unijny Rubikon – dług liczony metodologią unijną ma sięgnąć 66,8 proc. PKB.

Wpadamy w błędne koło: nie możemy pożyczać taniej, bo za dużo pożyczamy. A pożyczamy coraz drożej, bo nie mamy waluty (euro), która gwarantowałaby nam niższe oprocentowanie.

Czy dług 60 proc. PKB to rzeczywiście koniec świata?

W jednym z odcinków mojego podcastu "Po ludzku o ekonomii" tłumaczyłem, że sam dług publiczny nie jest zły. Dług to po prostu narzędzie. To finansowy lewar, który pozwala budować drogi, inwestować w elektrownie jądrowe czy modernizować armię. Kluczowe nie jest to, ile pożyczasz, ale na co wydajesz te pieniądze i jak wygląda struktura twojego zadłużenia.

Spójrzmy na to z perspektywy prywatnego portfela, bo ta analogia najlepiej otwiera oczy. Jeśli zarabiasz "na rękę" 7 tysięcy złotych miesięcznie, a na głowie masz kredyt hipoteczny na 350 tysięcy złotych, to wysokość Twojego prywatnego długu przekracza Twoje roczne dochody ponad czterokrotnie. Jesteś więc zadłużony na ponad 400 proc. swojego prywatnego "PKB".

I z takim długiem większość Polaków normalnie żyje, śpi, chodzi do pracy i spłaca raty. Tymczasem dług państwa polskiego w relacji do rocznego PKB wynosi obecnie niewiele ponad 60 proc. W Europie są państwa zadłużone o wiele bardziej i jakoś działają, całkiem nawet prężnie. Włochy nie upadają, nie sypie się Francja, w Hiszpanii ostatnio byłem – nie zwijają asfaltu na noc.

A propos wydawania pożyczonych pieniędzy. Pamiętacie, jak 10 lat temu ówczesny premier przyznał w chwili szczerości, że program 500+ jest na kredyt i obciąża PKB? Ja pamiętam: dokładnie tak mówił Mateusz Morawiecki. Problem pojawia się właśnie wtedy, gdy państwo pożycza pieniądze nie na rozwój i inwestycje, ale na codzienne funkcjonowanie. Czym innym jest branie kredytu na elektrownię atomową, a czym innym na sfinansowanie rozdawnictwa.

Fikcja z 1992 roku

Skąd w ogóle wzięła się ta magiczna bariera 60 proc., która do dziś paraliżuje decyzje polityczne w Europie? To próg, po przekroczeniu którego trzeba zaciskać pasa, a Komisja Europejska przygląda się wydatkom państwa członkowskiego. No i z takim długiem nie można wejść do strefy euro.

Chociaż część państw, które przyjęły wspólną walutę, i tak ostro naciągała swoje zadłużenie: wszystko po to, by załapać się na euro. Niemcy sprzedali na papierze dwie państwowe firmy państwowemu bankowi, a Włochy wprowadziły spory podatek, polepszyły wskaźniki budżetowe, po czym… oddały pieniądze obywatelom.

Żeby zrozumieć ideę progu ostrożnościowego, trzeba cofnąć się do 1992 roku i Traktatu z Maastricht. Urzędnicy podpisujący ówczesne porozumienia uznali, że 60 proc. długu to "bezpieczna wartość". Jak to wyliczyli? Bardzo prosto, posługując się matematyką z tamtej epoki. Założyli, że gospodarki europejskie będą rosnąć w tempie 5 proc. PKB rocznie, a dopuszczalny deficyt budżetowy wyniesie 3 proc. Z prostego dzielenia 3 przez 5 wyszło im dokładnie 0,6 – czyli 60 proc. I taką wartość wpisali do unijnych traktatów.

Sęk w tym, że dzisiejsza rzeczywistość gospodarcza nijak się ma do wyobrażeń z początku lat 90. O rocznym wzroście gospodarczym na poziomie 5 proc. większość państw Unii Europejskiej może dziś co najwyżej pomarzyć w erze starzejących się społeczeństw i wolniejszego rozwoju.

Dziś kryteria z Maastricht w oryginalnym kształcie są de facto fikcją. Prawie połowa państw Unii Europejskiej już dawno przekroczyła próg 60 proc. PKB. Wśród nich są gospodarcze potęgi, takie jak Francja czy Włochy, dla których wskaźniki sięgające 110–140 proc. stały się codziennością. Przekroczenia progów ostrożnościowych w UE są na porządku dziennym. I nikt z tym nic nie robi, bo i po co? Jeśli państwo X dziś przekroczy próg, to państwo Y, które może go przekroczyć za kilka lat, nie będzie go piętnować i sekować, prawda?

Zresztą samych argumentów "za" i "przeciw" zmianie waluty jest tak wiele, że warto poznać pełny bilans za i przeciw obecności Polski w strefie euro.

Nie można też nie zauważyć, że za progiem optowały głównie Niemcy. Dlaczego? Bo inflacja jest u nich straszakiem niemal równie silnym, co powrót Hitlera. To nie jest tylko figura retoryczna. Niemcy mają z inflacją niezwykle bolesne, choć względnie dawne doświadczenia.

Hiperinflacja w Republice Weimarskiej w latach 1919–1923 była jedną z największych w historii. Szczyt kryzysu przypadł na listopad 1923 roku, kiedy ceny w Niemczech rosły o ponad 30 000 proc. miesięcznie! Wartość marki spadła do tego stopnia, że za bochenek chleba trzeba było zapłacić miliardy, a pracownicy odbierali wypłaty w walizkach i taczkach.

Wyobraź sobie, że pierwszego dnia miesiąca idziesz po masło i płacisz za kostkę 10 złotych, a koniec miesiąca 3 000 złotych. To było dawno, ale nadal głęboko siedzi w niemieckiej świadomości.

Koszty obsługi złotówkowego długu duszą rozwój Polski

Kiedy więc następnym razem będziemy stać na stacji benzynowej w Niemczech albo kupować drobny sprzęt w polskim sklepie, przeliczając ceny na euro, warto pomyśleć o tym w szerszym kontekście.

Przeliczanie cen na euro w głowie idzie nam świetnie, bo pragmatyzm wygrywa z ideologią. Czas, aby podobny pragmatyzm zagościł w dyskusji o naszych finansach publicznych. Dług sam w sobie nie jest tykającą bombą – staje się nią wtedy, gdy koszty jego obsługi zjadają możliwości rozwojowe kraju. A dopóki w Polsce uciekamy od chłodnej kalkulacji korzyści z wejścia do strefy euro, dopóty będziemy płacić wysoki "podatek od sentymentu" za każdym razem, gdy Ministerstwo Finansów sprzedaje nowe obligacje.

Sonda

Walutą Polski powinno być:

3 odpowiedzi